Seriale medyczne oglądamy z zapartym tchem. To, co do nich przyciąga, nie jest oczywiste

Szpitalny oddział ratunkowy z „The Pitt” – podobnie jak każdy inny oddział ratunkowy na dowolnej szerokości geograficznej – to miejsce, w którym rzeczywistość spotyka się z mitem.
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek

Fenomen popularności seriali medycznych nie jest oczywiście nowy, ale „The Pitt” – o którym niedawno pisała na łamach „Tygodnika” Cveta Dimitrova – winduje ten format na poziomy dotąd nieosiągalne.

Nie tylko z powodu świetnych kreacji aktorskich – na czele, ma się rozumieć, z Noah Wylem, odtwórcą głównej roli i współproducentem, a przy tym weteranem gatunku, znanym z klasycznego już „Ostrego dyżuru” – lecz także wyjątkowego realizmu. Zarówno medycznego – widz miewa często wrażenie, że ogląda relację na żywo z jakichś skomplikowanych operacji, a ludzie są naprawdę krojeni, zszywani czy poddawani resuscytacji – jak i społeczno-psychologicznego. 

Istotnie, akcja każdego sezonu pędzi na złamanie karku, bo rozgrywa się w ciągu jednego dnia, a kondensacja zdarzeń jest, delikatnie mówiąc, ekstremalna. Tym niemniej twórcom udało się sportretować zarówno przekrój (nomen omen!) problemów i trosk amerykańskiego społeczeństwa, jak i specyfikę tamtejszego systemu ochrony zdrowia.

Zdaje mi się jednak, że oprócz powyższych walorów – na czele z zasadniczym: to się po prostu ogląda z zapartym tchem – pracuje tu jeszcze inny wymiar, który intensywnie działa na zbiorową wyobraźnię, a może nawet zbiorową nieświadomość. I to właśnie on w znacznej mierze decyduje o gigantycznym sukcesie serialu.

Zacznijmy od tego, że ów oddział ratunkowy w Pittsburghu – podobnie jak każdy inny oddział ratunkowy na dowolnej szerokości geograficznej – to miejsce, w którym rzeczywistość spotyka się z mitem. Miejsce, w którym oswojona codzienność społecznych ról, tożsamości, aspiracji, celów i pragnień zderza się ze śmiercią, a więc czymś, co w sposób radykalny stawia przed oczami skończoność i ulotność. I co uświadamia – nieważne, czy chodzi o wypadek komunikacyjny, zawał, udar – że życie, choćbyśmy w danej chwili doświadczali go w sposób bezpieczny, radosny i pełny, jest tylko wyjątkowo kruchym stanem równowagi, który zachwiać się może w każdej chwili. I jeśli człowiek w porę nie zadziała – w miarę możliwości, rzecz jasna, niekiedy bowiem nic się już nie da zrobić – rozchwieje się bezpowrotnie, aż do ostatecznego znieruchomienia.

Granica, która oddziela ten świat od wielkiej niewiadomej, siły witalne od nieustannie zagrażającego im rozpadu, jest więc cienka i wciąż narażona na mniej lub bardziej spodziewane naruszenia. Pilnują tej granicy lekarze, emisariusze życia, jego oddani strażnicy, poświęcający się mu bez reszty, często własnym kosztem. Czym dysponują? Tylko światłem wiedzy i hierarchią wartości. Owszem, także biegłością manualną, umiejętnością operowania skalpelem, wytrzymałością fizyczną. Ale w pierwszej kolejności – własnym morale i zdobyczami ludzkiego rozumu, jedynej instancji zdolnej przeciwstawić się chaosowi i entropii, a w każdym razie doraźnie ograniczyć ich ekspansję, odroczyć nieodwołalne zwycięstwo.

O tym, że we współczesnym świecie wiara w naukę i medycynę przybiera niekiedy religijną postać, napisano już mnóstwo. Tam, gdzie w nieśmiertelność duszy już się nie wierzy, gdzie brak opowieści, która życiu i śmierci nadaje jakiś głębszy sens, człowiek zostaje sam na sam ze ślepymi siłami przyrody. Cywilizacja, jej zdobycze, przysłowiowe szkiełko i oko – to wszystko, czym w tej nierównej konfrontacji może się posłużyć. Jeśli brak mu już „wielkiej narracji”, zaczyna mitologizować to, co jest pod ręką. Nigdzie indziej nie widać tego wyraźniej niż w medycynie – właśnie dlatego, że pracuje ona w obszarze fundamentalnym, zawzięcie broni życia przed tym, co nieodwracalne i ostateczne. I – bez mitu – kompletnie niepojęte.

Twórcy „The Pitt” zdają się tego świadomi. Być może są świadomi również tego, że podobnie jak medycyna jawi się dziś jako jedyne remedium na przemijanie i chaos, tak i szpitalny oddział ratunkowy jawi się jako jedyne miejsce, w którym unieważniają się antagonizmy i podziały. Jedyne miejsce, w którym wciąż możliwy jest więc jakiś uniwersalizm, poczucie bazowego podobieństwa, niezależne od tożsamościowych czy politycznych totemów. Lęk przed końcem tego, co znane, cierpienie, ból, absolutna bezradność, kiedy ciało wymyka się spod kontroli, krew, płyny ustrojowe, rozpacz – to łączy niezależnie od poglądów i światopoglądów. Na tym poziomie jesteśmy bez wyjątku członkami realnej, nie zaś wyobrażonej wspólnoty, jesteśmy zjednoczeni w lęku, cierpieniu i bezradności.

Ale tajemnica sukcesu „The Pitt” polega przecież również i na tym, że – jak na amerykański serial przystało – z potyczek, bojów i wojen ze śmiercią nasi bohaterowie wychodzą zazwyczaj zwycięsko. Owszem, poobijani, owszem, ujawniający różne słabości i deficyty – ale przez to, paradoksalnie, jeszcze bardziej heroiczni, jeszcze bardziej mityczni. Niczym archetypowy doktor, centaur Chiron, zraniony uzdrowiciel, mistrz lekarskiej sztuki, który sam nie jest w stanie wyleczyć własnej rany, ale doświadczenie zranienia wzbogaca jego wiedzę i przybliża do losu śmiertelników (aż do końca).

Cóż, nawet jeśli dobre zakończenia możliwe są już tylko w serialach – choć chrześcijańska opowieść obiecuje, że nie tylko – jest to jakoś pokrzepiające. Tak powinna działać kojąca odmiana rozrywki w najlepszym wydaniu. A poza tym odsłania się tu jeszcze jeden (pozorny) paradoks. Otóż metafizyka uruchamia się właśnie tam, gdzie mamy do czynienia z bazową materią życia – ciałem i jego jak najbardziej ziemskimi wydzielinami. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Zraniony uzdrowiciel