Zanim Miklós Bánffy napisał „Trylogię siedmiogrodzką” (w oryginale „Erdélyi történet”), nazywaną wielką „powieścią monarchiczną”, dał się poznać jako wszechstronnie uzdolniony przedstawiciel siedmiogrodzkiej elity. Swoje talenty rozwijał w najróżniejszych dziedzinach – od polityki po życie artystyczne. Był posłem i ministrem spraw zagranicznych, w czasie II wojny światowej negocjował wyjście Węgier z państw osi. Kiedy po wojnie król Rumunii wymógł na nim złożenie przysięgi, że zaniecha aktywności politycznej, zaangażował się w spółdzielczość i rozwój edukacji wśród węgierskojęzycznych Seklerów.
Miklós Bánffy przed „Trylogią siedmiogrodzką”
Znakomicie wykształcony, wychowany wśród luksusów barokowego pałacu Bánffych („transylwańskiego Wersalu”), wzrastał w duchu ugody z 1867 r. Wierzył, że pamięć o patriotycznych porywach Lajosa Kossutha z 1848 r. i polityka pierwszych dekad XX w. będą prowadziły kraj ku niezależności.
Odpowiedzialność za ojczyznę i dbanie o sytuację Węgrów w Siedmiogrodzie łączył z niezwykle intensywnym życiem towarzyskim, jak na hrabiego przystało. Bywał na balach i polowaniach, podobno świetnie grał w bilard i karty, a przy tym stale malował, rzeźbił i tworzył karykatury (także w trakcie konferencji w Genui w 1922 r.).
Na dodatek przez sześć lat piastował stanowisko dyrektora budapeszteńskiej opery i to za jego kadencji (1912-1918) wystawiono dwa najważniejsze dzieła Béli Bártoka – „Drewnianego księcia” i „Zamek Sinobrodego” – uznane przez wcześniejszych decydentów za perwersyjne i godzące w mieszczańską wrażliwość.
Kiedy Bánffy proponował odważne inscenizacje i marzył o przewietrzeniu konserwatywnych głów melomanów, był już uznanym dramaturgiem. Debiutował w 1906 r. pod pseudonimem Miklós Kisbán sztuką teatralną „Naplegenda”, którą przyjęto entuzjastycznie, określając ją jako przykład „europejskiego pisania”, w niczym nieodbiegającego od poziomu „Peer Gynta” Ibsena. Jego drugą sztukę, „Nagyúr” (1913), wystawiono na deskach Teatru Narodowego, także z sukcesem. Mimo to kolejne teksty nie były już dramatami, bo autor postanowił zająć się prozą.
Korzenie „Trylogii siedmiogrodzkiej”
Przyglądając się burzliwej biografii Bánffyego można odnieść wrażenie, że całe swoje życie (obywatela i twórcy) opierał na znakomitym refleksie i umiejętności dostrzegania najbardziej palących potrzeb społeczeństwa.
Wiedział, kiedy wykorzystać koneksje i olbrzymie zasoby finansowe rodziny, by skutecznie domagać się praw mniejszości węgierskiej, a przy tym, mimo licznych powiązań z ludźmi polityki, zanegował słuszność sojuszu z Hitlerem. Kiedy rozpoczął karierę artystyczną, podjął niezwykle ważny dla Węgrów temat praojca narodu, Attyli, bezbłędnie wyczuwając, że u progu kryzysu wojennego rodacy pragną symbolicznego wzmocnienia.
Podobnie było z jego opus magnum, trzytomową „Trylogią siedmiogrodzką” (publikowaną w latach 1934-1940), która stała się jednym z najważniejszych tekstów, łączących wiedzę historyczną i obyczajową na temat węgierskich elit w Siedmiogrodzie.
Antal Szerb, świetny badacz, redaktor i pisarz, autor znanej w Polsce książki „Podróżny i światło księżyca” (przełożonej przez Jana Zimierskiego) zauważył, że dużą zaletą tej powieści jest „pisanie z wewnątrz”, ponieważ „o epoce Franciszka Józefa napisał człowiek, który nie tylko tę epokę przeżył, ale także tworzył jej historię”.
Świat monarchii austro-węgierskiej
Dodajmy, że w 1916 r. Bánffy był inscenizatorem koronacji ostatniego cesarza monarchii, Karola I Habsburga, następcy Franciszka Józefa. Badacze wspominają, że hrabia postanowił pokazać nowemu władcy realia walk pierwszowojennych i na ceremonię zaprosił zasłużonych i okaleczonych żołnierzy, którzy w chwili oddania hołdu podchodzili do nowego cesarza o kulach, obwiązani bandażami, pozbawieni kończyn, z widocznymi bliznami, co miało uzmysłowić Karolowi I, że toczenie wojen to nie decyzje podejmowane w zacisznym gabinecie, ale posyłanie poddanych na śmierć.
Dzieło Bánffyego jest nie tylko popisem wiedzy o życiu elit, ale przede wszystkim opisanym w najdrobniejszych detalach atlasem obyczajów, encyklopedią rytuałów, przewodnikiem po świecie polowań, ekskluzywnych wnętrz i okolicznościowych uczt. To także świetnie skonstruowana, wielopoziomowa powieść, w której możemy równocześnie śledzić tło historyczne, miłosne perypetie głównych bohaterów i przemiany społeczeństwa.
Liczące w węgierskim wydaniu 1250 stron dzieło porównywano z symfoniami, które, podobnie jak „Trylogia”, komponuje się zachowując zasadę zmiennych temp. Po wesołym i skocznym temacie przechodzimy do fragmentów pełnych nostalgii i zadumy, po nich pojawiają się części opisowe, a po nich znowu dynamiczne wątki.
Ta zasada sprawdza się świetnie, bo mimo obszernego materiału pisarskiego czytelnik nie odczuwa znużenia. Bánffy zadbał nie tylko o muzyczną, symetryczną konstrukcję, ale także udowodnił, jak dobrze zna ludzką psychikę, a przy tym zachwyca malarskim spojrzeniem na przyrodę.
Tłumaczenie wielkiej powieści
Kiedy zastanowimy się chwilę nad tym, z czego autor utkał swoją opowieść, przypomnimy sobie niezliczone szczegóły ukazujące lokalny koloryt, unikatowe gatunki roślin i zwierząt, detale uprzęży i strojów, tańce czy potrawy towarzyszące balom charytatywnym po Środzie Popielcowej, wówczas zrozumiemy, jakim wyzwaniem było tłumaczenie „Trylogii”.
Irena Makarewicz, determinacji której zawdzięczamy istnienie Bánffyego na polskim rynku (właśnie ukazał się drugi tom powieści), brawurowo oddała maestrię oryginału. Wymagało to tytanicznej pracy w polszczyźnie, oddania subtelnego stylu, przeprowadzenia śledztw ornitologicznych i modowych, a przede wszystkim wypracowania językowej i strukturalnej polifonii, z której ta powieść słynie. Nie mam wątpliwości, że sukces Bánffyego w Polsce należy podzielić na pół między autora i tłumaczkę.
Książka zakazana
Trudno też uwierzyć, że przez wiele dekad dzieło to było na Węgrzech prawie nieznane. Po tym, jak w 1945 r. autora (przedstawiciela burżuazji) objęto silentium, książka trafiła na indeks. Nigdzie jej nie drukowano. Pięć lat później objęto zakazem druku także pozostałe dzieła pisarza.
Władzy nie podobało się pochodzenie hrabiego, jego udział w życiu kulturalnym Siedmiogrodu, reprezentowanie mniejszości seklerskiej, właściwie cała biografia (zwłaszcza rozpoznawalność na arenie międzynarodowej). „Trylogia” powróciła dopiero w 1982 r., ponad 30 lat po śmierci autora, w ocenzurowanej wersji, w której zabrakło fragmentów dotyczących pokojowego nastawienia elit seklerskich względem Rumunów.
Gdyby nie Katalin Bánffy, córka twórcy, która postanowiła przetłumaczyć dzieciom dzieło ojca, prawdopodobnie nie poznalibyśmy losów dumnego Bálinta Abádyego i jego kuzyna László Gyerőffyego. „Robocza” wersja książki powstawała przy kuchennym stole w Casablance, a kiedy okazało się, że wzbudza zainteresowanie bliskich, trafiła do profesjonalnego tłumacza, a potem ruszyła na podbój świata.
Bánffy czytany dziś
Pełne rozmachu dzieło Bánffyego okazało się czytelne nawet dla mieszkańców odległych zakątków globu. Czas zweryfikował jego wartość. Być może dlatego, że przesłanie zawarte w tytułach trzech tomów cyklu – „policzone”, „zważone” i „podzielone” (czyli mene, tekel, fares z Księgi Daniela) – brzmi dziś bardzo aktualnie. Przepowiednia katastrofy i upadku, a przede wszystkim zapis końca pewnej epoki, odchodzenia świata, który wydawał się stały i niezniszczalny, jest naszym wspólnym, globalnym doświadczeniem.
Nawet jeśli podczas lektury sięgamy po inne książki, żeby lepiej zrozumieć kontekst fabuły, albo potrzebujemy większej wiedzy o tle historycznym, dobrze rozumiemy niepokoje bohaterów, motywacje i decyzje, które zmieniały ich życie. Jeśli mamy odrobić jedną lekcję z lektury Bánffyego, niech będzie nią przekonanie, że jakość i talent zawsze się obronią.
Miklós Bánffy, Zważone, tłum. Irena Makarewicz, Officyna, Łódź 2026

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















