Sześć najlepszych memów: filmowa droga Leonarda DiCaprio

Pod względem gwiazdorskiego statusu i artystycznego dorobku Leonardo DiCaprio pozostaje ostatnim tyranozaurem Hollywood. W najnowszym filmie Paula Thomasa Andersona powiększa swoją kolekcję wielkich ról.
Czyta się kilka minut
Leonardo DiCaprio w filmie „Jedna bitwa po drugiej”, reż. Paul Thomas Anderson, 2025 r. // materiały prasowe
Leonardo DiCaprio w filmie „Jedna bitwa po drugiej”, reż. Paul Thomas Anderson, 2025 r. // materiały prasowe

Mem pierwszy: Leonardo odnosi sukces

Wielki Gatsby zerka w kamerę i wznosi toast. Za jego plecami fajerwerki rozświetlające niebo, a przed nim Nick Carraway, czyli widz. W słynnej powieści Francisa Scotta Fitzgeralda Carraway to sumienie prowincjonalnej Ameryki zderzone z żywiołem wielkomiejskiej dekadencji. Grany przez DiCaprio bon vivant staje się symbolem świata, o którym skrycie marzymy, a do którego bramy na zawsze pozostaną zamknięte.

Leonardo DiCaprio rozpychał się łokciami w tym świecie już w latach 80., gdy jako ośmiolatek trafił na plan popularnego sitcomu „Dzieciaki, kłopoty i my”. Czujne oko wypatrzyło go później w „Crittersach 3” (1991), opowiadających o inwazji kosmicznych futrzaków, oraz thrillerze erotycznym „Trujący bluszcz” (1992), do którego lepiej nie wracać – zwłaszcza jeśli kochacie Leo. Mało kto przypuszczał wówczas, że lata 90. będą należeć właśnie do niego. 

Grał w filmach małych i dużych, ważnych i nieistotnych, realizowanych z myślą o multipleksach oraz filmoznawczych piwnicach. W „Całkowitym zaćmieniu” (1995) Agnieszki Holland zamienił poetę Arthura Rimbauda w króla wszystkich narcyzów. W „Chłopięcym świecie” (1993) Michaela Catona-Jonesa był ofiarą apodyktycznego ojczyma i odkładał w sobie złość na niechybną rebelię. W „Szybkich i martwych” (1995) Sama Raimiego strzelał z biodra i uwodził Sharon Stone, a za rolę niepełnosprawnego umysłowo nastolatka w „Co gryzie Gilberta Grape’a?” (1993) Lassego Hallströma zdobył swoją pierwszą nominację do Oscara. To zresztą kolejna opowieść napisana memami. Mimo że wyczyn powtórzył aż sześciokrotnie, tylko raz opuszczał galę ze statuetką.   

Uruchamianie odtwarzacza...

Jedno z esencjonalnych pytań zadawanych przez ponowoczesnego człowieka – czy bohater „Titanica” (1997) zmieściłby się na dryfujących drzwiach razem ze swoją ukochaną? – jest kluczowe dla zrozumienia jego ówczesnej kariery. Zmieściłby się, to oczywiste. Ale nie w tym rzecz. Powinniśmy pytać raczej, kim byłby Leonardo DiCaprio, gdyby w ogóle próbował się na te drzwi wdrapać. Nieuleczalni romantycy z filmu Jamesa Camerona, „Człowieka w żelaznej masce” (1998) Randalla Wallace’a oraz „Romea i Julii” (1996) Baza Luhrmanna mieli swoją godność, a głupota nie przeszkadzała im w miłości. I pewnie dlatego tak dobrze wyglądali na ścianach naszych pokojów.

Mem drugi: Leonardo jest sarkastyczny

Kolejny film, kolejny toast. Tym razem kieliszek podnosi w „Django” Calvin Candie – właściciel plantacji bawełny, handlarz niewolników i zwolennik teorii eugenicznych. Jego skwaszony uśmiech zdradza wszystkie odcienie ironii i nie bez powodu jest to najpopularniejszy mem z DiCaprio. Gdyby sarkazm był bronią masowego rażenia, w Hollywood ziałby teraz krater.

Filmy przypadające na moment zmiany „kategorii wagowej” w karierze aktora są z dzisiejszej perspektywy szalenie ciekawe. Prym wśród nich wiedzie „Niebiańska plaża” (2000) Danny’ego Boyle’a. To groch z kapustą: dziwaczna, pulsująca w rytmie popowych szlagierów, postkolonialna impresja o młodych wagabundach; jednocześnie kolorowy blockbuster, krytyka konsumpcjonizmu oraz okrutny żart z jego utopijnych alternatyw.

Upadek młodzieżowej komuny jako metafora „poszukiwania tożsamości” przez „bożyszcza nastolatek” była centralnym punktem marketingowego planu. Skończyło się jednak na konfuzji. Bez jasnej odpowiedzi na pytanie, kim właściwie jest bohater DiCaprio – złotym chłopcem w morskiej pianie czy przestymulowanym, uwalanym błotem hipokrytą – ludzie niechętnie sięgali po portfele.

To, co wydarzyło się później, do dziś pozostaje jedną z największych zagadek Hollywood. Choć Leonardo DiCaprio nie wybrał się na urlop i na przełomie wieków grywał w filmach regularnie, jakimś cudem zakrzywił wokół siebie czasoprzestrzeń. To wtedy zniknął dzieciak z boysbandu, a wyłonił się ktoś na kształt wczesnego Jacka Nicholsona. Niby ten sam Leo, ale nieco tęższy, dojrzalszy, ze zmarszczkami na czole oraz nowym arsenałem aktorskich trików.

Późniejsze występy u Quentina Tarantino w „Django” (2012) oraz „Pewnego razu... w Hollywood” (2019) są doskonałą egzemplifikacją żartu, który stał się udziałem gwiazdora. W swoich najbardziej niepoważnych wcieleniach DiCaprio okazał się bowiem najpoważniejszym współczesnym aktorem. Zwłaszcza ten drugi film – historia wyliniałej hollywoodzkiej gwiazdy na drodze do artystycznego odkupienia – wydaje się znamienny. Biografia DiCaprio to przecież opowieść o ustawicznym przestawianiu zwrotnicy.

Mem trzeci: Leonardo się wzrusza

Rick Dalton, bohater „Pewnego razu... w Hollywood”, siedzi na ganku ze łzami wzruszenia w oczach. U legendy spaghetti westernu Sergio Corbucciego zagrał tak dobrze, że jego własne ręce składają się do oklasków. Gdy coś wam w życiu wyjdzie, bądźcie jak Rick Dalton. Gdy nie wyjdzie – też.

Nie ma „późnego” Leonarda DiCaprio bez „późnego” Martina Scorsese. Nakręcili wspólnie sześć filmów i każdy z nich rzucał na aktora nowe światło. W „Gangach Nowego Jorku” (2002) DiCaprio skradał się jeszcze w cieniu wielkiego Daniela Day-Lewisa. Ale już w „Aviatorze” (2004), „Infiltracji” (2006) oraz „Wyspie tajemnic” (2010) był facetem z oscarowym kredytem zaufania.

Wieńczące ich wspólną drogę „Wilk z Wall Street” (2013) oraz „Czas krwawego księżyca” (2023) wyznaczają dwa bieguny aktorskiej skali. Z jednej strony – bezbłędny komediowy timing, slapstickowy język ciała, katalog niepodrabianych gestów i tików. Z drugiej – gwałtowne emocje pulsujące za membraną bezradności, łatwość w sygnalizowaniu moralnych rozterek, wrażliwość idąca w parze z brutalnością.

W tym ostatnim filmie DiCaprio spotkał się po latach z Robertem De Niro, czyli drugą z wielkich muz Scorsesego (wcześniej wystąpili wspólnie w „Chłopięcym świecie”). I przyznam szczerze, że porównywanie obydwu aktorów zawsze wydawało mi się bezzasadne. O ile Scorsese obierał De Niro z kolejnych warstw szorstkiej męskości, by odsłonić jego bijące serce, o tyle DiCaprio grywał u niego bohaterów złamanych już na pierwszy rzut oka; ledwie maskujących swoją kruchość, w oczywisty sposób przetrąconych psychicznie i skonfrontowanych ze światem bezlitośnie eksploatującym ową „słabość”.   

Myślę, że właśnie z tego powodu DiCaprio równie dobrze sprawdza się w rolach cynicznych twardzieli. Thriller „W sieci kłamstw” (2008) Ridleya Scotta, filmowa łamigłówka „Incepcja” (2010) Christophera Nolana czy dramat „Krwawy diament” (2006) Edwarda Zwicka nie są dziś wymieniane jako jego największe osiągnięcia (choć za ten ostatni film złapał nominację do Oscara). A szkoda, bo właśnie w tych dziełach gwiazdor samodzielnie sprowadził kino akcji na poziom moralitetu.

Mem czwarty: Leonardo rzuca pieniędzmi

Jordan Belfort zwany Wilkiem z Wall Street żegna agentów federalnych, posypując ich głowy studolarówkami prosto ze swojego jachtu. Tak trzeba żyć?

Fakt, że w niemal wszystkich słynnych memach z Leonardem DiCaprio pojawia się alkohol, interpretuje się na różne sposoby. Niektórzy fani twierdzą, że mamy do czynienia z równym gościem, ze swojakiem w Hollywood, który pewnie skoczyłby z nami na piwko, gdyby tylko znalazł wolną chwilę. Inni – że DiCaprio jest przede wszystkim aktorem gestów; że relację z widzem nawiązuje dzięki precyzyjnym i ekonomicznym ruchom ciała – takim jak toast.

Dzięki podobnym dywagacjom DiCaprio stał się na naszych oczach gwiazdą większą niż kino – nie całkiem w anachronicznym stylu dawnego Hollywood, ale i nie do końca współczesną. Jego styl życia wydaje się zresztą niezłym odzwierciedleniem obydwu żywiołów. Młodziutkie partnerki, jachty, luksusowe apartamenty i prywatne wyspy czynią z niego relikt zapomnianej epoki. Skala aktywizmu klimatycznego przesuwa go natomiast w rejony nowoczesnej kultury celebryckiej – często równie fasadowej jak ta z lat 30.   

Żeby była jasność – i jedna, i druga medialna stylówka pozostaje przedmiotem nieustannej i często zasłużonej krytyki. Transport prywatnymi odrzutowcami oraz utrzymanie wszystkich domów oraz posiadłości generuje więcej szkód dla środowiska niż utylizowanie odpadów komunalnych w Warszawie. Nawoływanie do błyskawicznej zmiany nawyków żywieniowych w kraju, gdzie zdrowe jedzenie kosztuje rękę i nogę, to PR-owa mowa-trawa. Z kolei łożenie milionów dolarów na ochronię oceanów i odnawialne źródła energii powinno iść w parze z całkowitą transparentnością operacji finansowych – a z tym w przypadku rozmaitych fundacji DiCaprio bywało różnie.

Mem piąty: Leonardo ogląda film

Rick Dalton gwiżdże i wskazuje palcem na ekran telewizora. Widzieliście? To Leonardo DiCaprio – ostatni aktor, dla którego chodzimy dziś do kina.

W połowie drugiej dekady XXI w., czyli jakoś na etapie „Zjawy” (2015) Alejandra Gonzáleza Iñárritu, stało się oczywiste, że DiCaprio to jedno z niewielu nazwisk, którymi w Hollywood da się „sprzedać” film. System gwiazd został dawno wyparty przez producencką machinę superherosów, marek oraz popkulturowych uniwersów. I choć Leo zdobył upragnionego Oscara za charczenie, smarkanie, szczerzenie zębów i pałaszowanie surowizny, to pokażcie mi drugi film, w którym podobne atrakcje są rozrywką dla masowego widza?   

Nie dziwi zatem, że wyświetlana właśnie na ekranach kin „Jedna bitwa po drugiej” to w pierwszej kolejności „film z DiCaprio”. I to nawet pomimo faktu, że na podstawie prozy Thomasa Pynchona nakręcił go Paul Thomas Anderson – żywy klasyk amerykańskiego kina, twórca „Aż poleje się krew”, „Mistrza” i „Magnolii”; facet, który historię Ameryki, podobnie jak Pynchon, pisze raz wielkimi, a raz małymi literami – groteska i absurd idą u niego w parze z poważną historiozofią.

Uwspółcześniona historia grupy rewolucjonistów wojujących z republikańskim establishmentem ogniem i mieczem jest w interpretacji Andersona raczej tragikomedią niż dramatem. Zwłaszcza że Amerykę Reagana zastąpiła Ameryka Trumpa, rzeczywistość zaś zamieniła najostrzejsze satyry w grzeczniutką publicystykę. DiCaprio odnajduje się w tej konwencji doskonale. W jego żyłach płynie w końcu kontrkulturowa krew. Ojciec aktora, George DiCaprio, wsławił się jako performer, a także autor i wydawca undergroundowych komiksów w latach 70.

To jedynie ciekawostka, klucz autobiograficzny nie pasuje do tego zamka. Cała konstrukcja jest zbyt skomplikowana, także pod względem aktorskim. W rozedrganym ciele rewolucjonisty kotłują się bowiem wszyscy bohaterowie, których DiCaprio dotąd nie zagrał – zesłani na margines, wędrujący od porażki do porażki, okazujący heroizm w skromnych gestach, odklejeni od rzeczywistości, zmieleni przez polityczną machinę, żałośni i szlachetni zarazem. I jeśli czegoś mi w repertuarze najlepszego współczesnego aktora dotąd brakowało, to chyba tego rodzaju emocji i kontrastów.

Mem szósty: Leonardo niczego się nie boi

XIX-wieczny traper Hugh Glass wznosi wzrok ku niebu. Z jego brody zwisają sople lodu, twarz przypomina zakrwawioną pięść. Właśnie zjadł surowe mięso i wyspał się w końskich wnętrznościach. Wtorki takie są.

Gdyby zestawić powyższy kadr ze „Zjawy” z dowolną fotografią aktora z lat 90., można dojść do wniosku, że mówimy nie tylko o dwóch różnych osobach, ale i odmiennych filozofiach sztuki aktorskiej, artystycznych potrzebach oraz ambicjach, a także o skrajnych filmowych światach. Niewielu aktorów zdobyło się na taką podróż. Na palcach jednej ręki policzycie z kolei tych, którzy dotarli do celu.


Dodaj do ulubionych. Niedocenione role Leonarda DiCaprio

W sieci kłamstw (2008), reż. Ridley Scott // Ronald Grant Archive / BE&W

W sieci kłamstw (2008), reż. Ridley Scott

Leonardo DiCaprio jako Roger Ferris – agent CIA i „człowiek w terenie” spleciony w klinczu z „człowiekiem z biura”, granym przez Russella Crowe’a. Bardzo lubię ten okres w karierze Leo. Grywał niemal samych przetrąconych twardzieli, którzy muszą sobie uświadomić jedną ważną rzecz: świat to spsiałe miejsce, ale warto o niego walczyć.

Szybcy i martwi (1995), reż. Sam Raimi // Photo12 / BE&W

Szybcy i martwi (1995), reż. Sam Raimi

Filmowy odlot na Dzikim Zachodzie. W obsadzie Sharon Stone, Gene Hackman, Russell Crowe, Lance Henriksen oraz Tobin Bell – absolutnie wszyscy grają rewolwerowców. DiCaprio też wciela się w rewolwerowca. Nosi ksywkę Dzieciak. Ale gra jak dorosły.

Celebrity (1998), reż. Woody Allen // Photo12 / BE&W

Celebrity (1998), reż. Woody Allen

Na długo przed tym, zanim Woody Allen pojechał na Moskiewski Tydzień Filmowy w charakterze mówcy motywacyjnego, zdarzało mu się kręcić doskonałe filmy. Na przykład „Celebrity” – zamaszystą satyrę na amerykański biznes filmowy. DiCaprio gra w nim zepsutego do szpiku kości idola nastolatek, czyli trochę siebie.

Infiltracja (2006), reż. Martin Scorsese // United Archives GmbH / Alamy / BE&W

Infiltracja (2006), reż. Martin Scorsese

Dramatycznie niedoceniony występ w filmie, w którym to drugi plan – z Jackiem Nicholsonem i Markiem Wahlbergiem na czele – pochłonął całe światło. Zakonspirowany policjant Billy Costigan, facet na krawędzi psychicznej wyporności, to jedna z najciekawszych ról w karierze DiCaprio. I, wbrew rozbuchanej konwencji mafijnego eposu, jedna z subtelniejszych. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Leo, czyli kino