Trzeciego dnia po drugim zabójstwie popełnionym przez agentów ICE w stolicy Minnesoty gwiazda rocka nagrywa utwór „Streets of Minneapolis” („Ulice Minneapolis”). Znów okazuje się, że kultura masowa, w tym rock, może, gdy rozgrywają się akty politycznej przemocy, odzywać się głosem sprzeciwu. I to bez taryfy ulgowej dla uprawianej sztuki.
W „Streets of Minneapolis” Bruce Springsteen jest bowiem kimś więcej niż uosobieniem społecznego gniewu – jest świadkiem, którego słowa dają odpór zakłamanej narracji władzy. Z nazwiska wymienia oprawców i manipulatorów, z nazwiska też wymienia ich ofiary, pamiętając słowa Yeatsa z elegii dla pomordowanych powstańców irlandzkich, że jedną z ról pieśniarza jest „za imieniem imię powtarzać szeptem”, choć zamiast szeptu wybiera krzyk i nie żałobą śpiewa, lecz ogniem. Song kończy zaś wezwaniem do obrony „żyjących wśród nas obcych”, stawiając przed słuchaczami niełatwe wyzwanie, bez którego nie ma co mówić o demokracji.
Springsteen i inni klasycy gatunku. Czym jest protest song?
Jego pieśń to kolejna odsłona bogatej tradycji amerykańskich protest songów, której symbolicznym początkiem jest „Strange Fruit” („Dziwny owoc”) Billie Holiday, wstrząsający utwór o rasistowskim linczu. Tradycja ta, mająca swój złoty wiek w latach 50. i 60., gdy towarzyszyła ruchowi praw obywatelskich, jest naturalnym kontekstem dla Springsteena.
Są tu klasycy gatunku: Woody Guthrie, Pete Seeger, Nina Simone, Phil Ochs, Joan Baez. Są tu pieśni Boba Dylana, który, przypomnijmy, urodził się w Minnesocie, a do którego Springsteen nawiązuje. Jest tu „Ohio” Neila Younga – utwór napisany po tym, gdy Gwardia Narodowa zastrzeliła czworo studentów Uniwersytetu w Kent protestujących przeciw wojnie w Wietnamie. Jest tu song Johna Lennona, powstały w reakcji na krwawo stłumiony bunt więźniów w Attica. Są wcześniejsze protest songi samego „Bossa”.
Choć aktów politycznego bezprawia współczesność nam nie oszczędza, reakcje artystów rockowych nie są oczywistością. Sam koncept protest songów mógłby wydawać się zwietrzały: w czasach, gdy rozdzieliły się role artysty i aktywisty, od tych pierwszych nie oczekuje się politycznych deklaracji, powszechna mądrość każe zaś wierzyć, że sztuka, zwłaszcza masowa, służyć winna przede wszystkim rozrywce (i pieniądzu). Nie wszyscy obecni na koncertach Billie Holiday, zwłaszcza ci, dla których lincz nie był pustym słowem, chcieli słuchać o linczach.
Z drugiej strony artyści, którzy mimo wszystko wykrzykują niezgodę na nadużycia władzy, zapewniają sobie i słuchaczom komfortowe, bo niewymagające innego działania poczucie, że spełnili obowiązek.
Przykładem, który każe postawić pytanie o sens takich gestów, może być wpisująca się w mechanizmy przemysłu kulturalnego kariera Bono jako dyżurnego sumienia rockowego establishmentu.
Czym jest zasługujący na tę nazwę protest song? Na pewno nie jest nim każdy utwór z politycznym przesłaniem. Chodzi raczej o coś, co wykuwa się w działaniu: o pieśń, którą społeczność przyjmuje jako język sprzeciwu, jednocząc się wokół konkretnego wydarzenia i przeciw nazwanemu złu.
„Streets of Minneapolis” taką funkcję już zaczęły pełnić. Choć informacja, że pieśń o popełnionych w imię prawa zabójstwach wspięła się na topkę list przebojów w 19 krajach, brzmi jak zgrzyt w szlachetnej melodii.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















