Nikt nie wiedział, kiedy się pojawi ani kiedy zniknie. Wiosną 2013 r. zwiedzający nowojorskie Museum of Modern Art mogli trafić na szklaną gablotę, w której przez kilka godzin dziennie drzemała Tilda Swinton. Była to instalacja „The Maybe” zaprzyjaźnionej artystki wizualnej Cornelii Parker, pokazywana wcześniej w Londynie i Rzymie.
Znaczeniowo – tabula rasa, podobnie jak twarz i filmowa osobowość brytyjskiej aktorki. Któż inny z taką elastycznością ucieleśniałby na ekranie cierpiącą córkę i oziębłą matkę, zbuntowaną arystokratkę i wieczną punkówę, kosmitkę i wiedźmę, anielicę i „humanitarną wampirzycę”, a wreszcie – najsłynniejszą queerową postać w historii kina?
Tożsamości Tildy Swinton
Gdyby Virginia Woolf jakimś cudem doczekała weneckiej premiery „Orlanda” w 1992 r., można przypuszczać, iż pomimo adaptacyjnej swobody filmu byłaby nim zachwycona. A już na pewno odtwórczynią głównej roli. Tytułowa postać, wzorowana na Vicie Sackville-West, kochance pisarki, zmienia kostiumy z męskich na kobiece, wędruje przez kraje i epoki, od czasów elżbietańskich aż po koniec XX w., uosabiając przy tym ideał androgynicznego piękna, wiecznej młodości i artystycznej pasji. Jako niepasująca nigdzie istota, przez całe wieki poszukuje spełnienia w miłości i w twórczości.
Trzydziestodwuletnia wówczas Swinton, która udzielała się przy filmie od jego poczęcia, doskonale oddała ten niepokój, porównując gotowe dzieło, jak i pracę nad nim, do ekstatycznego tańca. A wymowne spojrzenia Orlanda wprost do kamery (i poniekąd w nas) były nie tyle figlarnymi przebiciami „czwartej ściany”, ile zatrzymaniem się na dojrzewającej samoświadomości bohatera/bohaterki. Punktowały one kolejne wyzwolenia z płciowych stereotypów, społecznych ram czy wewnętrznych ograniczeń.
To nie pierwszy raz, kiedy aktorka wcielała się w częściowo męską rolę. Sally Potter, reżyserka „Orlanda”, wypatrzyła ją w spektaklu „Man to Man”, potem sfilmowanym, gdzie Swinton zagrała kobietę podszywającą się pod zmarłego męża, ażeby przetrwać wojnę, i z czasem zatracającą poczucie tożsamości. Grała też na scenie Mozarta czy niebinarnego anioła w horrorze „Constantine” (2005) i po dziś dzień, także prywatnie, lubi pogrywać swoim ponadpłciowym wizerunkiem. Mówi, że nie wierzy w twarde tożsamości.
W lipcu 2013 r., solidaryzując się z prześladowaną w Rosji mniejszością LGBTQ+, rozwinęła przed pałacem kremlowskim wielką tęczową flagę. Od lat pielęgnuje pamięć po Dereku Jarmanie, zmarłym na AIDS przyjacielu, który jeszcze przed „Orlandem” uczynił ze „Swildy” swoją muzę. Nakręcili wspólnie aż osiem filmów, począwszy od jej debiutu w „Caravaggiu” z 1986 r. Pięć lat później, za rolę Izabeli Francuskiej w „Edwardzie II”, aktorka otrzymała nagrodę w Wenecji.
Świat z góry i niewygodne pytania
Decyzję o wyborze życiowej drogi podjęła obejrzawszy „Na los szczęścia, Baltazarze” (1966) Roberta Bressona, który przyglądał się naszemu okrutnemu światu z perspektywy osiołka. To spojrzenie outsiderki zobaczymy potem w wielu jej wcieleniach. Być może z podobnym zdziwieniem przyglądała się swojemu arystokratycznemu otoczeniu – jest córką Australijki i brytyjskiego oficera ze szlacheckim tytułem, a niemal każdy jej biogram przypomina o udokumentowanym szkockim rodowodzie sięgającym głębokiego średniowiecza.
Będąc dzieckiem klasowego przywileju, zaliczyła prywatne szkoły dla dziewcząt, w tym placówkę z internatem, gdzie o rok wyżej uczyła się przyszła księżna Diana, bliską koleżanką z klasy była zaś przyszła reżyserka Joanna Hogg. W 1986 r. ich przyjaźń zaowocowała pierwszym wspólnym projektem. W kolejnych filmach, jak dwuczęściowa „Pamiątka” (2019, 2021), Swinton i przede wszystkim sama Hogg przerabiały swoje „wysokie” pochodzenie.
Córka aktorki, Honor Swinton Byrne, wcieliła się tam w studentkę reżyserii, próbującą wybić się na suwerenność, ale ciągle uwikłaną w rodzinne zależności, zwłaszcza wobec dominującej matki. W tej roli wystąpiła sama Tilda, co znalazło potem dopełnienie w „Odwiecznej córce” (2022), kameralnym i dowcipnym horrorze, gdzie zagrała – co stało się jej zawodową specjalnością – dwie postacie naraz. Tym razem była i tytułową córką, która w „gotyckim” hotelu na odludziu zmaga się z kryzysem twórczym, i jej wymagającą rodzicielką, niegdysiejszą dziedziczką tego zamczyska.
Już będąc kilkulatką, zadawała niewygodne pytania w rodzaju: dlaczego nasza rodzina podczas niedzielnej mszy zajmuje te lepsze miejsca i może patrzeć na innych z góry? W latach 80. nabrała cech lewicującej buntowniczki, wykształconej socjologicznie, politologicznie i literaturoznawczo na Cambridge. Otrzymawszy angaż w Royal Shakespeare Company, mogła rozwijać się w duchu najlepiej rozumianej teatralnej tradycji, nie mieściła się jednak w tych ramach.
Jako zaangażowana krytyczka thatcherowskiej Wielkiej Brytanii była jedną z twarzy i najbardziej rozdzierającym głosem w „Ostatnich Anglikach” (1987) Jarmana, poetyckim i zarazem oskarżycielskim poemacie filmowym wymierzonym w państwową przemoc, homofobię i postępujący upadek rodzimej kultury. Nie tylko zewnętrzne podobieństwo sprawiało, że widziano w Swinton bliźniaczą siostrę innego brytyjskiego „kosmity”, Davida Bowiego, a i dziś mówi się, że najlepiej oddałaby tę postać w ewentualnym filmie biograficznym.
Twórcy bloga Tilda Stardust twierdzą wręcz (i mają swoje memiczne dowody), że Swinton i Bowie są tak naprawdę tą samą osobą. Drogi obojga artystów przecinały się zresztą nie raz, na przykład w teledysku do utworu „The Stars (Are Out Tonight”) z 2013 r. Dwójka androgyniczno-eterycznych albinosów odgrywa tam przeciętne małżeństwo w średnim wieku (i z klasy średniej), nawiedzane przez swoje młodsze, glamrockowe wcielenia.
„Swilda”, zakładniczka charyzmy
Charakterystyczna sylwetka i fizjonomia bez wyraźnie zarysowanej płci czy wieku, nie mówiąc o szlachetnym akcencie, na ogół dyskwalifikują „Swildę” w odtwarzaniu szaraczek czy szaraczków. Zdaje się zawsze wystawać ponad swoje role i często też ponad inne postacie, a regularne i niepokojąco „neutralne” rysy twarzy stają się surowym płótnem, gotowym na daleko posunięte transformacje.
W rankingach króluje zazwyczaj campowy horror „Suspiria” (2018) Luki Guadagnino, z potrójną (!) rolą Swinton: posągowej madame szefującej zachodnioberlińskiej szkole tańca, zdeformowanej matriarchalnej wiedźmy i doktora psychoanalizy w starszym wieku. Ale owe kreacje zawdzięczamy w dużej mierze charakteryzatorom – mistrzom filmowej protetyki („Snowpiercer: Arka przyszłości” Bonga Joo-ho, 2013), ekranowego postarzania („The Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona, 2014) czy, dla odmiany, daleko posuniętego minimalizmu (jak pozbawiona makijażu i włosów Starożytna z superbohaterskiego „Doktora Strange’a” Scotta Derricksona, 2016). W poczet tych ról, tworzonych w ramach bardziej rozrywkowego emploi, wpisuje się także Biała Czarownica, rasowy czarny charakter, i jadowita Jadis z trzech odsłon zekranizowanych „Opowieści z Narnii” (2005-2010). Filmowe zło rzadko bywało aż tak ponętne, dlatego w kulturze popularnej ta inkarnacja Tildy Swinton zapisała się najwyraźniej.
Czasami można mieć wrażenie, że aktorka stała się zakładniczką swojej charyzmy, a twórcy filmowi różnej maści próbują uszlachetniać obecnością „Swildy” swoje kino, jak choćby George Miller we wtórnej orientalistycznej baśni „Trzy tysiące lat tęsknoty” (2022). Zwłaszcza że wydaje się wszystkożerna. Chociaż bycie aktorską osobowością i osobliwością daje jej wiele swobody, porównuje się skromnie do najemnej żołnierki czy modelki.
Uważa się za aktorkę instynktowną i nie podejmuje specjalnych przygotowań do roli. Nie odmawia zarówno offowym braciom Safdie (słychać ją w „Nieoszlifowanych diamentach”, 2019), europejskim mistrzom rangi Béli Tarra („Człowiek z Londynu”, 2007) i tajskim geniuszom w rodzaju Apichatponga Weerasethakula. Ostatni z wymienionych zobaczył w niej uosobienie tego, co nazywa się dziś wysoką wrażliwością – bohaterka „Memorii” (2021), szkocka botaniczka przebywająca w Kolumbii, obdarzona jest wyczuleniem na dźwięk i zarazem szczególnym nasłuchem na rzeczywistość, dzisiejszą i minioną. Rzec by można, że to podobnie działający wewnętrzny radar, a nie ponadprzeciętna fotogeniczność i plastyczność decydują o geniuszu samej Swinton.
Stany splątane
Preferuje zatem twórców, którzy potrafią uruchomić w niej optymalne nastrojenie, jak Luca Guadagnino w „Jestem miłością” (2009) i „Nienasyconych” (2015), błahych na pozór dramatach z życia uprzywilejowanych sfer. Aktorka wniosła do tych filmów swój osobisty wkład. W jednym z wywiadów włoski reżyser przyrównywał jej obecność na planie do pracy autora zdjęć – ona nie tylko występuje przed kamerą, lecz nieomal zdalnie steruje jej mechanizmem.
„Nienasyceni” byli pod tym względem przypadkiem wyjątkowym, bo Swinton, grająca gwiazdę rocka na włoskich wakacjach, początkowo odmówiła udziału z powodu niedawnej śmierci matki. Potem jednak wyszła z pomysłem, ażeby jej bohaterka pozostała w tej historii od początku do końca niema. Utrata głosu przez filmową wokalistkę miała być znakiem jej bycia całkowicie poza, z dala od sensacyjno-erotycznego zgiełku, i pomysł okazał się doskonały.
Skądinąd to nie oryginalna, wymownie milcząca rola przyniosła oscarowe uznanie, ale rozgadana i bezwzględna prawniczka z „Michaela Claytona” (2007) Tony’ego Gilroya. Bardzo wyważonymi środkami udało jej się nieco uczłowieczyć postać zimnej funkcjonariuszki na usługach nieetycznego biznesu. Na szczęście, aktorka umie bawić się rolami sztywnych służbistek, czego dowodem groteskowa Opieka Społeczna w filmie „Kochankowie z księżyca. Moonrise Kingdom” (2012) Wesa Andersona. U tego reżysera czuje się zawsze jak kolorowa ryba w wodzie, by przypomnieć „Kuriera Francuskiego z Liberty, Kansas Evening Sun” (2021) czy „Asteroid City” (2023). Do każdej z tych zwariowanych menażerii wnosiła rys wyspiarskiego sarkazmu, czy to jako snobistyczna krytyczka sztuki, czy astronomka z wyimaginowanych lat 50. Podobnie było w filmach braci Coenów, w roli niewiernej żony agenta CIA w „Tajne przez poufne” (2008) czy bliźniaczek z plotkarskiej prasy w „Ave, Cezar!” (2016).
Za to u Jima Jarmuscha ten dystans ma zupełnie inny wymiar – podszyty jest pięknie wykreowaną tajemnicą, zwłaszcza w „The Limits of Control” (2009) i „Tylko kochankowie przeżyją” (2013). Blondynka z pierwszego tytułu zjawia się nagle cała na biało, by w ciągu ledwie kilku minut swego czasu ekranowego pogrążyć ten wystarczająco już ekscentryczny film w jeszcze większej nieprzejrzystości.
A zmęczona wampirzyca z drugiego tytułu wzrusza kruchością i melancholijną dekadencją, niepasującą do dzisiejszego mocno podupadłego świata. I choć to niejedyna wampiryczna postać w bogatej filmografii Swinton, hipnotyzuje tutaj każdym spojrzeniem, ruchem, słowem. Jarmusch porzucił pełnokrwistą, nomen omen, psychologię, uwodząc nastrojem i wyrafinowaną zabawą, w której ulotne, jakby przymglone aktorstwo Tildy paradoksalnie błyszczy najjaśniej.
Jeśliby ktoś poszukiwał psychologicznego realizmu w jej wykonaniu, zawsze może liczyć na Pedro Almodóvara, który latami marzył o pracy ze Swinton i poniekąd dla niej odważył się wreszcie na film po angielsku. W krótkometrażowym „Ludzkim głosie” (2020), w scenariuszu dla jednej aktorki i jej kameralnym tour de force, wygrywa ona wszelkie możliwe „stany splątane” doświadczane przez porzuconą kobietę. Jej dwudziestominutowy monolog do telefonu mieni się przeróżnymi odcieniami emocji, nic więc dziwnego, że hiszpański reżyser poszedł za ciosem.
Kolejny ich wspólny tytuł, „W pokoju obok” (2024), czyli historia przyjaźni dwóch dojrzałych kobiet, wystawionej na próbę, kiedy jedna z nich udręczona terminalną chorobą postanawia zakończyć życie, była krytykowana za przeestetyzowanie i wydumany koncept. Lecz właśnie maksymalnie powściągliwa rola Swinton wniosła tu najwięcej autentyzmu. A zbliżenia jej twarzy, całkowicie nagiej, to znów przeciętej jaskrawo czerwoną szminką, wpuszczały trochę życia w tę fantazję o dobrej śmierci.
Poetką się bywa
Najciekawiej bywa wtedy, gdy ma odwagę, żeby całą tę swoją charyzmę wziąć w gruby nawias albo po prostu narazić na szwank. Kiedy bywa kimś dużo więcej niż chłodną doskonałością czy niepohamowanym aktorskim zwierzęciem i balansuje na granicy ludzkiej potworności.
W „Musimy porozmawiać o Kevinie” (2011) szkockiej reżyserki Lynne Ramsay wkroczyła na teren szczególnie grząski – macierzyństwa jako źródła cierpień. Nie wiadomo, kim jest jej postać: tak zwaną matką wyrodną, która stworzyła potwora, czy może ofiarą, skazaną na życiową rolę ponad jej siły i ponad wszelkie ludzkie możliwości. Temat wydał się aktorce na tyle prowokujący, że zaangażowała się w produkcję tego filmu, zanim przyjęła główną rolę. Za sprawą jej interpretacji dramat rodzinny i psychologiczny dreszczowiec co chwila zamieniają się miejscami, wpędzając widza w bezustanne poczucie dyskomfortu.
Należy bowiem Swinton do tych aktorek, które nie próbują wygodnie się umościć, również w swoich aktorskich niszach. W 2008 r. zorganizowała festiwal filmowy w rodzinnej Szkocji, występowała na scenie ze swą idolką Patti Smith, recytując ważne teksty kultury, a w ubiegłym roku zadebiutowała jako współreżyserka dokumentalnego eseju, gdzie analizuje uniwersalne mechanizmy uczenia się. Szykując się w tym roku do swoich sześćdziesiątych piątych urodzin, nadal pielęgnuje w sobie duszę poetki, jaką bywała przed wejściem na aktorską ścieżkę.
Kultywuje też ducha zabawy w dobrej sprawie, jak w grubo przerysowanej komedii „Problemista” (2023) debiutanta Julio Torresa. Swinton raz jeszcze znalazła przestrzeń, by zamieszać w swoim wizerunku, tym razem tworząc postać hałaśliwej i prostackiej nowojorskiej artystki. Czyli całkowite przeciwieństwo tego, z czym ją zazwyczaj kojarzymy: charyzmatycznych czarnych charakterów, posągowych wampirzyc i wyrafinowanych performerek z MoMA.
Cztery Tildy Swinton

„Orlando” (1992) reż. Saly Potter
Film o podróżującym w czasie androgynicznym młodzieńcu, który obiecał Elżbiecie I, że nigdy się nie zestarzeje, sam nie zestarzał się na pewno. Po 18 latach powrócił do amerykańskiej dystrybucji, stał się też inspiracją dla spektakli, wystaw i innych filmów.

„Musimy porozmawiać o Kevinie” (2012) reż. Lynne Ramsay
Adaptacja powieści Lionel Shriver, wydanej również w Polsce, to w dużej mierze mrożąca krew retrospekcja, w której główna bohaterka rozpamiętuje, jak to jest wychowywać dziecko zdradzające psychopatyczne cechy.

„Suspiria” (2018) reż. Luka Guadagnino
Jedną z trzech ról zagranych w tym filmie przez Swinton jest Doktor Klemperer, ale w napisach końcowych rzekomo gra go niejaki Lutz Ebersdorf. Niektórym trudno było uwierzyć, że pod tym nazwiskiem kryje się znana aktorka.

„Memoria” (2021) reż. Apichatpong Weerasethakul
Po rolach w kinie fantasy przyszła pora na inny rodzaj filmowej magii, z elementami medytacji, głosami przodków i śladami pamięci zbiorowej. Za sprawą głównej bohaterki zanurzamy się w świecie kolumbijskiej natury i kultury.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















