Tamta niedziela była rekordowo ciepłym dniem w historii pomiarów Ziemi. I choć ten status utrzymała zaledwie do poniedziałku, który okazał się jeszcze gorętszy w skali globu, to w moim małym prywatnym świecie oznaczała też koniec hamakowania z książką oraz leniwego pływania w jeziorze i powrót do rozprażonej metropolii. Wydawało się, że oprócz buchającego upałem betonu skrzyżowań i tropikalnych nocy nie czeka nas tam nic ciekawego. W prasie sezon ogórkowy, którego objawem była choćby burza wokół Ficowskiego, nieczułego językoznawcy, czy seria felietonów o sypianiu z profesorem filozofii, które serwuje ostatnio liberalny dziennik. Gorąc i marazm oraz letni pojazd po rzekomo pruderyjnych feministkach. Dokładnie to, po co chce się wracać z wakacji.
Tak było, gdy wsiadaliśmy do samochodu, ale ledwie minęliśmy Pisz, a Biden zrezygnował z kandydowania na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Gdy już dotarło do nas, co to znaczy, poparł kandydaturę wiceprezydentki Kamali Harris.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszyscy wokół zamienili się w amerykanistów. Tu i tam słyszę: „ja to się rozczarowałem jej wiceprezydenturą”, ale szczerze powątpiewam, by było w tym coś więcej niż echa pobieżnych przeglądów prasy. Na te rozczarowania i wątpliwości trzeba zresztą mocno uważać, bo, jak jeszcze przed zmianą kandydata tłumaczył w podkaście Ezry Kleina inny polityczny komentator „New York Timesa” Jamelle Bouie, większość wątpliwości dotyczących Harris jest jednak podszyta seksizmem i rasizmem.
Istnieje na to nawet słowo: mysogynoir. Ukuły je i rozpowszechniły w 2008 r. Moya Bailey i Trudy aka @thetrudz, żeby mieć termin, który opisuje to, jak wyjątkowo źle traktowane są czarnoskóre kobiety i dziewczynki z powodu nakładania się na siebie stereotypów rasowych i płciowych.
Kampania Harris jeszcze się na dobre nie rozkręciła, ale publicystki już apelują, by analizować z ostrożnością wątki debaty, które będą żerowały na płci i kolorze skóry kandydatki. Co można zrobić z płcią w kampanii, widzieliśmy już, gdy Hillary Clinton starła się z Donaldem Trumpem. Ten nazywał ją niezrównoważoną, zbyt słabą, by być prezydentką, a ostatecznie, pod koniec trzeciej prezydenckiej debaty, przezwał ją „paskudną kobietą” (such a nasty woman), choć chwilę wcześniej deklarował, że nikt nie ma tyle szacunku do kobiet, co on.
Katalog tego, co się może wydarzyć w kampanii Harris, stworzyła Kate Manne, ostrzegając wyborców demokratycznych, że będą musieli zwalczać mysogynoir w swoich kręgach i w sobie samych. Szykujcie się zatem na moralizm, czyli narzucanie kandydatce wyższych standardów moralnych. Ta podstępna forma mizoginii wybacza więcej mężczyznom i na więcej im pozwala, od kobiet oczekując nieskazitelności. Do tego dojdzie wymaganie troskliwości, bezinteresownego poświęcenia, połączone z atakiem za brak biologicznych dzieci. W domyśle: niematczyna postać kobieca jest zimna, bezwzględna i wyrachowana.
Kolejny front zarzutów to obrzydzenie. Trump już nazywa ją „śmiejącą się Kamalą”, kpiąc z jej spontanicznego śmiechu. Za tym idzie nazywanie jej wariatką, niewystarczająco skromną, zbyt mało milczącą. Ile z nas, kobiet, usłyszało, że jest zbyt głośna, zbyt ambitna, zbyt wyrazista, zbyt spontaniczna, nieokiełznana? Too much! – to częsty zarzut, który ma usadzić w miejscu. Do tego oczywiście dojdzie ocenianie, jak wygląda, jak jest ubrana, jak się rusza – klasyk oceny kobiet w życiu publicznym. Jej ambicja zostanie uznana za irytującą, nachalną i samolubną – jak to się często dzieje w ocenie kobiet startujących na wysokie stanowiska.
Zatem Harris stąpa po grząskim gruncie stereotypów. My, widzowie tego spektaklu globalnej polityki, też musimy na siebie uważać i zgodnie z apelem Kate Manne, zwalczać mysogynoir w sobie. Ustąpienie Joego Bidena uwolniło entuzjazm Demokratów, ale też obudziło marzenia kobiet. Pamiętacie, jak w dniu inauguracji prezydentury Bidena i Harris podekscytowane Amerykanki zakładały perły i pisały, że wszędzie leży szkło ze szklanych sufitów rozbitych jej wiceprezydenturą? Teraz wróciły podobne memy i nadzieja. „Chcę przywódczyni, która radziła sobie w tym gównianym świecie (stworzonym przez białych, boomerskich mężczyzn) tak długo jak reszta z nas, i która rozumie tematy rasy i klasy w sposób, w który oni nie są w stanie” – pisze Jenn Romolini z ekscytacją, że Kamala jest prawie z pokolenia X (brakuje jej 2 miesięcy) i że wie, czym jest przechodzenie menopauzy w kraju, w którym skan piersi kosztuje tysiąc dolarów mimo ubezpieczenia. Jest jedną z nas – zdają się mówić. Oberwie jak my – zdają się wiedzieć. A i tak świadomość, że czarnoskóra kobieta gra o taką stawkę, robi różnicę. Nie tylko tam.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















