Zespół Dezerter świętuje 45 lat scenicznej działalności wydaniem płyty. Album nazywa się „Wolny wybieg” i zawiera zupełnie nowy materiał, odnoszący się – tak jak piosenki grane cztery i dwie dekady temu – do otaczającej rzeczywistości. I tak jak dawniej, Robert „Robal” Matera (muzyka) i Krzysztof Grabowski (teksty) nie negocjują, a walą ostrymi riffami i słowami w słabizny, o których już nam się nawet nie chce mówić – bo ile można.
Płyta wydana w lutym, na początku marca wspięła się na pierwsze miejsce listy sprzedażowej OLiS. Myślę, że to bardzo dobra wiadomość, a może nawet coś więcej: budzący nadzieję symptom.
„Z młodych gniewnych – starzy wku*wieni”: punk jako odpowiedź na los rocka
Bycie legendą to stan przewlekły i bardzo ciężki. A bycie legendą rocka to stan niemal zabójczy. Pół wieku temu tworzyłeś żywą kulturę, a miliony wierzyły, że to, co robisz, jest autentyczną, bezkompromisową rebelią. Teraz dorabiasz do emerytury, odgrzewając dawne emocje dla osób równie dobrze sytuowanych jak ty. Czasem w chwili uniesień udaje się stworzyć fikcję wierności sobie, ale im ona silniejsza, tym silniejszy potem kac – bo przecież świat się nie zmienił, a twój sukces, pieniądze i sława są twoją klęską w kategoriach dokładnie tej samej etyki buntu, która wyniosła cię na szczyt.
Kultura rocka, jak żadna inna, była kulturą młodych. Kulturą niezgody na rzeczywistość urządzoną według obowiązujących konwencji dorosłości. Jeśli nawet nie wiedziała do końca, jak miałby wyglądać inny świat i inne życie, głosiła i wytwarzała silne, ekstatyczne doświadczenia tej inności.
Dziś trudno w to uwierzyć, ale w mitycznym czasie „lat miłości”, w wirze ulicznych walk i strajków 1968 r., na koncertach The Doors oraz happeningach Yoko Ono i Johna Lennona rzeczywiście wierzono w możliwość zmiany. Trwało to krótko, już dekadę później pozostały gorycz, wściekłość oraz nostalgia.
Młodzi buntownicy z czasem stracili zarówno młodość, jak i powody do buntu. Stali się beneficjentami systemu, przeciwko któremu kiedyś wydawali się występować, a który zapewnił im możliwość życia na własnych zasadach. Zamiast obiecanej przyszłości – business as usual. I nostalgiczna fikcja fundowana nie tyle sobie, ile tym, co zestarzeli się nieuchronnie w świecie coraz dalszym od marzeń młodości, spełniając proroctwo Jonasza Kofty: z młodych gniewnych – starzy wku*wieni.
Kultura punk w swoim anarchistycznym i wściekłym buncie spod znaku no future wydawała się z zasady odrzucać tę regułę. Stanowiła eksplozję i świadomie nie chciała mieć do zaproponowania niczego poza ekstatycznym i bezwzględnym zanurzeniem w teraźniejszości. Jego ucieleśnionym przedstawieniem było przerażające zewnętrznych obserwatorów pogo – gwałtowny i chaotyczny taniec plemienny angażujący wszystkie siły i wyłączający (pozornie) mechanizmy kontrolne.
Punk rzeczywiście nie trwał długo – i jako formacja kulturowa, i jako wiodący gatunek muzyczny. Spektakularnym przykładem takiego świadomego krótkiego trwania była w Polsce Siekiera, która po niesłychanie jak na tamte czasy gwałtownym wybuchu jarocińskim szybko zmieniła muzykę, estetykę i etykę, stając się na płycie „Nowa Aleksandria” może najpełniejszym wyrazicielem doświadczenia drugiej połowy lat 80.
„Nikt mi nie może zakazać myślenia”: na czym polegały idee punka
Dezerter to inny przypadek: grupa zaczynająca karierę pod całkowicie niecenzuralną nazwą SS20 (tak nazywały się sowieckie pociski balistyczne) weszła wprawdzie dość szybko na oficjalny rynek (słynny singiel „Ku przyszłości” wydany przez Tonpress w roku 1983), ale konsekwentnie zachowywała na nim osobne stanowisko.
Jedną z jego głośnych demonstracji był słynny koncert w Jarocinie w 1984 r., rozpoczęty kłótnią z Walterem Chełstowskim. Sprzeczka była nieco absurdalna, ale cały koncert został wzięty w nawias radykalnej, niemal absurdalnej niezgody. Pamiętam, jakie to było dla mnie (dziwiącego się światu szpaka z prowincji) zaskakujące i niepokojące. I jaką dało moc temu występowi. Kurz z tego samego pogo, jaki wznosili młodzi punkowie z Szamba czy Sedesu (ech, utracona poezjo tych obrazoburczych nazw) wzniósł się i opadł, a słowa wyśpiewywane wtedy przez „Skandala” zostały. „Boicie się nie bać – kiedy trzeba”.
Od 45 lat Dezerter nie tylko gra tego samego hardcorowego punk rocka, ale – co ważniejsze – ani na chwilę w tym czasie nie stał się żywym muzeum samego siebie. Oczywiście – dokonał reedycji słynnych albumów „Kolaboracja”, wydał cyfrowo odnowione legendarne nagrania z koncertów, w tym zwłaszcza z Jarocina’84 i siłą rzeczy, tak jak wielu jego fanów, odwołuje się do chwalebnej przeszłości.
Ale tworzy też nowy materiał, zachowując konsekwencję muzyczną, tekstową i ideową, czego świetnym przykładem jest właśnie „Wolny wybieg”. Nie chodzi tu tylko o „wierność sobie”, ale o zaproponowanie i odkrycie takiej postawy i kultury rdzennie punkowej, która nie wyczerpuje się w ekstatycznym przeżywaniu teraźniejszości i zadymie.
„Kolaborację” otwiera rytmicznie skandowany utwór „Anarchia” – prolog i zarazem deklaracja ideowa. Dobrze pamiętam: „Anarchia w samym środku mojej głowy / Mój mózg pracuje niezależnie / I nikt mi nie może zakazać myślenia / Anarchia w głowie to początek wyzwolenia”. Zaskakująco intelektualny wstęp jak na „kapelę” robiącą dym i hałas, nieprawdaż?
Członkowie Dezertera, zwłaszcza autor tekstów i – chyba tak to trzeba nazwać – główny twórca ideowego zaplecza zespołu, Krzysztof Grabowski, odżegnują się od wszelkiej ideologii, a szczególnie odrzucają propozycje uznające za takową punk. Ale nie odżegnują się i nigdy nie odżegnywali od myślenia.
W roku bodaj 1985, gdy całą teatrologiczną grupą krakowską pojechaliśmy na kilka dni do Warszawy oglądać przedstawienia uwielbianego przez nas wtedy Jerzego Grzegorzewskiego, dostaliśmy od stołecznych znajomych fanziny wydawane poza cenzurą przez Dezertera. Ich podstawowy i najważniejszy przekaz brzmiał: wszystko cokolwiek słyszysz i czytasz, także ta nasza gazetka, jest nieuchronnie manipulacją – myśl sam!
Był w tym oczywisty paradoks, ale paradoks ożywczy i wcale nie odczytywany wtedy przeze mnie jako polityczny i wymierzony wyłącznie w „komunistyczne kłamstwo”.
Nie uwierzyli w wolność: tamtemu punkowi chodziło o więcej niż antykomunizm
To jedno z największych uproszczeń towarzyszących wielu interpretacjom twórczej aktywności rozwijanej po roku 1956 – że wszystko, co się wtedy działo w sztuce i kulturze (a działo się dużo ważnego i znakomitego), stanowiło formę niezgody wobec władzy „komunistycznej”, wyczerpywało się w postulacie jej usunięcia i przywrócenia „normalności”. No właśnie nie!
Oczywiście: wszelkie hasła wolności, niezależności, anarchii, twórczej swobody sprzeciwiały się rządom Partii, ale miały o wiele szersze i dalej idące cele niż to, w co zostały skanalizowane w latach 90., gdy naiwnie uwierzyliśmy w logikę rynku i porzuciliśmy oryginalne rozwiązania, takie jak projekt „Solidarności” czy anarchistycznie punkowe samodzielne myślenie.
„Wolny wybieg” bardzo przekonująco pokazuje, że anarchia, której Dezerter pozostaje wierny od 45 lat, to nie jest IPN-owska fantazja o antykomunistycznym podziemiu, ale wymagająca nieustannej czujności postawa myślowa i etyczna, zawsze zwrócona przeciwko usiłowaniom władzy, niezależnie od jej formy.
Dezerter nie uwierzył w wolność, jaką rzekomo odzyskaliśmy po 1989 r. Wolności nie odzyskuje się ot tak, dlatego, że jakieś imperium okazało się chwilowo słabe i wypuściło sąsiedzki kraj z czułego uścisku, pozwalając na taniec lśniących reklam, podróże bez paszportów i polityczne spektakle bez cenzuralnych ograniczeń. To wszystko miłe i przydatne, ale nie na tym polega wolność. „Wyzwolin ten doczeka się dnia, kto własną wolą wyzwolony!”. A anarchia w samym środku mojej głowy jest tej własnej woli ojczyzną i sercem – stanowi jej prawdziwy hard core.
I dlatego też pozostaje w nieustannym zagrożeniu – policyjnym i politycznym, ale przede wszystkim wewnętrznym. Śmiertelnie groźna jest dla niej każda chwila odpuszczenia, machnięcia ręką i radości z odzyskanego śmietnika. Trzeba walczyć do śmierci, by nie ulec poczuciu trwałej satysfakcji. Zadowolenie z siebie jest wrogiem myślenia.
Nie „jesteśmy tylko pionkami”: skąd wziął się sukces Dezertera
Sukces „Wolnego wybiegu” nie wydaje mi się wynikać z tego, że dawni jarocińscy pogowicze kupili płytę, by powspominać buntowniczą młodość i pocieszyć się kombatancką dumą współudziału w tryumfie nad złem. Zbyt wielu z nich odeszło, niektórzy tak realnie jak pierwszy wokalista Dezertera („Skandal”, Dariusz Hajn), inni bardziej metaforycznie. Ci dawni kupią reedycję mitycznej kasety z koncertu w Jarocinie, ale niekoniecznie sięgną po nowy album, na którym nie znajdą znanych melodii i nie usłyszą wygwizdywania sowieckiej piosenki pamiętanego aż za dobrze z singla Tonpressu.
Nieśmiało pozwalam sobie sądzić, że sprzedażowy sukces tej nieprzymilnej płyty zachowującej brzytewną ostrość głosu i gitar „Robala” oraz precyzję łomotu sekcji rytmicznej (obok perkusisty Grabowskiego, basista Jacek Chrzanowski) wynika nie z nostalgii, ale z odzyskiwania aktualności przez postawę punkowej anarchii myślowej, której Dezerter zawsze był wierny. Przez lata spychana na margines, niemająca żadnej liczącej się reprezentacji na scenie społecznej i ideowej (o politycznej nawet nie warto wspominać), być może właśnie dlatego odzyskuje widzialność i słyszalność.
Coraz częściej zdarza mi się spotykać na ulicach miast grupki bardzo młodych ludzi z kolorowymi czubami, w skórach, z agrafkami w uszach i nosach. Jasne – może to być tylko jeszcze jedna z powracających mód nieustannego retro. Ale może jednak ona też stanowi symptom, jak sukces Dezertera i dość niespodziewane, błyskawiczne wyprzedanie dwóch koncertów System of A Down na Stadionie Narodowym. Albo jak myślowy i poetycki remiks „Nowej Aleksandrii” w przedstawieniu wyreżyserowanym w Teatrze Narodowym (sic!) przez Jana Klatę wciąż dumnie noszącego punkowego irokeza.
Zdaję sobie sprawę, że to drobiazgi, ale jestem na nie wrażliwy, bo ożywiają przekonanie, że anarchiczna walka o niepodległość myślenia (ta sama, którą głosił i w której gotów był ginąć Konrad w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego) zaczyna być odzyskiwana jako bezwzględnie do życia potrzebna.
Jeśli bohaterem współczesności i władcą „świata zachodniego” jest ktoś tak impregnowany na myśl niezwalczoną ścigającą siebie jak Donald Trump, jeśli podstawowym obowiązkiem zawodowych polityków jest jak najdosłowniej bezmyślne powtarzanie „przekazu dnia”, jeśli samorozwijająca się technologia służy głównie temu, by nie wypuszczać nas z naszej bańki, to anarchia w mojej i twojej głowie staje się czymś więcej niż nadzieją – staje się realną siłą odpowiadającą na narastające poczucie, że nic się już zrobić nie da.
Wiem – to może być zwykłe chciejstwo. Starzy wku*wieni zawsze mają nadzieję, że okażą się dziadkami rewolucji kontynuowanej przez kolejne pokolenie młodych gniewnych. Ale nawet jeśli się łudzę, to dobrze chwilę pomyśleć, że nie „jesteśmy tylko pionkami, które nie dostają drugiej szansy”. I wśród narastającego po wszystkich stronach coraz silniejszego poczucia bezradności przypomnieć sobie, że nikt nam nie może zakazać myślenia.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















