Czy „Jedna bitwa po drugiej” to najlepszy film tego roku?

„Jedna bitwa po drugiej” dostarcza dzikiej frajdy, w której, co rzadkie w dzisiejszym kinie, nie czuć grubej kalkulacji.
Czyta się kilka minut
Leonardo DiCaprio jako Bob Ferguson w filmie „Jedna bitwa po drugiej” // Warner Bros. Pictures / materiały prasowe
Leonardo DiCaprio jako Bob Ferguson w filmie „Jedna bitwa po drugiej” // Warner Bros. Pictures / materiały prasowe

Amerykańska kultura popularna próbuje żywo reagować na to, co przynosi rzeczywistość – na wojny kulturowe, próby wprowadzenia państwa policyjnego czy nowe, reaktywne oblicza rasizmu. Czasem robi to w sposób wielce finezyjny, patrz: wampiryczno-muzyczni „Grzesznicy” Ryana Cooglera. Bywa, że political fiction prowokacyjnie ociera się o symetryzm („Civil War” Alexa Garlanda), innym razem zaś opowieść nie nadąża za dobrymi intencjami, by pochwycić i obśmiać panujący wokół chaos, polaryzację czy dezinformację („Eddington” Ariego Astera). Żaden jednak z tych tytułów nie wzbudzał takich dyskusji, a zarazem czysto filmowych emocji, jak najnowsze dzieło Paula Thomasa Andersona. Czy „Jedna bitwa po drugiej” to rzeczywiście najlepszy film tego roku?

Z pewnością nieobliczalna, eksplodująca niemal każdego dnia rzeczywistość robi temu filmowi doskonałą przysługę. Jego światowa premiera miała miejsce zaledwie dwa tygodnie po zamachu na Charliego Kirka, a że tym razem wybuch politycznie motywowanej przemocy nastąpił z lewej strony barykady, groteskowa opowieść o byłych rewolucjonistach walczących z imperializmem, kapitalizmem i białym suprematyzmem zyskuje jeszcze aktualniejszy kontekst. 

Już w pierwszej scenie twórca „Aż poleje się krew” kompromituje wszelką ideologiczną walkę opartą na przemocy. Oto terrorystyczna grupa French 75 napada nocą na ośrodek detencyjny, by uwolnić przetrzymywanych tam nielegalnych imigrantów. Absurdalność tej akcji plus wyrafinowana seksualna przemoc, jakiej dopuszcza się afroamerykańska terrorystka o pseudonimie Perfidia Beverly Hills (Teyana Taylor) na strzegącym obozu pułkowniku Lockjawie (Sean Penn), tworzy groteskowy splot – seksu, rasy i władzy. Co świetnie oddaje ikoniczny kadr niczym z Tarantino: czarnoskóra bohaterka z giwerą wspartą na obnażonym ciążowym brzuchu kontynuuje swoją walkę. Również po narodzinach dziecka, które szesnaście lat później będzie musiało się zmierzyć z dziedzictwem swoich rodziców.

Uruchamianie odtwarzacza...

Po drugiej stronie mamy jeszcze bardziej karykaturalnych przeciwników na czele z monstrualnym i żałosnym Lockjawem, którego tłumione pożądanie i seksualne upokorzenie, wrodzony rasizm i polityczne ambicje czynią dozgonnym prześladowcą Perfidii i jej partnera Boba (Leonardo DiCaprio). Oraz wspomnianej córki, ukrywającej się po latach pod imieniem Willa (gra ją Chase Infiniti). Zwłaszcza że pułkownik aspiruje do elitarnego i ultrakonserwatywnego Klubu Gwiazdkowych Awanturników hajlujących… Świętemu Mikołajowi, i musi sobie wyczyścić konto, skażone relacją z czarną kobietą. Ameryka, której Anderson przyglądał się krytycznie w wielu filmach, nigdy nie była aż tak rozpolitykowana i tak bardzo w tym surrealna. I mało który film tak dobrze oddaje dzisiejszą paranoję. Bo spiskują tutaj wszyscy – dawni i obecni rewolucjoniści, turboprawicowi „awanturnicy”, aktywiści pomocowi, a nawet dziarskie mniszki.

Kanwą scenariusza była powieść Thomasa Pynchona „Vineland”, wydana w 1990 r., opowiadająca o aberracjach Ameryki czasów Reagana i końca hippisowskiej utopii. Anderson wcześniej przeniósł na ekran „Wadę ukrytą” (2014), lecz tym razem potraktował pierwowzór swobodniej i czytelniej, adaptując go zaś do współczesności, jednocześnie zawiesił w jakimś amerykańskim bezczasie. Stąd powtarzające się pytanie: „która jest godzina?”. Odpowiedź na nie to konspiracyjne hasło, którego Bob, nadużywający rozmaitych substancji, nie może sobie przypomnieć w krytycznych chwilach. Lecz samo zapytanie wydaje się w filmie czymś więcej.

W jakim momencie jesteśmy i co z nim zrobimy? Rozrywkowe kino rzadko traktuje na serio tego rodzaju kwestie. Między kolejną szaloną ucieczką i równie brawurowym pościgiem po falujących, pustynnych drogach, w oparach adrenaliny, bezsensu, to znów tkliwych emocji, powraca Anderson do tematu ojcostwa, jaki przewijał się w wielu jego filmach, zazwyczaj w postaci zaniedbań czy nadużyć. 

„Jedna bitwa po drugiej” zawiera aż trzy warianty ojcowskich figur i która z nich powinna być dzisiaj wzorem, łatwo się domyślić. Bob jest samodzielnym, choć niespecjalnie dzielnym tatą, wypalonym rebeliantem na wewnętrznej emigracji, nierozumiejącym współczesnego świata, za to obsesyjnie zatroskanym o córkę (DiCaprio wystylizowany na Kolesia Lebowskiego wadzi się tu ze swoim gwiazdorskim wizerunkiem). Pułkownik Lockjaw w przyciasnym tiszercie, z podwyższającymi wkładkami i brzydkim zaczesem to, jako się rzekło, karykatura męskości i Penn nie bierze jeńców w swojej kreacji. Ale jest jeszcze ten trzeci, instruktor karate nazywany Senseiem, szef tajnej siatki pomagającej latynoskim imigrantom, zagrany (także po hiszpańsku) przez Benicia del Torro. Każda z tych ról to ironiczne mrugnięcie do ekranowych i pozaekranowych wcieleń aktorskiej trójki.

Teyana Taylor jako Perfidia i Leonardo DiCaprio jako Bob Ferguson w filmie „Jedna bitwa po drugiej” // Warner Bros. Pictures / materiały prasowe

Bo Anderson to twórca wyjątkowo samoświadomy, który zaliczył najlepsze, choć raczej nieformalne uniwersytety. Dorastał w kinofilskiej rodzinie, kręcił filmy od dziecka, terminował na planach filmowych. A jego nauczycielem literatury w koledżu był niejaki David Foster Wallace. Stąd w „Bitwie” aż roi się od jawnych i ukrytych odniesień. Tytuł, wzięty z manifestu lewicowej grupy The Weather Underground, nawiązuje także do legendarnej „Bitwy o Algier” (1966) Gillo Pontecorvo, arcydzieła kina rewolucyjnego zarówno w swej treści, jak i formie.

Nic dziwnego, że upalony bohater DiCaprio odpala sobie właśnie ten film dla podtrzymania buntowniczego żaru. Poza tym widzowie wyłowią tu niejeden cytat z klasyki kina akcji: z „Bullita”, „Francuskiego łącznika” czy „Człowieka z blizną”. I bez tego „Jedna bitwa po drugiej”, ze swym wigorem, zmiennym rytmem i nieprzewidywalną tonacją emocjonalną może dostarczać dzikiej frajdy, w której, co rzadkie w dzisiejszym kinie, nie czuć grubej kalkulacji.

Udało się wykreować iście transową atmosferę, punktowaną minimalistycznym brzmieniem Jonny’ego Greenwooda, bez wątpienia współautora wszystkich filmów Andersona. Zapewne to nadpobudliwe, przesadnie kinetyczne kino w swoim niewyczerpanym żarcie zbytnio spłaszcza polityczną satyrę i rozbraja międzypokoleniowe napięcia. Ocala jednak, w ramach wysokobudżetowej turborozrywki, swoje antyprzemocowe – w różnych znaczeniach – przesłanie. Wypowiada je w filmie charyzmatyczny Sensei: po prostu „graj w obronie”.

Paul Thomas Anderson uważany jest za jednego z najciekawszych reżyserów amerykańskich, choć nigdy, mimo licznych nominacji i statuetek dla współtwórców jego filmów, nie dostał Oscara. Ma na koncie tak mocne tytuły, jak „Boogie Nights” (1997), „Magnolia” (1999), „Aż poleje się krew” (2007), „Mistrz” (2014), „Nić widmo” (2017) czy „Licorice Pizza” (2021) z Alaną Haim.

JEDNA BITWA PO DRUGIEJ (One Battle After Another) – reż. Paul Thomas Anderson. Prod. USA 2025. Dystryb. Warner Bros. Entertainment. W kinach. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Graj w obronie