Od pustyni po katakumby. Jak grają Queens of the Stone Age

Sukces zespołu Queens of the Stone Age wynika z myślenia o muzyce nie jako ewoluującej artystycznej formule, ale dzikiej, pierwotnej sile. Takiej, która ma przede wszystkim chwytać za serce. I trochę niżej.
Czyta się kilka minut
Josh Homme i Michael Shuman z zespołu Queens Of The Stone Age podczas koncertu w Inglewood w Kalifornii. USA, 16 grudnia 2023 r. // Fot. Harmony Gerber / Getty Images
Josh Homme i Michael Shuman z zespołu Queens Of The Stone Age podczas koncertu w Inglewood w Kalifornii. USA, 16 grudnia 2023 r. // Fot. Harmony Gerber / Getty Images

Był rok 1996 i Josh Homme potrzebował przerwy. W zespole Kyuss coś się wypaliło i czuli to wszyscy jego członkowie. Nagrywanie wciąż przychodziło im z łatwością, koncerty cieszyły się popularnością, a oni i tak mieli poczucie, że to koniec, że to by było na tyle. Po latach okazało się, że w wywiadach nie mówili wszystkiego, jednak wtedy, w połowie lat 90., wydawali się wyjątkowo zgodni. Także w tym, że chcieli spróbować czegoś nowego, jakiegoś innego życia.

Nielegalne koncerty w kalifornijskich kanionach

Nie było w tym przesady. Kiedy zakładali zespół – pod nazwą Katzenjammer – najmłodszy z nich, Josh Homme miał niecałe piętnaście lat. Słuchał punk rocka, uwielbiał kalifornijską grupę Black Flag, ale zespół założył z rówieśnikami zasłuchanymi w Black Sabbath. Nie miał wielkiego wyboru, mieszkając w czterdziestotysięcznym Palm Springs ze wszystkich stron otoczonym pustynią.

Przestrzeń wokół była nieograniczona, ale nie możliwości. Jedyną szansą, by posłuchać muzyki granej na żywo, było wymknięcie się na pustynię. Tam, daleko w wąwozie i pod osłoną nocy odbywały się nielegalne koncerty, które stały się częścią legendy zespołów z Palm Springs. 

Prąd z generatorów, nisko strojone gitary, wszelkie używki i ani słowa rodzicom. „Informacje o imprezach były przekazywane z ust do ust (…) Czasem jednak robiły się gigantyczne i wtedy zdarzało się, że wpadała policja, bo wieści rozeszły się za daleko…” – wspominał basista Nick Oliver w książce „Queens of the Stone Age: No One Knows” Nicka McIvera. „Dźwięk odbijał się od skał, od piasku, było naprawdę dziko (…) Wiatr wiał na ciebie z taką siłą, że nie słyszałeś własnej gitary”. 

Tak jak pozostali członkowie Kyuss, basista najpierw wymykał się na pustynię, żeby poszaleć, a niedługo później sam dawał tam koncerty. Pomimo wiatru ktoś je jednak usłyszał.

Choć uczestników obowiązywała dyskrecja, w środowisku rozchodziły się wieści o koncertach, podczas których nastolatki pogują w odległych kanionach rozświetlonych ogniskami. Z pewnością przydawały one legendy zespołom z Palm Springs, choć Homme podkreśla, że pustynia dała im znacznie więcej. Chodziło nie tylko o poziom wykonawczy, ale też o własny styl.

Kiedy muzyka nastolatków z Palm Springs trafiła do decydentów z Los Angeles, zwracała uwagę wyrazistością. Kompozytorski dryg Homme’a i charyzmatyczny wokal Johna Garcii sprawiały, że ani wytwórnie, ani media nie postrzegały zespołu w kategoriach retro. Przeciwnie, dziennikarze prześcigali się w wymyślaniu nowych etykietek, nazywając Kyuss pionierami stoner metalu czy desert rocka.

Kyuss był na fali i nie zmieniły tego problemy wydawcy, zmiany w składzie czy chłodniejsze przyjęcie ich czwartej, jak miało się okazać, ostatniej płyty. „Nie było żadnych niesnasek. Powiedzieliśmy sobie: Rozwiązujemy zespół, do zobaczenia na niedzielnym grillu!” – tłumaczył Homme w wywiadzie dla kanadyjskiego tygodnika „FFWD”. Dodawał też, że chciałby odpocząć od grania i pójść do szkoły. W tym celu wybrał się do miasta, którego scena muzyczna była martwa – do Seattle.

Jak powstał debiutancki album Queens of the Stone Age

Homme nie wytrwał długo w swoim szkolnym postanowieniu. Wpłynął na niego nowy znajomy – Mark Lanegan. Lider grunge’owego zespołu Screaming Trees przekona go, że przecież nie musi być liderem, pisać piosenek, użerać się z mediami. Jeśli więc kiedyś zabraknie mu muzyki, może dołączyć do jego składu jako drugi gitarzysta. I tak się stało – ex-lider elektryzującego fanów na całym świecie Kyuss wyruszył w trasę z mniej rozpoznawalnym zespołem, w dodatku reprezentującym pogrzebaną w mediach scenę. Bawił się świetnie. 

Homme szukał sposobu, by z jednej strony obrać inny artystyczny kurs, a z drugiej – nie zrazić do siebie pokaźnej bazy fanów Kyuss. Pewnie dlatego debiutancki album Queens of the Stone Age zarejestrował u przyjaciół z pustynnego studia Rancho de la Luna, a w studio towarzyszył mu znajomy z Palm Springs – Alfredo Hernández.

W tym samym czasie Homme zainicjował też kultowe Desert Session – cykl improwizowanych sesji nagraniowych, podczas których muzycy z różnych środowisk wymieniali się pomysłami i instrumentami w studio leżącym dokładnie pośrodku niczego. Powrót do korzeni sygnalizowała także obecność Nicka Oliveriego, który dołączył do składu niedługo po nagraniu płyty.

W nowej formule kompozytorska biegłość Homme’ego lśniła w pełni. A przecież najlepsze miało dopiero nadejść.

Queens of the Stone Age mieli w sobie coś z Led Zeppelin

Pomimo sukcesów Queens of the Stone Age nie byli wcale najbardziej intrygującym rockowym zespołem przełomu wieków. Rockowe zespoły z tego okresu co kwartał odkrywały nowe kontynenty, zaś Homme siedział na pustkowiu i kreślił im krzyżyk na drogę. Queens of the Stone Age grali, jakby wciąż trwały lata 70. W wywiadzie udzielonym „The Washington Post” gitarzysta mówił: „Rock’n’roll ma się dobrze. Miał się dobrze zanim się pojawiliśmy i będzie miał się dobrze, kiedy nas zabraknie. My tylko staramy się grać go możliwie najlepiej tak długo, jak tu jesteśmy”.

Homme i Oliveri wierzyli, że rock nie potrzebuje ani intelektualnej metamorfozy, ani luźniejszych spodni – wystarczą mu potężne wzmacniacze i kilka riffów, które wprawią w ruch zarówno karki, jak i biodra słuchaczy. Muzyka zespołu niosła w sobie erotyczny ładunek. Ostatecznie Queens of the Stone Age mieli w sobie coś z Led Zeppelin

Mam na myśli nie tylko single napędzane wspaniałymi riffami oraz stale rosnącą sprzedaż albumów („Songs for the Deaf” osiągnęło status platynowej płyty w Wielkiej Brytanii i złotej – w USA), ale także zachowanie muzyków, którzy na festiwalach wyglądali niczym hippisi na zlocie nihilistów. Najbardziej jaskrawym przykładem tego niedopasowania był występ grupy na Ozzfest w 2000 r., kiedy Homme przedstawił zespół słowami: „Nie jesteśmy wściekli i nie rapujemy” – co było czytelnym nawiązaniem do dominującej wówczas estetyki.

Homme’emu nigdy nie brakowało pewności siebie czy wręcz zuchwałości. Oczywiście łatwiej o pewność siebie, kiedy ma się urodę rudego Marlboro Mana i piosenki, które porywają tłumy. A przy przebojach z pierwszych płyt Queens of the Stone Age rzeczywiście trudno wysiedzieć. Zanim w mediach wybuchła nowa fala garażowego rocka z jego surowym brzmieniem, na fali którego wypłynęły The White Stripes czy The Strokes, Homme już dawno tam był. I nie zajmowały go żadne fale. W końcu mieszkał na pustyni.

Sposobem na to, by do zespołu nie wkradła się rutyna, która wykończyła Kyuss, miały być częstsze zmiany składu. Przez lata zespół funkcjonował trochę jak duet Homme–Oliveri, z którymi współpracowali kolejni instrumentaliści. Wśród nich nie brakowało wielkich nazwisk – wspomniane już „Songs for the Deaf” Queens of the Stone Age nagrali w gwiazdorskim kwartecie z Grohlem na perkusji i Laneganem jako drugim wokalistą. To eklektyczny album, gdzie punk miesza się z bluesem, a hard rock z funkiem i progresywnym rockiem, wszystko zaś spaja wyrazisty koncept – radio, które na każdej częstotliwości odbiera trochę inną inkarnację zespołu.

Album zaczyna zapowiedź DJ’a opiewającego przewagi stacji „KLON Radio”, gdzie wszystkie utwory brzmią tak samo, zaraz potem słyszymy porywający riff, który jednak brzmi słabo, niewyraźnie. Regulujemy więc głośność i… zostajemy momentalnie ogłuszeni, bo zespół celowo wyciszył kilka pierwszych sekund utworu, który teraz atakuje nas z taką siłą, jakby tytuł płyty chciał zamienić w przepowiednię.

Po wydaniu trzeciego albumu Homme postanowił jednak rozstać się z Oliverim. Fakt, basista był tykającą bombą – potrafił pobić się z członkiem innego zespołu czy wyjść na scenę ubrany tylko w skarpetki, a jednak przez lata między muzykami zadzierzgnęło się wyjątkowe porozumienie, braterska więź. Choć Oliveri z pewnością przysparzał problemów, bez jego nieokiełznanej energii zespół bezpowrotnie coś stracił.

Czy Queens of the Stone Age odcięli swoje korzenie?  

A przecież zespół Queens of the Stone Age trwa. Koniunkturalizm? Myślę, że niesprawiedliwe byłoby zarzucanie jego liderowi odcinania kuponów czy artystycznego lenistwa. Homme wciąż szuka. Zarówno w prowadzonej przez siebie grupie, jak i w pobocznych projektach. W 2009 r. nagrał album w gwiazdorskim trio Them Crooked Vultures z Grohlem i Johnem Paulem Jonesem z Led Zeppelin.

Pięć lat wcześniej ukazała się debiutancka płyta Eagles of Death Metal blues-rockowej grupy, której przebojowej muzyce towarzyszy humorystyczna otoczka. Ze względu na liczbę obowiązków Homme bierze udział w pisaniu i nagrywaniu wszystkich piosenek zespołu, ale nie jeździ z nim w trasy. Tym samym nie było go w 2015 r. na scenie paryskiego teatru Bataclan, kiedy doszło do terrorystycznego ataku, podczas którego zginęło dziewięćdziesięciu fanów zespołu. 


Queens of the Stone Age występuje w warszawskim Torwarze 30 lipca, to jest świeżo po wydaniu kolejnej płyty, na której Homme próbuje czegoś nowego. „Queens of the Stone Age: Alive in the Catacombs” to zapis sesji, którą grupa – jako pierwsi muzycy w historii – zrealizowała w olbrzymim paryskim ossuarium. 

Ze względu na okoliczności zespół gra tu niemal akustycznie, a kameralne wersje ich utworów zaaranżowane są m.in. na smyczkowe trio. Można więc powiedzieć, że Homme odszedł możliwie daleko od swoich korzeni. Czy na pewno? W końcu zespół nagrywa na setkę, wokół zieje pustka, a elektryczne pianino jest zasilane przez akumulator. Jest więc tak, jak u początków. Tylko publiczność zdaje się bardziej wyrozumiała. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Karki i biodra