W trakcie premierowego pokazu „Europy” kilkakrotnie łapałem się na rozważaniu, co odpowiem na podstawowe popremierowe pytanie: „i jak?”, co już samo w sobie nie świadczy najlepiej o sile przyciągania tego przedstawienia. Co gorsza, miałem wiele momentów jego odrzucenia, a może ze dwa tylko – akceptacji. Po wyjściu z Nowego Teatru, gdy oczekiwane pytanie padło, odpowiedziałem szczerze i uczciwie – że to strasznie męczące i chyba nie warto było tłuc się spóźnionymi pociągami przez zasypaną śniegiem Polskę do zmrożonej Warszawy.
Jasne – nikt, kto się wybiera na przedstawienie Krzysztofa Warlikowskiego, nie spodziewa się, że będzie lekko. Mierzenie się z ciemnym świecidłem współczesności przy użyciu wielkich mitów i dzieł (a może raczej znanych marek?) ze „skarbca kultury” z zasady wymaga wysiłku i łatwe nie jest. Ale w dawniejszych przedstawieniach Warlikowskiego – tych najsłynniejszych jak „Hamlet”, „Oczyszczeni”, „Burza” czy „(A)pollonia” – była energia prowokacji i zaskakujących pomysłów.
Była drapieżność trafiająca w jeszcze nie wypowiedziane sedno. Były też głód i pragnienie – jeśli nie wypowiedzenia siebie, to przynajmniej uznania prawa do własnego głosu. Nawet w spektaklach późniejszych, coraz bardziej przewidywalnych i przestudzonych, zdarzały się, częściowo dzięki ich wielowątkowej i kolażowej kompozycji, przypływy i wartkie strumienie energii odnawiające przynajmniej na chwilę te teatralne repryzy śmierci w starych dekoracjach.
Z tego wszystkiego pozostały w przedstawieniu najnowszym już nawet nie powidoki, a jedynie dalekie echa, tak przytłumione, że nie wiadomo, czy dochodzą ze sceny, czy raczej z naszej, widzów pamięci.
„Przysięga Europy” Wajdiego Mouawada: intelektualna paplanina
„Europa” nie jest kolażem tekstów. Jest autorską inscenizacją jednego: „Przysięgi Europy” libańsko-kanadyjskiego pisarza, reżysera i aktora Wajdiego Mouawada. I już tu zaczyna się problem, bo – delikatnie mówiąc – nie jest to rzecz udana. Choć pozornie wygląda jak dramat, w lekturze okazuje się erudycyjnym esejem rozpisanym na alegorie, przesyconym do szpiku kości francuską tradycją literacką i intelektualną.
Przesyconym i przygniecionym, bo przeładowanym odwołaniami do mitologii i historii kultury śródziemnomorskiej ze szczególnym uwzględnieniem tego, co wiąże się z pojęciem tragedii i tragiczności.
Daje to wdzięczny materiał na seminarium uniwersyteckie lub serię tematów dla wyrafinowanych artykułów analityczno-interpretacyjnych. Ale w teatrze, zwłaszcza „nowym”, z jakiego w końcu wyrasta Warlikowski, raczej się nie sprawdza. Ze sceny słychać nieustannie szelest papieru, a przy każdym silniejszym podmuchu emocji fasada niby-tragedii sypie się i odsłania starodawne schematy pouczających sztuk z tezą.
Gdy tylko jakieś energie teatralne, uruchamiane dzięki doświadczeniu inscenizatora i/lub talentowi osób aktorskich, próbują wzlecieć, natychmiast wikłają się w gąszcz przypisów i zaraz zwisają z wieszaka jak płaszcz z oskubanych wron.
Tytułowa Europa to stara kobieta (gra ją Andrzej Chyra), która jako ośmioletnie dziecko była świadkiem, a nawet współuczestniczką okrutnej rzezi plemiennej – jednego z wielu powtarzających się aktów ludobójstwa, o których i dawniej, i dziś słyszymy, ale nie chcemy słuchać. Po latach decyduje się opowiedzieć o tym, co widziała i co sama zrobiła, zgadzając się na złożenie zeznań przed śledczą ONZ Assią (Magdalena Cielecka).
Stawia jednak warunek: musi dojść do spotkania jej trzech córek porzuconych przed laty jako niemowlęta i nieznających swojej prawdziwej matki. Zanim trzy siostry – Greczynka Mėgara (Magdalena Popławska), francuska pochodzenia arabskiego Wediaa (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) i mieszkająca w Quebecu Jovette (Maja Ostaszewska) spotkają się z matką, poznajemy zarysy ich historii.
Sos z traumy i makabry
Swoje dopełnienia i kulminacje znajdą one już w trakcie owego spotkania – w oczekiwanych i nieuchronnych jak wystrzał czechowowskiej strzelby scenach wyznań, odsłaniających ukryte piętno, jakimi naznaczone są „córki masakry”.
Najbardziej rozbudowana jest historia Wedii, której syn, Zachariasz (Bartosz Gelner), ulegając odpowiednio straszliwej klątwie, zamordował i zjadł swoją dziewczynę. Matka próbuje zrozumieć, co popchnęło go do tej zbrodni i zarazem zmusić do wyjawienia, gdzie jest ciało zamordowanej. Ale nawet, gdy Zachariasz odmawia, nie wyrzeka się syna i swojej do niego miłości.
W sztuce Mouawada ta miłość ma moc ocalającą, a w finałowym pouczeniu Europy Wediaa jest jednoznacznie wskazywania jako wzór postawy etycznej (wiecie: love is the answer). W efekcie całość brzmi jak współczesny wariant jakiegoś humanistycznego moralitetu dydaktycznego.
W programie do przedstawienia opublikowano tekst „Przysięga Europy” w przekładzie Jacka Poniedziałka, co może i jest przysługą, ale nieco niedźwiedzią. Dzięki temu można bowiem zobaczyć, jak nieznośnie papierowa i literacko słaba jest ta kasza z alegorii w sosie z traum i makabry.
Ale można też docenić, ile starań włożyli w jej choćby częściowe ocalenie i ożywienie autorzy adaptacji, Krzysztof Warlikowski i Piotr Gruszczyński. Naprawdę zrobili, co mogli, ale z historii o doktorze Frankensteinie aż za dobrze wiadomo, jak kończą się próby ożywiania trupa.
Zgrana ekipa Warlikowskiego
Trzeba też oddać Warlikowskiemu, że jako doświadczony reżyser operowy także inscenizacyjnie robi wiele, by tchnąć w ten wysilony elaborat jakieś życie. Precyzyjnie rozplanowuje poszczególne sceny, buduje na słabej konstrukcji atrakcyjne obrazy, które jak zwykle będą świetnie wyglądać na promocyjnych zdjęciach. Ale wszystko to jest już do bólu znane i oczywiste. Warlikowski, Szczęśniak, Ross, Mykietin, Gruszczyński – cała ta ekipa pracująca ze sobą od lat i znająca się jak stare dobre małżeństwo wydaje się już bardzo sobą zmęczona.
Są jak zespół rockowy, który znowu rusza w trasę, by zagrać dla tęskniących za minioną młodością fanów swoje buntownicze pieśni sprzed kilku dekad. W spektaklu pojawia się nawet refren jednej z nich – tej samej, którą słyszałem, gdy z przerażeniem i smutkiem uciekałem z koncertu Rolling Stonesów na Narodowym.
Do zgranej (podwójny jest sens tego słowa) ekipy Nowego należą też te same co zawsze aktorki i ci sami aktorzy. Z należytą świadomością chwili wnoszą swoje wartościowe nazwiska i markowe twarze do przedstawienia już zakontraktowanego jako wydarzenie. Od samego początku jest jasne, że wszyscy mają zapewnione prawo do wykonania w określonym momencie odpowiednio znaczącej partii popisowej – arii z traumą, w której będą mogli po raz kolejny dowieść przekonująco wyjątkowej jakości swojego aktorstwa.
Zanim do tej solówki dotrą, radzą sobie z papierem Mouawada, jak mogą – recytatywami pozornego skupienia, chwytami z seriali albo (to chyba najczęściej) zabawą w stereotypy, które się już wiele razy udanie spieniężyło. Weź trochę mydła i trochę opery, dodaj nieco drwiny z siebie, szklankę wymiotów i łyżkę krwi z poronienia, wszystko zmieszaj – i kreacja gotowa.
Ale trudno ich winić, bo naprawdę w tym tekście nie ma poza ariami czego grać, a na scenie być trzeba, więc się żuje gumę, nerwowo przeklina, znacząco patrzy w dal i pali z przejęciem papierosy.
Andrzej Chyra w roli Europy
Tym ostatnim ratuje się zwłaszcza Andrzej Chyra, obsadzony w roli Europy, chyba po to, żeby ostatecznie wyczyścić z niej wszystko, co w tekście chwilami wygląda na jakiś osad sentymentalnego „kobiecego ciepła”. Naprawdę próbowałem znaleźć w tej roli coś, poza przynoszącym zawód wykonywaniem zawodu.
Przyszło mi nawet do głowy, że Chyra jest tu jakimś znakiem nieobecności Ewy Dałkowskiej, która mogłaby przynajmniej podjąć próbę nawiązania nici jakiegoś porozumienia z postacią i zdobycia dla niej choć cienia współczucia. Albo też braku Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, bo ta w roli Europy jako skamieniałej Niobe zapewne znakomicie by się odnalazła.
Chyra niestety zamienił tytułową postać przedstawienia w jakiś sztywny a grubo ciosany posąg, który ani na chwilę nie wydaje się jakkolwiek poruszony tym, co się wokół dzieje i co sam aranżuje. Niekiedy ta jego sztywność jest wręcz irytująca, bo wygasza energie partnerujących mu aktorek, odbijających się od niej jak od lodu.
W całej tej procesji płaskich figur, z jakich buduje swoją wysiloną sztukę Mouawad, wyróżnia się wątek Wedii i jej syna. Jako jedyny ma znamiona dramatu, rozwijającego się wokół relacji matki kochającej zbrodniarza zrodzonego z klątwy, którą to ona mu nieświadomie przekazała.
Nie jestem wprawdzie pewien, czy gdyby zamiast „Przysięgi Europy” literat spróbował zająć się tym fatum, otrzymalibyśmy rzeczywiście współczesną tragedię (to zadanie, z którym nie poradzili sobie o wiele zdolniejsi od niego), ale przynajmniej miałby zagwarantowanych świetnych wykonawców głównych ról. I Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Bartosz Gelner w tych fragmentach, które dostali, pokazują dowodnie, co mogliby zrobić, gdyby mieli nie kawałki, ale cały dramat do zagrania.
„Europa” to niestety kolekcja sztamp i schematów myślowych
Można by ciągnąć te recenzencki elaborat i pewnie udałoby się znaleźć jeszcze jakieś elementy broniące to przedstawienie (np. choreograficzna partia Claude’a Bardouile’a jako ośmioletniej Europy). Ale „Europa” to niestety ocierająca się niemal o parodię kolekcja sztamp i schematów myślowych, obrazowych i tematycznych współczesnej europejskiej kultury inteligenckiej oraz wiernego jej teatru.
Ukryta zbrodnia! Trauma ożywiona po latach! Tragiczna klątwa sięgająca przez wieki! Wina rozciągająca się na pokolenia! I oczywiście odpowiednio zatroskane wzmianki o Gazie, Libanie, Rwandzie, Jemenie, Sudanie i wszystkich innych możliwych do wymienienia miejscach, gdzie dokonują się zbrodnie ludobójstwa.
Siedząc w modnym warszawskim teatrze, patrząc na znane z okładek i ekranów twarze aktorek i aktorów i równie znane – widzek i widzów, którzy po premierze w świetnym towarzyskim nastroju zgromadzili się we foyer, by pogadać przy winku, miałem szczerą ochotę zapytać twórców przedstawienia: panie i panowie, tak serio – co wy tu robicie?
Co ta wasza artystyczna produkcja, cały ten teatralny european pudding ma wspólnego z ciałami mordowanych dzieci, kobiet i mężczyzn, o których z odpowiednio stłumionym drżeniem w głosie opowiadają wasi aktorzy. Co tu się właściwie odstawia?
Może pomówmy wreszcie bez tej całej intelektualnej paplaniny, bez tej retoryki, którą pan autor posługuje się nad wyraz zręcznie, czego dowodzą jego publikowane w programie wykłady (oczywiście wygłaszane na wysokościach Collège de France, a jakże).
Czy pan reżyser nie zechciałby sobie może przypomnieć, że kiedyś był wiązany z teatrem, który miał bez ogródek mówić w pysk najbardziej bolesne prawdy i choć on akurat najostrzejsze z nich pięknie komponował ku zadowoleniu estetów, to jednak było w tamtych jego przedstawieniach jakieś serio, jakaś autentycznie ważna sprawa.
Dość teatru traum
Ja naprawdę nie jestem naiwnym młodziakiem i dobrze wiem, jak się miękko zostawia dawne rebelie i niezgody, jak chętnie i przymilnie akceptuje się własną bezsilność. I jak nieustannie jesteśmy kuszeni, by odprawiać koleją autoliturgię przed ołtarzem stawianym samemu sobie.
Ale używać do tego zakatowanych? Opowiadać z serialowym przejęciem o pożeraniu dzieci przez psy, gwałceniu dziewczynek przy pomocy noża i rozpruwaniu ich ciał, by co? By dostać na końcu owację na stojąco i zaproszenie na elegancki festiwal dla bogaczy?
Gdzie jest tu jakakolwiek poważna próba odpowiedzi na realne pytania o własną odpowiedzialność. Nie odpowiedzialność jakiejś wydumanej madame Europy, ale tej, którą jesteśmy my: pan pisarz, pan reżyser, państwo aktorzy i państwo widzowie. Ja też.
Więc ja powiem, co myślę. Mam dość teatru traum wyśpiewywanych przez telewizyjne gwiazdy, by śmietanka towarzyska poczuła się lepiej. Przestańcie budować sobie etyczne cokoły na cudzych cierpieniach. Zajmijcie się sobą. Wszyscy wasi widzowie będą zadowoleni, a pomordowani zaznają nieco spokoju.
Najbliższe pokazy „Europy” w warszawskim Nowym Teatrze odbędą się w weekend 19-22 lutego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















