László Krasznahorkai: Na miejscu Węgrów są już tylko Węgry

Podczas jednego z publicznych odczytów swojej prozy usłyszał błędy rytmiczne i postanowił poprawić tekst. To „poprawianie” – jak twierdzi – trwa do dzisiaj i nigdy się nie skończy.
Czyta się kilka minut
László Krasznahorkai // Fot. Colin McPherson / Getty Images
László Krasznahorkai // Fot. Colin McPherson / Getty Images

Kilka dni temu na facebookowej stronie pisarza pojawiła się krótka wiadomość, w której László Krasznahorkai wyraził „wdzięczność Nieuniknionemu Przypadkowi za to, że [Nagroda Nobla] sprawiła radość tak wielu osobom”. Bez wątpienia kategoria przypadku i losu jest kluczem do jego twórczości. 

Kilka lat temu, w wywiadzie udzielonym Louisiana Channel, Krasznahorkai oznajmił, że nigdy nie chciał zostać pisarzem, a jego pierwsza powieść, „Szatańskie tango”, zrodziła się z naglącej potrzeby nazwania wewnętrznych stanów i rozpadu świata, w którym żył jako dorastający przedstawiciel inteligencji w przygranicznym mieście Gyula. „Słyszałem w głowie muzyczny motyw i chciałem znaleźć dla niego formę wyrazu” – mówił. 

Zanim powstała pierwsza powieść, autor dokonał życiowej rewolucji, opuścił rodzinny dom, zerwał kontakty z bliskimi i rozpoczął swoje „lata wędrówki i nauki”.

Krasznahorkai: górnik, nauczyciel, nocny stróż

Jak każdy student w czasach polityki Jánosa Kádára, musiał odbyć rok służby wojskowej. To doświadczenie go złamało, więc kiedy pojawiły się problemy z ukończeniem studiów prawniczych, a przerwanie edukacji skutkowało dodatkowym rokiem w jednostce, Krasznahorkai postanowił przechytrzyć system i wykorzystać opieszałość wojskowej biurokracji. 

W tym celu regularnie zmieniał miejsce zamieszkania, przenosząc do kolejnych komitatów (węgierskich odpowiedników województwa). Pracował jako górnik, dyrektor prowincjonalnych domów kultury, nauczyciel, a nawet nocny stróż w oborze. Opieka nad prawie 400 krowami i przebywanie w towarzystwie zwierząt było, jak wspominał, „cudownym doświadczeniem pokoju”.

W tymczasowych mieszkaniach, na stacjach kolejowych i w pociągach, między jednym rozdziałem życia a drugim, rodziło się „Szatańskie tango”. Najpierw w głowie pisarza, a później w formie gęstej, wielogłosowej narracji, która zachwyciła Pétera Esterházyego. 

Krasznahorkai: jak dotrzeć na kraniec świata

Prozaik pomógł koledze w opublikowaniu debiutu, ale Krasznahorkai nie zamierzał pisać kolejnych książek, pierwsza miała być tylko próbą „zapisu” świata. Podczas jednego z publicznych odczytów fragmentów swojej prozy usłyszał jednak błędy rytmiczne i postanowił poprawić powieść. To „poprawianie” – jak twierdzi – trwa do dzisiaj i nigdy się nie skończy.

Kolejna książka, „Melancholia sprzeciwu”, miała większy rozmach, ciekawie zaplanowaną dynamikę narracji i bardziej złożone psychologicznie postaci, ale – podobnie jak debiut – była osadzona w dobrze znanej pisarzowi przestrzeni rodzinnych stron. Uważni czytelnicy, z małą pomocą aplikacji albo map, zauważą, że większość wsi i osad z powieści znajduje się niedaleko Gyuli. 

Ta strategia wydaje się jasna, są to tereny, które Krasznahorkai zna najlepiej i swobodnie się w nich porusza, ale można w tym dostrzec coś więcej. Mimo deklaracji młodzieńczego buntu, który kazał pisarzowi opuścić wszystko, co oswojone i bezpieczne, mimo przejechania kraju wzdłuż i wszerz, by znaleźć kolejną dorywczą pracę, podczas tworzenia zawsze wracał do źródła.

Krasznahorkai wyznał kiedyś, że już w dzieciństwie otaczali go wyjątkowi ludzie – niespokojne duchy, dziwacy i natchnieni domorośli poeci. Dokładnie tacy jak Futaki z „Szatańskiego tanga” czy Valuska z „Melancholii sprzeciwu”. Być może trzeba było dotrzeć na kraniec świata, żeby zrozumieć, że wszystko, co stało się znakiem rozpoznawczym twórczości węgierskiego pisarza, towarzyszyło mu od najwcześniejszych lat.

Podobnie jest z językiem powieści, znakiem rozpoznawczym jego stylu. Zdania-molochy, tasiemcowate struktury, hipnotyzująca gadatliwość, bogactwo słownictwa, tysiące dygresji i retardacji nie należą do świata, który Krasznahorkai opisuje, żaden z jego bohaterów nie posługuje się taką węgierszczyzną. To jest umiejętność tego, kto na nich patrzy, wykształconego wirtuoza, kogoś, kto nie może wyprzeć się inteligenckich korzeni i pochodzenia. Pisanie o rozpadzie świata, o nędzy ludzi niemających szansy na ucieczkę i ponoszących klęskę za klęską, jest pod tym względem rodzajem socjologicznego eksperymentu, bo Krasznahorkai trafił do świata ubóstwa i braku nadziei z wyboru, jako przybysz.

Krasznohorkai: demokracja jest krucha

Nie bez powodu pojawia się tutaj klucz autobiograficzny. Powieści węgierskiego pisarza traktowane są jako metafory Węgier i prowincji, wskazuje się je w każdym podsumowaniu literackim dotyczącym naddunajskiej literatury przełomu XX i XXI w. jako dokonania przełomowe, porównywalne z wyimaginowanym światem Sinistry z cyklu powieściowego Ádáma Bodora. Dla wielu czytelników konsekwencja, z jaką Krasznahorkai obrazował trudne życie ludzi z głębokiej prowincji, była jednoznaczna z deklaracją lojalności i zrozumienia dla jej potrzeb.

Tymczasem autor „Szatańskiego tanga” w wywiadzie dla dziennika „Svenska Dagbladet”, przeprowadzonym przy okazji odbierania szwedzkiej nagrody za powieść „Herscht 07769”, tak scharakteryzował sytuację w kraju: „Demokracja jest bardzo krucha. Uzbrojone w prawa niewykształcone masy i tak wielu dupków. W zatłoczonym wagonie kolejowym wystarczy jeden neonazista, tylko jeden”. Węgierscy komentatorzy nie kryli zdziwienia, że pisarz tak surowo i bezwzględnie ocenia obywateli i nie rozróżnia popierających rząd od tych, którzy nie utożsamiają się z polityką władzy.

Krasznohorkai nie jest pierwszym Węgrem, który wyraził gorzki osąd na temat sytuacji w kraju. Rozgoryczenie rzadko daje impuls do działania, chociaż nie ma wątpliwości, że bunt jest jednym z najcenniejszych gestów, na jakie może zdobyć się człowiek. Dodajmy, że krytyczne uwagi pisarz kierował nie tylko do swoich rodaków, ale pod adresem większości dyktatur, bo od początku swojej drogi artystycznej wyrażał sprzeciw wobec niesprawiedliwego traktowania ludzi.

Czy ta postawa ma wpływ na recepcję jego twórczości w kraju? Na Węgrzech, podobnie jak w Polsce, czytelnicy wymagającej literatury wciąż należą do wąskiego grona specjalistów związanych przede wszystkim ze środowiskiem literackim i akademią. Krasznahorkai jest jednym z najważniejszych i najbardziej uznanych pisarzy węgierskich, więc próbuje wykorzystać swoją międzynarodową pozycję do skutecznego wywierania nacisku na polityków, chociaż ryzykuje, że zainteresowanie jego książkami będzie mniejsze. 

Zwłaszcza wśród odbiorców opierających swoje zdanie na złośliwych komentarzach internetowych, których po środowym werdykcie przybywa. Najczęściej przypominana jest niefortunna uwaga pisarza, który stwierdził, że „nie czuje się dumy z bycia Węgrem”, bo miejsce urodzenia jest dziełem przypadku, podobnie jak język, którego używamy.

Krasznohorkai: Węgrzy? Ich już nie ma 

Surowość autora ma swoje źródło w lęku o znikający z mapy naród, który nie uchronił swojego dziedzictwa przed nieuchronną dziejową klęską. Ten temat powraca w wypowiedziach i książkach Krasznahorkaiego, jak choćby w powieści „Wojna i wojna”, w której główny bohater, György Korim – noszący to samo imię i nazwisko co dziadek pisarza, stwierdza: „Węgrzy? (...) nie ma Węgrów, Hungarian no exist, już wymarli, they died out, zaczęło się to jakieś sto, sto pięćdziesiąt lat temu, w niewiarygodny sposób, niepostrzeżenie (...) na miejscu Węgrów są już tylko Węgry, Hungary yes, Hungarian not” (przeł. E. Sobolewska).

Szwedzka Akademia wierzy, jak oświadczyła, w „wizjonerskie dzieło, które w obliczu apokaliptycznego terroru potwierdza siłę sztuki”, być może nawet bardziej niż jej twórca. Krasznahorkai, zapytany o to, kim jest czytelnik jego dzieł, odpowiedział, że „jest nim każdy, kto rozpoznaje w powieściowych obrazach samego siebie, kto wie, że to historia o nim samym”. „Nie czekamy na apokalipsę – dodaje pisarz – bo już jesteśmy w apokalipsie”. Autor miał na myśli nie tylko kwestie polityczne, ale także filozofię życia, które musi minąć.

W niespokojnym dla naszego regionu czasie te słowa brzmią niezwykle aktualnie, zwłaszcza że – jak komentują węgierscy krytycy – decyzje Akademii często wskazują główne źródło duchowego niepokoju na świecie. Nagrody przestały być tylko wyróżnieniem dla artystycznego kunsztu, a stają się wskazówkami sięgającymi dalej niż literatura. 

„Im bardziej upośledzone jest życie polityczne, im bardziej prymitywne, tym potężniejsze są korpusy tekstów, które się im przeciwstawiają. Im bardziej zawiłe zdanie, tym mocniej destylowane pojęcia” – pisała Boróka Parászka. A obowiązkiem, „naturą i celem Nagrody Nobla jest demaskowanie tego, co fałszywe, wskazywanie narodowych obsesji i wspieranych przez system socjopatii”.

Krasznohorkai: masz tylko jedno zdanie

Wiele poprzednich literackich Nagród Nobla miało wydźwięk polityczny i było gestem wsparcia dla artystów poszukujących sprawiedliwości i rozliczenia zaległych win. Pisarstwo Krasznahorkaiego stawia pytania od czasu, kiedy na Węgrzech panował komunizm. Już wtedy autor widział swój kraj jako miejsce opuszczone i zaniedbane. Trudno zarzucać nobliście złośliwość, skoro jego wizja rzeczywistości w istocie się nie zmieniła.

Do powieściowego uniwersum dołączyły inne miejsca globu i w każdym z nich bohaterowie, nawet ponosząc klęskę, są przez Krasznahorkaiego muśnięci metafizyką. Czy to zwykłe pocieszenie, czy głęboka wiara, że powrót do budzącego nadzieję świata jest jeszcze możliwy? Krasznahorkai mówi tak: „Każdy człowiek ma do wypowiedzenia tylko jedno zdanie. Ja swojego wciąż poszukuję i nie wiem, czy je znajdę, ale szukam. To Bóg stawia kropkę”.

László Krasznahorkai (ur. 1954) to pierwszy pisarz środkowoeuropejski nagrodzony Bookerem i drugi, po Imre Kertészie, węgierski laureat Literackiej Nagrody Nobla. Dla badaczy naddunajskiej prozy jeden z najważniejszych przedstawicieli „złotej ery węgierskiej powieści” lat 80., tuż obok dobrze znanych polskiemu czytelnikowi Pétera Nádasa, Pétera Esterházyego czy Imre Kertésza. Jego powieści „Szatańskie tango” (1985) i „Melancholia sprzeciwu” (1989) stały się metaforami kondycji kraju w dobie burzliwej transformacji ustrojowej i tuż po niej. Trudno dzisiaj mówić o literaturze środkowoeuropejskiej bez wymownych obrazów pustki, kryzysu i ledwie tlącej się nadziei z  parabolicznych powieści tegorocznego noblisty.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kto stawia kropki