Szachy bez króla. Dlaczego Magnus Carlsen znużył się rywalizacją

Cały świat szachów błaga Carlsena, awanturnika i bodaj najbardziej inspirującego współczesnego sportowca: królu Magnusie, wracaj!
Czyta się kilka minut
Magnus Carlsen podczas turnieju szachów szybkich i błyskawicznych Tata Steel Chess India. Kalkuta, 17 listopada 2024 r. // Fot. Dipayan Bose / SOPA Images / LightRocket / Getty Images
Magnus Carlsen podczas turnieju szachów szybkich i błyskawicznych Tata Steel Chess India. Kalkuta, 17 listopada 2024 r. // Fot. Dipayan Bose / SOPA Images / LightRocket / Getty Images

Właściwie wcale nie odszedł. Frapujący paradoks polega na tym, że norweski czempion abdykował, a zarazem utrzymał władzę, ba, pod wieloma względami nawet ją rozszerza.

W lipcu 2022 r. wstrząsnął szachownicami, ogłaszając, że rezygnuje z obrony utrzymywanego od dekady mistrzostwa świata, ale całkiem z rywalizacji się nie wycofał. Nie przygniotła go depresja, jak wielu innych sławnych sportowców, ani nie poczuł wypalenia przebywaniem pod ciągłą presją czy znużenia dyscypliną uprawianą od głębokiego dzieciństwa, jak tenisistka Asleigh Barty, która odłożyła rakietę na zawsze, gdy liderowała rankingowi WTA, wkrótce po triumfie w wielkoszlemowym Australian Open.

Ding, Gukesh, Sindarov: młodsi, niezdolniejsi

Przeciwnie, Magnus Carlsen nadal zatraca się w wygrywaniu turniejów, często wręcz znęca się nad konkurencją. Wzgardził tylko pogonią za najcenniejszym trofeum – wymagającą nadzwyczajnego poświęcenia, do szczegółów jeszcze wrócimy.

Pozwolił zatem przejąć berło Ding Lirenowi, a następnie nie wtrącał się, kiedy w 2024 r. Chińczyka detronizował zaledwie 17-letni wtedy Hindus Gukesh D, stając się najmłodszym mistrzem w historii królewskiej gry.

Nie podziwialiśmy wreszcie Norwega w zakończonym niedawno turnieju pretendentów, który wyłonił kolejnego sensacyjnego kandydata do przejęcia władzy. Obrońcy tytułu wyzwanie rzuci 20-letni Uzbek Javohir Sindarov, więc znów padnie rekord. Po raz pierwszy w batalii o mistrzostwo po obu stronach szachownicy zasiądą zawodnicy, którzy dopiero co wśliznęli się w dorosłość.

Obaj są zjawiskowo utalentowani, nie ma tutaj sporu. Obaj wprawią jednak figury w ruch ze świadomością, że entuzjaści szachów tęsknią raczej za ich zderzeniem z Carlsenem i pytają, czy młodzieńcy byliby w stanie sprostać prawdziwemu hegemonowi. Ba, większość zapewne natychmiast znajduje odpowiedź: nie, to mało realne.

Dlaczego Carlsen się zmęczył

Obwołany „Mozartem szachów” 35-letni arcymistrz uchodzi za gracza wszech czasów, z którym może konkurować jedynie Garri Kasparow. I wykonał ruch tak niebanalny, jak niebanalnie przebiega całe jego sportowe życie. W szczycie sił witalnych oddał tytuł, by wciąż rozgrywać partie klasyczne – czytaj: wielogodzinne – na pomniejszych zawodach, nokautować rywali w znacznie krótszych partiach szybkich i błyskawicznych, triumfować w zaprojektowanym przez siebie Grand Prix (cykl imprez przypominających całoroczny ciąg wyścigów w Formule 1), zachwycać w rozmaitych imprezach komercyjnych. Roznosi go energia i pazerność na masowe wygrywanie. Pozostaje bezdyskusyjnym liderem globalnych rankingów w każdej odmianie szachów. Panuje niezmiennie od 15 lat.

Statusu mistrza nad mistrzami zrzekł się dlatego, że nie znosi formuły rozgrywania meczu o tytuł. Rozciągniętego na trzy tygodnie i złożonego z nawet 14 partii (plus ewentualnie dogrywkowych) – rozgrywanych z tym samym przeciwnikiem, w ekstremalnych przypadkach trwających ponad siedem godzin.

To doświadczenie wyniszczające fizycznie i psychicznie, ponieważ współcześni arcymistrzowie, polegający na skumulowanej wiedzy uzbieranej przez poprzednie pokolenia, praktycznie nie popełniają błędów, lecz co najwyżej drobne „niedokładności”. Dotykają perfekcji, więc mecz o światowy prymat poprzedzają żmudne, wielomiesięczne przygotowywania teoretyczne, podczas których próbują wyłuskać jakiekolwiek nowinki, by zaskoczyć przeciwnika.

Spędzają ten czas z komputerem oraz sekundantem lub wąziutkim gronem współpracowników, często zatajając miejsce pobytu. Kiedy Carlsen opowiada o udręce obozów treningowych – chował się m.in. na prowincjach norweskiej i hiszpańskiej, w Omanie i Katarze – koneserom literatury może stanąć przed oczami bohater misternej „Noweli szachowej” Stefana Zweiga, który zamknięty w odosobnieniu przenosi całą jaźń na szachownicę, zaczyna kompulsywnie grać z samym sobą, stopniowo traci kontakt z rzeczywistością, popada w obłęd.

Szachy bywają niebezpieczne

Motyw szaleństwa, do którego doprowadza namiętne przesuwanie hetmanów i skoczków, znamy zresztą zarówno z dzieł innych artystów, jak i z życia.

Zmysły postradał Aleksander Iwanowicz Łużyn, zrodzony z wyobraźni Vladimira Nabokova – wszędzie widział figury, wykrywał wzorce szachowych posunięć w ludzkich zachowaniach, halucynował o życiu jako partii szachów, aż wyskoczył przez okno.

Załamanie psychiczne przeżył całkiem realny, XIX-wieczny arcymistrz Paul Morphy, paranoidalne stany prześladowały fenomenalnego w następnym stuleciu Bobby’ego Fischera. I choć nie dysponujemy dokumentacją medyczną ani innymi twardymi dowodami na związek szachów z zaburzeniami obu Amerykanów, to na poszlaki wskazują poważne źródła: królewska gra uchodzi za tak pochłaniającą umysł i wymagającą tak olbrzymiego mentalnego wysiłku, że bywa niebezpieczna.

Carlsen nigdy nie sprawiał jednak wrażenia zagrożonego utratą równowagi, a jego przytłaczającą przewagę nad rywalami tłumaczy się m.in. nieludzką odpornością psychiczną. Kiedy w ostatnim pojedynku o mistrzostwo świata po serii remisów wygrał partię monumentalną, najdłuższą w dziejach rywalizacji o tytuł – blisko osiem godzin, 136 ruchów – rosyjski pretendent Jan Niepomniaszczi rozpadł się na kawałeczki: od tamtej pory wybierał, cytując komentujących starcie arcymistrzów, posunięcia „szokująco głupie”. 

Zwycięski Norweg zwierzał się jednak potem, że szachowe maratony nie sprawiają mu żadnej przyjemności, nie inspirują, po kolejnym sukcesie nie czuje się usatysfakcjonowany, lecz wypatroszony z psychicznych zasobów.

Już wcześniej ostrzegał, że rozważa ucieczkę, i nawoływał do zreformowania meczu o tytuł, ale międzynarodowe władze (FIDE) ignorowały apele. Ostateczną decyzję podjął, gdy okazało się, że turniej eliminacyjny jako rywala znów wyłonił mu Niepomniaszcziego. „Nie mam motywacji, nie mam wiele do zyskania, nie lubię tego szczególnie. Proces przygotowań jest zbyt intensywny, wycieńczający” – tłumaczył Carlsen. Po triumfach w latach 2013, 2014, 2016, 2018 i 2021 brzmiał, jakby przerażała go perspektywa dnia, w którym znienawidzi szachy.

FIDE w kropce, a Carlsen się bawi

Posmutnieli kibice, miny zrzedły szefom wspomnianej FIDE. Jeśli bowiem walkę w mistrzostwach świata porzuca król Magnus, to w tarapaty wpada nie on, w tarapaty wpadają mistrzostwa. Dramatycznie tracą na prestiżu, niższa wartość sportowa zniechęca do hojności sponsorów, szachownicę przykrywa cień nieobecnego, który wszak nadal rządzi wszędzie, gdzie się zjawia.

Carlsen jest aktualnym mistrzem świata w szachach szybkich, szachach błyskawicznych, szachach losowych. Dzierży potrójny prymat przemnożony przez pozycję lidera globalnej klasyfikacji również w szachach klasycznych – przypomnijmy, że rozgrywania długich partii nie zaniechał, wypisał się tylko z jednej rywalizacji. Nasz wspólny pech polega na tym, że akurat z najbardziej szacownej.

Wyobraźmy sobie, że Leo Messi w kwiecie wieku, tuż po odebraniu kolejnej Złotej Piłki, obraża się na mundial. Wyższość nad wszystkimi innymi futbolistami na planecie postanawia udowadniać wyłącznie w innych rozgrywkach. Tak postąpił Carlsen.

Środowisko oczywiście namawia go do zmiany decyzji, zakulisowo negocjować próbują działacze FIDE. Bez skutku, prawdopodobieństwo powrotu czempiona raczej niknie – zwłaszcza że teraz musiałby przedzierać się przez turniej pretendentów, również morderczy i budzący jego sprzeciw.

Tymczasem Norwega znużyło przede wszystkim rywalizowanie z przedstawicielami swojego pokolenia i starszymi. Jeszcze przed rejteradą sygnalizował, że do ponownego polubienia meczu o mistrzostwo mogłoby go skłonić nazwisko tylko jednego rywala – Alirezy Firużdży, wyjątkowego irańskiego nastolatka, który już w barwach Francji (przyjął jej obywatelstwo, ponieważ rodzimy reżim zabraniał mu grać z Izraelczykami) pobił kilka młodzieńczych wyczynów Carlsena. Niestety, pożądany przeciwnik przepadł wówczas w eliminacjach.

Kogo Niemann nie oszuka

Kolejni młodzi arcyzdolni już wirtuoza nie motywują. Gukesh D po zdobyciu tytułu rozczarowuje, w globalnym rankingu osunął się na 15. miejsce, natomiast jego przyszły rywal Sindarov plasuje się ledwie cztery pozycje wyżej. I choć w turnieju pretendentów wypadł rewelacyjnie, nie ponosząc ani jednej porażki, to zapewne każdemu obserwatorowi musiały zahuczeć w głowie słowa Kasparowa, który zawyrokował, że nie uzna żadnego mistrza dopóty, dopóki domniemany mistrz własnoręcznie nie obali Norwega.

Ten ostatni, choć zdaje sobie sprawę z nieuchronności nadciągającego schyłku – „będzie następował powoli, nie przewiduję nagłego upadku” – rzucił kilkakrotnie, że nadal uważa się za lepszego od „dzieciaków” i ze względu na wszechstronność zasługuje na reputację najznakomitszego gracza na świecie.

Kogoś innego zignorowalibyśmy jako pyszałka, ale Carlsena znamy z brutalnej szczerości, zdolności do racjonalnego sądu także we własnej sprawie. Brzmi wiarygodnie zarówno wtedy, gdy recenzuje własną grę jako perfekcyjną, jak i wtedy, gdy wyznaje: „Wiem, że jestem bystry, ale nie czuję się geniuszem”. On nie kokietuje.

Przywołany cytat pochodzi z filmu „Untold: Chess Mates”, wypuszczonego w kwietniu przez Netflix dokumentu, który opowiada o losach Hansa Niemanna, utalentowanego amerykańskiego gracza oskarżonego o oszukiwanie. Zarzut popełnienia najcięższej w szachach zbrodni sformułował właśnie Carlsen – po porażce z podejrzanym najpierw zasugerował, że stało się coś dziwnego, wkrótce już wprost oświadczył, że momentami „nie grał z człowiekiem” (czyli zderzył się z obliczeniową mocą komputerów), kolejną partię z premedytacją poddał po pierwszym posunięciu, po czym świat obejrzał gorszące show zakończone złożeniem sądowego pozwu przez Niemanna i późniejszą ugodą.

To odrębna historia, której szczegółów nie będziemy omawiać, ale z ekranu płyną również słowa zasadnicze dla portretowania Norwega jako postaci dalece znaczniejszej niż najwybitniejszy szachista świata.

„On ma w naszej dyscyplinie władzę totalną, jestem bez szans” – oznajmia Niemann. I wygłasza opinię prawdziwą, może wręcz podaną zbyt delikatnie.

Magnus Play: arcymistrz, celebryta, innowator

Wprawdzie Amerykanin przyznał, że za młodu bywał szulerem, wspomagając się technologią w grze przez internet, ale w zeznaniach wygłaszanych przed kamerami platformy streamingowej uderza w adwersarza poniekąd celnie.

Otóż po wybuchu skandalu jego wstydliwą przeszłość ujawnili śledczy analitycy z serwisu Chess.com, wykrywając nieprawidłowości – czytaj: posunięcia ocenione jako podyktowane przez mózgi elektronowe – w aż 102 partiach. A tak się składa, że ta platforma, najpopularniejszy szachowy zakątek w internecie, finalizowała akurat przejęcie Magnus Play, aplikacji należącej do Carlsena.

W wymierzonej w Niemanna kampanii oskarżyciela wspierali zatem powiązani z nim biznesowo właściciele niezwykle wpływowej firmy, która łączy funkcję medium społecznościowego i portalu informacyjnego, posiada ponad 200 milionów zarejestrowanych użytkowników, organizuje komercyjne turnieje. Współtworzy architekturę światowych mistrzostw szachowych, potężnieje.

Podobnie ewoluuje Carlsen, przeobrażając się w jednoosobowe imperium. Rośnie jako przedsiębiorca, celebryta i natchniony innowator dążący do zrewolucjonizowania ukochanej dyscypliny, a jeśli decydenci z nim zadrą, często po prostu wychodzi, trzaskając drzwiami.

Kiedy zwątpił w uczciwość Niemanna, nazajutrz wycofał się z turnieju Sinquefield Cup, nie podając żadnego powodu. Nie ukończył mistrzostw świata w szachach szybkich, gdy został ukarany grzywną za złamanie dress code’u, ale bonzowie z FIDE szybko mu ulegli, uznając, że dżinsy wcale nie urażają ich uczuć organizatorskich, zalecając sędziom „większą elastyczność”. 

W finale mistrzostw w grze błyskawicznej wymusił zgodę – po kilku remisach w partiach dogrywkowych – na przyznanie dwóch złotych medali, sobie oraz Niepomniaszcziemu, choć regulamin takiego rozwiązania nie uwzględniał.

Magnus Carlsen: samozwańczy rewolucjonista szachów

Zakpił też nałogowy, największy wśród arcymistrzów nonkonformista z norweskiego prawa, zabraniającego reklamowania hazardu, a w trakcie pandemii, której szachy zawdzięczają oszałamiający rozkwit, błysnął niedostępną dla międzynarodowych działaczy kreatywnością, wymyślając cykl zawodów online, przekształconych potem w Grand Prix. Skoro FIDE odmawia zwrócenia się ku formułom gry atrakcyjniejszym niż klasyczna, to Norweg promuje je sam. I wydaje federacji kolejne wojny – jak wtedy, gdy pokłócił się z nią o zyski z turniejów w szachach losowych.

Tę ideę również zrodził jego piękny umysł, w którym buzuje od nieustającego pragnienia przygód. Partie klasyczne wynagradzają wkuwających na pamięć sekwencje ruchów prymusów, natomiast krótsze odmiany wymagają instynktu, refleksu i spontaniczności, skazują na pomyłki, redukują liczbę remisów. A eksperyment jeszcze bardziej radykalny stanowią właśnie szachy losowe, znane także jako szachy Fischera lub szachy 960 – od nazwiska pomysłodawcy oraz liczby możliwych początkowych ustawień figur. Nikt się do tylu wariantów nie przygotuje, o mechanicznym wywijaniu figur przez kujonów nie ma mowy.

Wszystko to składa się na spójną strategię realizowaną przez samozwańczego rewolucjonistę, który od lat wynosi na sztandary modernizację dyscypliny jego zdaniem zatęchłej, w obecnym stanie niezdolnej uwodzić młodych.

Zaproponowaną wyżej analogię futbolową wypada rozbudować – gdyby Messi zechciał naśladować Carlsena, musiałby nie tylko zbojkotować mundial, ale także wynaleźć i organizować własne rozgrywki, czuć się większym od FIFA i swoją wyższość manifestować, opinie prezesa tejże organizacji Gianniego Infantino puszczać mimo uszu i wymuszać na nim ustępstwa, wycofywać się z rywalizacji w proteście przeciw niesłusznym (jego zdaniem) werdyktom sędziów, żądać drastycznych zmian w regulaminach, w razie oporu z powodzeniem stosować szantaż. I wcale nie wywoływać gremialnego sprzeciwu opinii publicznej.

Konkludując: żaden sportowiec nigdy nie zdominował swojej dyscypliny w takim stopniu, w jakim nad szachami dominuje dziś Carlsen. Jest twórcą i tworzywem, demiurgiem korzystającym z władzy bliskiej absolutnej. Gdyby mieszkał na szachownicy, w jednej bierce by się nie zmieścił. Szalałby jako hybryda hetmana, skoczka oraz piona – jedynego uprawnionego do przeistoczenia się w dowolną figurę, w zależności od potrzeb.

Szachy klasyczne, szybkie, błyskawiczne: czas na mistrzostwa totalne

Dlatego jesienią 2026 r. przeżyjemy inauguracyjną edycję imprezy, jakiej nie było. Total Chess World Championship zostanie rozegrane pod flagą FIDE, ale powstało po konsultacjach z Norwegiem, ma stanowić kompromis między jego parciem do rewolucji a konserwatywną postawą międzynarodowych władz – połączy szachy klasyczne, szybkie i błyskawiczne, zwycięzcę wyłoni emocjonujący system pucharowy (przegrywający odpada), będzie premiować wszechstronność.

Czy zatem rozbudowane, 24-osobowe widowisko uśmierci w przyszłości pojedynki aktualnego mistrza z pretendentem, tradycję pielęgnowaną od XIX w.? To byłoby kolejne spektakularne osiągnięcie Carlsena, postaci gardzącej jakimikolwiek schematami.

Żeby adekwatnie opisać jej złożoność, trzeba czerpać ze słownika bez umiaru. Intelektualne monstrum, któremu zdarza się okazywać kruchość, zwierzać z niepewności co do swojej wielkości. Rebeliant i antysystemowiec. Wróg schematów i miłośnik ostrych konfrontacji. Bezwzględny biznesmen. Chcący eksplorować nowe terytoria awanturnik.

A nade wszystko uzależniony od adrenaliny sportowiec z krwi i kości. Zdarza mu się startować w turniejach pokera, odnosi sukcesy w przyciągającej miliony kibiców internetowej zabawie polegającej na przewidywaniu wydarzeń w piłkarskiej lidze angielskiej (Fantasy Premier League), po nocach grywa w sieci z amatorami – jako MagzyBogues albo DrNykterstein na Lichess.com. Bez ustanku szuka wyzwań, jakichkolwiek.

I nie tetryczeje, lecz młodnieje. Wsłuchuje się w puls epoki, podąża za pokoleniami zrośniętymi z nowoczesną technologią, które chcą rozrywek szybszych i krótszych, by przyjmować więcej osławionych strzałów dopaminowych, które brzydzą się dłużyzn bardziej przepastnych niż mierzone w sekundach, żądają permanentnego widowiska oraz rozmigotanych audiowizualnych błyskotek, w internetowym slangu nazywanych wiralami. I żądają kontaktu z idolami, choćby zapośredniczonego przez cyfrowe łącza.

Niedawno Carlsen przystał na serię partii z Kennym Williamsem, e-sportowym wybitnym specjalistą w grze „Call of Duty” – w tym na jedną absurdalną, w której przeciwnik, kompletny szachowy żółtodziób, miał 23 hetmany. „Faworyt” oczywiście przegrał, ale jakie to ma znaczenie? W istocie zwyciężył, jak zawsze.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 18/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Szachy bez króla