Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że amerykański bogacz wspiera finansowo kandydata na prezydenta – to część pejzażu politycznego USA. Sojusz Donalda Trumpa i Elona Muska wykracza jednak poza takie ramy. Nie tylko dlatego, że miliarder jest właścicielem X, dawniej Twittera, jednej z największych platform społecznościowych świata, a te – choć na kampaniach zarabiają krocie – dotąd deklarowały polityczną bezstronność. Wykracza przede wszystkim dlatego, że Trump i Musk nie wykazują przywiązania do prawdy i znani są z łamania zasad.
Serwis X na wyborach
Wskazówką może być to, co działo się ostatnio na X. Po tym, jak Joe Biden wycofał się z wyścigu o prezydenturę, a jego miejsce zajęła Kamala Harris, pojawiły się informacje, że widoczność jej konta została ograniczona, a część użytkowników nie mogła zacząć go obserwować. Wkrótce zbierające fundusze dla kandydatki Demokratów konto @dudes4harris zostało zablokowane, a później oznaczone jako spam. W tym czasie Grok, chatbot sztucznej inteligencji X, powielał fałszywą informację, że Harris nie może startować w wyborach w niektórych stanach, bo minął tam termin zgłaszania kandydatów.
Musk opublikował natomiast deepfake mający ośmieszać Harris, w którym podszywający się pod nią głos mówi, że dostała pracę „wyłącznie dzięki polityce zatrudniania czarnoskórych i kobiet”, a ten, kto ją krytykuje, jest seksistą i rasistą. „Mam cztery lata doświadczenia w pracy dla największej marionetki rządu cieni, wspaniałego mentora, Joe Bidena” – twierdził głos imitujący polityczkę.
Gdy Muskowi zarzucono, że złamał zasady własnego serwisu zakazujące publikowania treści fałszywych i wprowadzających w błąd, odpowiedział: „jak mnie upewnił światowej sławy autorytet, profesor Suggon Deeznuts, satyra w Ameryce jest legalna”. Taki profesor nie istnieje, rzekome imię i nazwisko to gra słów, a przyjmując mniej wulgarny jej sens, „deez nuts” to zwrot, którego używa się, by okazać brak szacunku dla toczącej się dyskusji.
Wolność słowa według Elona Muska
Minęły czasy, gdy miliony ludzi z uwagą słuchały, jak Musk opowiada o przyszłości ludzkości na Marsie czy zagrożeniach związanych ze sztuczną inteligencją. Magazyn „The Rolling Stone”, który dokładnie przeanalizował jego wpisy, twierdzi, że choć „miliarder zawsze miał problem z mówieniem prawdy, teraz ma całą sieć społecznościową zbudowaną na kłamstwach”. Bo tym właśnie stał się X pod jego rządami.
Zamiast obiecanej „absolutnej wolności słowa” w ciągu dwóch lat Twitter pod nową nazwą stał się rajem dla rasistów, homofobów, zwolenników teorii spiskowych i ponurych inceli, bo Musk zwolnił setki pracowników, w tym tych odpowiedzialnych za zwalczanie nienawistnych wpisów i dezinformacji. Zresztą, takie treści publikuje też on sam. Np. o tym, że Biały Dom promuje nielegalną migrację, by wpłynąć na wynik wyborów, George Soros „chce zniszczyć tkankę cywilizacji”, Żydzi wysyłają „hordy mniejszości” na Zachód, by doprowadzić do zniszczenia białej rasy, czy że Secret Service celowo dopuściło się zaniedbań, by umożliwić zamach na Trumpa.
Gdy reklamodawcy zaczęli się wycofywać z X, nie chcąc, by ich marki pokazywały się wśród kontrowersyjnych treści, Musk – mieniący się „absolutystą wolności słowa” – nakazał zbanowanie dziennikarzy, którzy o tym pisali, a reklamodawców pozwał.
Mogłoby się wydawać, że miliarder, który jeszcze kilka lat temu wysyłał tweety z tęczą i deklarował, że „woli się trzymać z dala od polityki”, oszalał. Tyle że to nie szaleństwo. To biznes. I to niemający nic wspólnego z deklarowanymi przez Muska wartościami. Świadczą o tym choćby przykłady z Turcji, gdzie X cenzurował treści przed wyborami, z Indii, gdzie zablokowano informacje o dokumencie BBC na temat premiera Narendry Modiego, albo z Chin, gdzie Musk opublikował artykuł w magazynie wydawanym przez... urząd cenzurujący internet. Czy to wygórowana cena za przychylność tamtejszych rządów i możliwość wejścia na rynki innych firm Muska?
Musk z Trumpem do wspólnego celu
Gra o wysoką stawkę toczy się też w USA. Jeśli Trump wygra, Musk może zarobić krocie, bo nowa administracja mogłaby mu przyznać korzystne kontrakty na technologie kosmiczne albo rozwinąć rządowy program wsparcia elektrycznych samochodów z korzyścią dla Tesli (choć były prezydent wcześniej twierdził, że zwolennicy elektryków powinni „gnić w piekle”, na początku sierpnia zmienił śpiewkę i ogłosił, że jest za samochodami elektrycznymi: „muszę być, ponieważ Elon bardzo mocno mnie poparł”).
Do czego Musk i Trump mogą być zdolni, by zrealizować wspólne cele? Krótka reklama zachęca widzów do zarejestrowania się, by mogli zagłosować w jesiennych wyborach. Wystarczy skorzystać z linku lub zeskanować kod do strony America PAC: firmy wspierającej kampanię Donalda Trumpa, której założycielem jest Elon Musk.
Tam należy podać maila i kod pocztowy. Tyle że po podaniu kodu ze stanu uważanego za swing state, gdzie wynik może rozstrzygnąć o wyborze prezydenta, użytkownik, zamiast trafić na stronę rejestracji wyborców w swoim stanie, proszony jest o wypełnienie szczegółowego formularza z informacjami osobistymi. Po ich podaniu, zamiast możliwości rejestracji, wyświetla się podziękowanie. Władze Michigan i Karoliny Północnej rozpoczęły właśnie dochodzenia mające wyjaśnić, czy doszło do złamania prawa: wprowadzenia w błąd wyborców i wyłudzenia ich danych w celu nielegalnego wykorzystania w kampanii.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















