„Zimne krematorium” Józsefa Debreczeniego ukazuje się w Polsce 75 lat od węgierskiego wydania i nie mam wątpliwości, że zawdzięczamy ten fakt zeszłorocznej liście bestsellerów „New York Timesa”. Historia literatury zna wiele arcydzieł odkrytych dopiero po śmierci autora i historie powieści, które doceniono wiele lat po ich premierze, ale przypadek Debreczeniego jest szczególny.
Przez wiele dekad o istnieniu książki wiedzieli tylko badacze zajmujący się literaturą węgierską dotyczącą doświadczenia Zagłady. Powieść ukazała się w 1950 r. w małym węgierskim wydawnictwie w Nowym Sadzie (na terenie ówczesnej Jugosławii) i musiała czekać 25 lat na dostrzeżenie i wyróżnienie. Mimo usilnych starań rodziny pisarza, by upowszechnić tekst w Ameryce, książkę przełożono tylko na język serbski, co nie jest zaskakujące, skoro autor od końca wojny mieszkał i pracował w Belgradzie.
Bycie węgierskim, czyli mniejszościowym pisarzem w Jugosławii nie zwiększało popularności „Zimnego krematorium”, a w ojczystym kraju panował już zakaz mówienia o wojnie, zwłaszcza o tożsamości żydowskiej. Debreczeni zmuszony był więc zamilknąć.
Zapis doświadczenia z archipelagu Auschwitz
Można by pomyśleć o tej sytuacji jako bardzo niekorzystnym zbiegu okoliczności, ale we wspomnieniach o autorze, które opublikowano po jego śmierci w 1978 r., na pierwszy plan wysuwał się tragiczny i pechowy los artysty, który od najwcześniejszych lat młodości nie potrafił odnaleźć swojego miejsca w świecie.
Po wyjeździe rodziny Brunnerów (tak brzmiało nazwisko rodowe pisarza) z Węgier do Jugosławii w 1919 r., tuż po ogłoszeniu pierwszych „ustaw żydowskich”, okazało się, że nowe miejsce do życia nie pozwala na spełnienie największego marzenia Debreczeniego – bycia docenionym poetą. Sombor (miasto w północnej Wojwodinie) okazał się „klatką i więzieniem”.
Młody pisarz wysyłał swoje wiersze do czasopism literackich na Węgrzech, opublikował nawet młodzieńczy tomik „Történet” (Historia), ale jak twierdzi Imre Bori, trudno znaleźć w literaturze węgierskiej drugą książkę poetycką, która spotkałaby się z tak słabym oddźwiękiem, co debiut Debreczeniego.
Od tego momentu aż do śmierci pisarzowi towarzyszyło poczucie artystycznego niespełnienia, chociaż odnosił liczne sukcesy jako dziennikarz. W dorosłym życiu opublikował jeszcze wiele tomów wierszy i stał się autorem bardzo poczytnej książki młodzieżowej „Az első félidő” (Pierwsza połowa), ale jego tęsknota za byciem „prawdziwym” poetą miała się nigdy nie spełnić. Wydawało się, że największym (i jedynym) sukcesem pisarskim były jego dowcipne i świetnie napisane teksty publicystyczne.
Każdy czytelnik „Zimnego krematorium” wie, że ma do czynienia z autorem wielu talentów, że ten „dziennik obozowy”, „powieść reportażowa”, „zapiski” – jak pisali o książce krytycy – to unikatowy tekst łączący w sobie talent dziennikarski i poetycką wrażliwość. Dzisiaj relację Debreczeniego z pobytu w Auschwitz, Eule, Fürstenstein i Dörnhau stawia się obok „Losu utraconego” Imre Kertésza i „Czy to jest człowiek?” Primo Leviego.
Carolin Emcke pisała o „wyjątkowym zapisie doświadczenia z archipelagu Auschwitz” jako unikatowym, „dorosłym” pisaniu o obozach. Bez wątpienia, punkt widzenia autora, który trafił do transportu mając niespełna 40 lat, różni się od wspomnień innych więźniów.
Nieusuwalna podwójność świata obozów
Po pierwsze, Debreczeni nie rezygnuje ze swoich zawodowych nawyków, stara się opisywać wszystko tak, jakby przygotowywał profesjonalny tekst. Zbiera informacje, dba o szczegóły, podaje dane statystyczne, określa sytuację polityczną i pisze o ludziach, wymieniając ich imiona, nazwiska i wykonywany zawód, chociaż w świecie, do którego trafił, ludzi zastąpiły numery i wydaje się, że umiejętności, z których zasłynęli w poprzednim życiu, straciły jakąkolwiek wartość.
Jest profesor Waldmann, wykładowca węgierskiej i niemieckiej literatury z „węgierskiego królewskiego gimnazjum państwowego w moim mieście, stoi z wykrzywionymi ustami i białą, sześciodniową szczeciną na policzkach. Hertelendi, właściciel sklepu z zabawkami i autor zagadek szachowych (...). Następny, kogo dostrzegam, to Kardos, chory na serce adwokat z Szegedu, mój rówieśnik”. Każde takie zdanie i każdy detal stają się osobliwą pamiątką, ostatnim śladem po tych, których odrzucono podczas selekcji.
Po drugie, pisarz dba o wartkość narracji. Jego zapiski są niezwykle sprawne językowo, zaskakują doborem słów, nierzadko Debreczeni daje czytelnikowi sygnał, że inwencja literacka także może być formą oporu i reakcją na zastaną rzeczywistość. Bez względu na to, który fragment tekstu czytamy, dynamika rozdziałów nie słabnie, w odróżnieniu od kondycji narratora.
Oczywiście, mamy świadomość, że tekst powstał w Belgradzie kilka lat po wojnie, że autor mógł podpierać się wiedzą na temat wydarzeń, w których uczestniczył, że „Zimne krematorium” jest owocem wytężonej, artystycznej pracy, w której autor zadbał o każdy poziom tekstu (od stylistycznego po strukturalny), ale wydaje mi się, że wyjątkowy język tej książki możemy potraktować jako osobny przekaz.
Dobrze znamy go z poezji Miklósa Radnótiego, poety zamordowanego przez nazistów, który pisał wiersze do ostatnich chwil Marszu Śmierci. Płynęła z nich wiara w to, że przemoc, w odróżnieniu od literatury, ma swój kres, że wszystko przeminie, ale heksametr pozostanie.
Dla tłumaczy Debreczeniego taka literatura to nie lada wyzwanie, bo wzniosła filozofia tekstu bywa trudna do oddania w języku, zwłaszcza jeśli opiera się na patosie, częstej zmianie rejestrów i estetyki. Autor chętnie łączył skrajne emocje i stany, by pokazać nieusuwalną podwójność świata obozów. Zderzał okrucieństwo władzy z wewnętrznym pięknem ludzi, wstyd z dumą i upokorzenie z nadzieją, ani razu nie popadając w banał, nie spłycając upokarzających doświadczeń, nie uśredniając zachowań.
Do tego dochodzą jeszcze fragmenty liryczne, w których łatwo można popaść w kicz, jak „banalna różowość raju” czy „dyrygent donośnych chwil”. Takie żonglowanie emocjami i rejestrami wymaga dobrego warsztatu u potencjalnych tłumaczy tego tekstu. Nie mam też wątpliwości, że to dzięki znakomitemu angielskiemu przekładowi Paula Olchváryego dzieło węgierskiego autora dotarło do Polski. Czytałam dotąd Debreczeniego w czterech językach (w tym po polsku) i z radością odnotowuję, że każdy z tłumaczy spisał się świetnie.
Czy sukces książki przełoży się na zmianę myślenia o naturze zła?
Po trzecie, w trakcie lektury mamy wrażenie, że autor do perfekcji opracował sztukę dystansu, pozwalającą mu na „podwójne widzenie”. To przywilej intelektualnego spojrzenia, które nawykowo szuka dodatkowych kontekstów, które z założenia nie uniwersalizuje, które dłużej karmi się nadzieją, bo szerzej jej szuka.
U Debreczeniego nie znajdziemy jednak wyższościowego tonu ani taniego moralizowania. Narrator nie idealizuje swojego narodu ani języka, nie romantyzuje Węgrów, nie daje czytelnikowi odczuć, jakie ma mniemanie o współmieszkańcach celtu (namiotu), na równi odnotowuje zachowania „dobrych Niemców” i okrutnych oficerów, oszustwa Greków, „których nie da się w niczym przechytrzyć”, i ich talent do starannego strzyżenia.
Jedyne sceny, w których nie stara się pokazać innego punktu widzenia czy rozszerzyć perspektywy, to opisy własnego położenia i stanu zdrowia, kiedy zaczyna wątpić, czy dożyje wyzwolenia. Krytycy docenili u pisarza nie tylko precyzję i talent, ale także umiejętność stworzenia porywającego reportażu, który zachwyca powściągliwością, a przy tym przeraża.
Pozostaje pytanie o to, jak nadrobić te 75 lat i czy w ogóle jest to możliwe. Z jednej strony, możemy mówić o niepowetowanej stracie intelektualnej. Powstały setki książek, w których ani razu nie przywołano dzieła węgierskiego pisarza, wydano podręczniki do literatury wojennej, a kolejne pokolenia Węgrów uczyły się historii, nie znając „Zimnego krematorium”. Z drugiej strony, habent sua fata libelli – książki mają swoje losy i często taka odroczona recepcja nie przekreśla wprowadzenia tytułu do szerszej debaty.
Na pewno mamy z tym do czynienia w przypadku „Zimnego krematorium”. O książce pisały wszystkie ważniejsze tytuły prasowe na świecie. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, które zapewne zadałby autor: czy sukces książki przełoży się na zmianę myślenia o naturze zła? Dzisiaj, po 75 latach od wydarzeń opisywanych w tej powieści reportażowej, widzimy wyraźnie, że wiele lekcji z historii nie zostało odrobionych.
József Debreczeni, Zimne krematorium, przeł. Daniel Warmuz, Filia 2025.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















