Dlaczego wybrałaś/wybrałeś akurat ten kierunek? Co przeważyło: pasja czy kalkulacja? Takie pytania zadaliśmy pod koniec września polskim studentom. Pierwszego roku i dalszych. Uczelni wielkich i mniejszych. Kierunków modnych – jak psychologia czy informatyka, na które walą drzwiami i oknami szkół dziesiątki tysięcy – ale też tych mniej popularnych.
Studenci: dlaczego wybrali swój kierunek studiów
Jakub, zaczynający II rok fizjoterapii w Collegium Medicum UJ, zapytał ponad rok temu sam siebie: „Jak będzie wyglądać moja przyszła praca? Czy będzie mi dawać satysfakcję?”. – Bardzo chciałem, by wykształcenie pozwoliło mi dobrze zarabiać. Co mi jednak po pieniądzach, jeśli spędzę pół życia, robiąc coś, czego nie lubię? – komentuje.
Ania, wchodząca w drugi rok komunikacji interkulturowej w biznesie (wykładowy niemiecki) na Uniwersytecie Śląskim, opowiedziała o rodzicach germanistach, o pasji do niemieckiego i o swoim temperamencie pasującym do pracy w korporacji, w której ten niemiecki wykorzysta.
Roland, prywatnie jej partner, student także na II roku, również na UŚ, tyle że polonistyki – w odróżnieniu od Ani widzi się przy szkolnej tablicy: – Wybrałem kierunek ze specjalizacją nauczycielską świadomie. To dla mnie gwarancja przyszłej pracy.
– Szczerze? – zapytał Bartek z III roku informatyki na Politechnice Warszawskiej. – Nie myślałem o tym wyborze wiele, bo był naturalny. Jako malec interesowałem się grami. Gdy miałem 14 lat, zacząłem programować. Później zająłem się stronami internetowymi. Ale wiedza, że informatyka daje dobry i pewny chleb, też odgrywała jakąś rolę.
– Trochę w tym pragmatyki, trochę humanistycznych predyspozycji, które zawsze miałem – odpowiedział Marek, za chwilę student I roku psychologii na UJ. – Dla mnie to jest z jednej strony kierunek przyszłościowy, z drugiej taki, na którym się nie będę nudził. Inne dyscypliny humanistyczne, jak socjologia, mogłyby się nie przydać. Z kolei prawo, które brałem pod uwagę jako inny kierunek przyszłościowy, raczej by mnie nie zainteresowało.
– To był pierwszy i jedyny wybór, dokonany dawno temu, i będący wynikiem prawdziwego zainteresowania – stwierdziła Ania z II roku psychologii na krakowskim Ignatianum. – Widzę siebie w tym zawodzie, ale jako psychoterapeutka. Raczej nie w publicznej instytucji, bo w ten sposób trudno się utrzymać.

Studia: inwestycja w przyszłość
Pasja i pragmatyka. Zainteresowania i realia rynku. Te dwa zestawy uzasadnień przeplatają się ze sobą nie tylko w pojedynczych losach, ale też w uchwyconych przez badaczy – niestety nielicznych – pomiarach studenckich motywacji.
Raport SW Research z 2018 r. pokazał, że pierwszorzędnym czynnikiem przy wyborze studiów były zainteresowania. Wskazało na nie 62 proc. pytanych, 40 proc. zaś akcentowało „późniejsze oferty na rynku pracy” (badanie było niereprezentatywne, przepytano 152 osoby). Z kolei znacznie świeższy, bo ogłoszony w kwietniu tego roku raport z badań ilościowych na zlecenie Politechniki Wrocławskiej pokazał nieco inne proporcje odpowiedzi.
Ponad tysiąc uczniów liceów i techników zapytano m.in. o poglądy nt. studiów, dając możliwość wybrania pięciu spośród zestawu gotowych odpowiedzi. Na studia jako „okazję do rozwoju osobistego i poszerzania horyzontów” wskazało 40 proc. pytanych, ale dwie kolejne odpowiedzi – „wyższe wykształcenie jest kluczowe do osiągnięcia sukcesu zawodowego” oraz stanowi „niezbędny krok do kariery zawodowej” – w sumie wybrało niemal 60 proc. W odpowiedzi na pytanie o czynniki motywujące do podjęcia studiów większość wskazała na studiowanie jako lepszą perspektywę zawodową (61,4 proc.) i inwestycję w przyszłość (39 proc.), a tylko mniej niż co szósty (14,5 proc.) na „pasję i głębokie zainteresowanie”.
Według dr. hab. Mikołaja Jasińskiego, socjologa Uniwersytetu Warszawskiego, a zarazem kierownika zespołu Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego analizującego dane z ogólnopolskiego systemu monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA), wybory dzisiejszych studentów coraz bardziej się pragmatyzują, ale czynnik pasji pozostaje jednym z istotniejszych. – Sam swoim dzieciom, dziś w wieku 23, 25 i 27 lat, mówiłem: „Idź za pasją, ale też miej wiedzę, ile to daje kasy”. Dzisiaj młodzi ludzie poszukują nadal drogi zgodnej ze swoimi marzeniami, ale racjonalizują swoje wybory, spoglądając na realia rynku pracy.
Odbiciem tego są dane dotyczące najpopularniejszych kierunków. Tylko w roku akademickim 2023/2024 na informatykę – to nie po raz pierwszy lider zestawienia – zgłosiło się ponad 43 tys. kandydatów, na psychologię ponad 42 tys., na zarządzanie ponad 33 tys., na medycynę (kierunek lekarski) ponad 32 tys., a na prawo 23 tys. osób (kolejne w pierwszej dziesiątce ekonomia, finanse i rachunkowość, fizjoterapia, anglistyka oraz pielęgniarstwo – to już „tylko” po kilkanaście tysięcy kandydatów).
Według Magdaleny Kwak-Wójcik, doradczyni z Biura Karier Centrum Wsparcia Dydaktyki UJ, za każdym z „topowych” kierunków stoi inny zestaw motywacji. – W przypadku prawa i medycyny dużą rolę odgrywa od lat prestiż związany z tymi dyscyplinami – uważa doradczyni. – Psychologia jest dla wielu kandydatów interesującym kierunkiem, dającym szerokie możliwości na rynku pracy, biorąc pod uwagę zmieniające się społeczeństwo i jego potrzeby związane ze zdrowiem psychicznym. Za popularnością informatyki stoi rozwój technologiczny i popularność takich tematów jak np. sztuczna inteligencja.
Szczególnie ciekawa, bo „trendująca” w ostatnich latach, jest psychologia. Jak wynika z analizy „Studia psychologiczne w Polsce. Raport za lata 2019-2023” (wspólna praca ekspertów UJ i SWPS), przez pięć lat liczba uczelnianych ofert w tej dziedzinie wzrosła ze 144 do 254, a studentów tego kierunku – z ponad 34 do 56 tys.

– Na naszych kierunkach, czyli polonistyce i germanistyce, jest sporo osób, które są tutaj, bo nie dostały się właśnie na psychologię – mówią Ania z Rolandem.
– Krąży żart, że tutaj idzie się dla autoterapii, ale to oczywiście uproszczenie – mówi druga Ania, studentka psychologii na Ignatianum. Kiedy łączymy się pod koniec września, od kilku dni jest w Hiszpanii w ramach programu Erasmus. – U większości przeważają inne motywy. Spotkałam się z osobami, które przyszły tu ze względu na opinię dochodowej i pewnej rynkowo dziedziny, ale wiele z takich osób zdążyło już odpaść. Inni wybrali psychologię świadomie, kierując się zainteresowaniem, i mają jasno sprecyzowane plany – chcą np. po studiach iść na kurs psychoterapeutyczny i otworzyć własny gabinet.

Co powoduje kandydatami wybierającymi inne kierunki?
– Fizjoterapia jest przyszłościowa – mówi Jakub – bo otwiera drogę do specjalizacji, których do wyboru mamy ogromną liczbę i które są zróżnicowane.
– Nikt nie powie wprost, że wybrał informatykę dla pieniędzy, ale to na tym kierunku istotny czynnik – uważa Bartek. – Gdy zaczynałem technikum informatyczne, większość chłopaków to byli pasjonaci. Ale potem przyszedł boom na tę dziedzinę i czynnik ekonomiczny na pewno zyskał na wartości.
Choć wyraźnej zmiany nie widać w danych dotyczących akademickich motywacji, według prof. Jasińskiego zmiana ta jest dostrzegalna w ścieżkach życiowych studentów. – Dawniej się dorabiało, sam nosiłem stalowe szyny, by jeszcze podczas nauki mieć środki na własne potrzeby – mówi socjolog. – Teraz coraz więcej studentów prowadzi świadomą karierę zawodową.
Kiedyś w czasie studiów dorabiali, dziś zarabiają
Gdy pod koniec września łączę się przez Messengera z Bartkiem (III rok informatyki), w tle widzę ulice i parking nieopodal centrum Stambułu. – Jestem z kolegami na wycieczce, za moment idziemy razem zwiedzić meczet Hagia Sophia – mówi Bartek zdyszanym głosem. Wycieczkę sfinansował sobie sam, podobnie jak finansuje codzienne życie – pracuje na część etatu w niewielkim start-upie, gdzie współprojektuje aplikacje internetowe.
Ogłoszone właśnie przez Pracownię Ewaluacji Jakości Kształcenia UW „Ogólnouniwersyteckie badanie sytuacji bytowej osób studiujących” pokazało, że w ciągu poprzedniego roku akademickiego 66 proc. pytanych zarobkowało, a 51 proc. pracowało w kwietniu 2024, czyli w momencie przeprowadzania pomiaru. Co ważne, masowo w trakcie poprzedniego roku akademickiego pracowali też uczestnicy studiów stacjonarnych (62 proc.) i studenci pierwszego roku (51 proc.).
– Coraz częściej w momencie otrzymania dyplomu absolwent może się pochwalić kilkuletnim doświadczeniem zawodowym – komentuje Magdalena Kwak-Wójcik. – W ten sposób zaciera się twardy niegdyś podział na etap nauki i etap kariery.
– Z roku na rok widać poprawę sytuacji absolwentów w momencie kończenia studiów – mówi prof. Jasiński. To wniosek z twardych danych: baza ELA pozwala na analizę – m.in. na bazie danych z ZUS – sytuacji bytowej i zarobków absolwentów do pięciu lat po ukończeniu przez nich studiów. - Oni mają się coraz lepiej także w świetle względnego wskaźnika zarobków, który opracowaliśmy, by rzetelnie porównywać sytuację absolwentów z roku na rok niezależnie od bieżącej sytuacji ekonomicznej. Im dłużej się bazie ELA przyglądam, tym większą zyskuję pewność, że młode pokolenia są bardzo racjonalne. Ich świadome strategie rynkowe napawają mnie szacunkiem – mówi socjolog UW.
Mniejszym optymizmem napawa wgląd w przyczyny, dla których studenci jeszcze podczas nauki podejmują pracę. Aż 45 proc. tych przepytywanych na UW zarabia z konieczności, i dotyczy to także studentów stacjonarnych (tu na konieczność wskazuje 40 proc.). Ilu młodych na studia nie poszło, bo mieszkają poza ośrodkami akademickimi, a horrendalne ceny wynajmu przekroczyły ich możliwości – tego nie da się nawet oszacować.
Wiadomo, jak wielu ze studiów rezygnuje. Stworzony przez Ośrodek Przetwarzania Informacji raport „Zjawisko drop-outu na polskich uczelniach” pokazał, że w latach 2012-2020 ponad 1,3 mln osób rzuciło studia i w ciągu roku nie podjęło ich ponownie, co stanowiło aż 40 proc. całej populacji studiujących w tym okresie. To na tyle dużo, i na tyle więcej, niż wynosi europejska średnia, że zjawisko uznano za plagę, a Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rozpisało konkurs w ramach programu Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego. Uczelnie mogą się ubiegać o środki, jeśli przedstawią wiarygodną strategię walki z własnymi drop-outami.
Ich przyczyny, zaznaczają autorzy raportu OPI, są złożone, ale wśród nich widać również te ekonomiczne. Należą do nich m.in. poziom opłat, indywidualna sytuacja finansowa i konieczność podjęcia pracy. Wśród pozaekonomicznych czynników znalazły się choćby: poziom studiów, niewłaściwa wedle studentów proporcja przekazywanej wiedzy teoretycznej do praktycznej czy mało elastyczne podejście do planu zajęć.
– Wielu studentów zderza się z inną rzeczywistością niż ta, której się spodziewali – komentuje Anna Marciniak, kierowniczka Sekcji Programów UE w NCBR. – Bywa, że czego innego oczekiwali po danym kierunku, innym razem są zawiedzeni programem studiów albo formą przekazu. Systemowo zawodzi na pewno współpraca pomiędzy szkołami a uczelniami. Absolwenci wkraczają nagle w świat, który jest dla nich obcy.
– Niektóre kierunki mają wizerunek niezgodny z tym, czym są – dodaje prof. Jasiński. – Był czas, gdy niejeden student idący na archeologię był przekonany, że będzie Indianą Jonesem. Do dziś niektórzy nowi studenci anglistyki są zaskoczeni, że nie trafili na zaawansowany kurs językowy, ci z psychologii, że nie będą uczeni, jak się prowadzi psychoterapię, a ci z ekonomii nie przejdą przyspieszonego kursu prowadzenia biznesu.
– Często pierwszy wybór studiów to wypadkowa pasji. Jeśli decyzja nie jest przemyślana, kończy się to rezygnacją. Brat, który studiował filmoznawstwo, spotykał osoby, które poszły na te studia, „bo lubią filmy” – mówi Roland. Jego dziewczyna Ania przyznaje, że sama padła w pewnym sensie ofiarą podobnego zjawiska. – Idąc na kierunek z wiodącym niemieckim myślałam, że będę się uczyć, jak tłumaczyć literaturę – śmieje się studentka. – Potem mi uświadomiono, że owszem, to można robić po godzinach, ale z literackich tłumaczeń nie da się nawet utrzymać, a na studiach uczą dziesiątek innych rzeczy.
Wyobrażenia dotyczące kierunku łatwo skorygować jego zmianą. Co z oczekiwaniami wobec „premii”, jakie dany kierunek może dać po uzyskaniu stopnia magistra?
Absolwent psychologii się nie wzbogaci
O odpowiedź na to pytanie poprosiłem prof. Jasińskiego, a także współpracującego z nim dr. Marka Bożykowskiego. W bazie obsługiwanego przez badaczy systemu ELA sprawdziliśmy, jakie są średnie zarobki absolwentów pięciu topowych polskich kierunków pięć lat po uzyskaniu dyplomu (na analizę więcej niż pięciu lat danych z ZUS nie pozwala ustawa).
Główny wniosek kwerendy? Rzeczywiście duże zarobki gwarantują statystycznie w tak krótkim czasie tylko dwa z owych pięciu kierunków – medycyna i informatyka. Choć lekarze, którzy uzyskali dyplom w 2018 r., na początku wykazują relatywnie niskie dochody ze względu na odbywany staż, po pięciu latach zarabiają już przeciętnie ok. 13 tys. złotych brutto. I to z samego etatu oraz prac zleconych, gdyż baza ELA nie obejmuje zarobków z tytułu działalności gospodarczej. – A że mamy do czynienia z bodaj najbardziej zapracowaną grupą zawodową w Polsce, to należy pamiętać, że wielu „etatowców” dorabia już po 5 latach w prywatnych gabinetach – mówią socjolodzy z OPI PIB.
Całkiem podobnie wygląda sytuacja informatyków. – Choć tutaj analiza nie jest tak prosta, bo liczba kierunków z „informatyką” w nazwie jest bardzo duża – zastrzega dr Bożykowski. – Jednak średnia dla nich wszystkich pięć lat po uzyskaniu dyplomu wynosi przeciętnie ponad 13 tys. brutto z samego etatu.
– Moi starsi koledzy kończący informatykę są „zgarniani” przez korporacje i dostają na dzień dobry około 12 tys. – potwierdza Bartek. Bywa i lepiej: system ELA pokazuje np., że przeciętny absolwent informatycznych studiów II stopnia na Wydziale Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego zarobi już w pierwszym roku po dyplomie 15 900 zł. – Karierę robią też wszelkie studia z „analizą danych” w nazwie – słyszę od prof. Jasińskiego. – Coraz częściej powtarzane zdanie, że dane to nowa ropa świata, ma tu zastosowanie.
Na medycynie i informatyce kończy się – przynajmniej jeśli idzie o kierunki topowe – polskie ekonomiczne eldorado. Zarządzanie to w pięć lat po ukończeniu studiów rozpoczętych w 2018 roku statystycznie 7100 zł brutto z etatu, prawo 6600 zł, a psychologia – 6300 zł.
– W przypadku prawa zarobki są odłożone w czasie, bo musimy doliczyć trwanie aplikacji – słyszę od analityków ELA. – Psychologia daje zaskakująco niską w porównaniu z popularnością kierunku stopę zwrotu, ale aż 25 proc. absolwentów tego kierunku to po pięciu latach od dyplomu samozatrudnieni, dla których część zarobków nie jest uwzględniona w systemie ELA – zastrzegają prof. Jasiński i dr Bożykowski.
W przypadku psychologii trudno też zgadnąć, co będzie za pięć, dziesięć lat. O ile plaga problemów psychicznych wydaje się niestety pewnikiem, o tyle trudno wyrokować, czy obecna nadprodukcja magistrów tego kierunku nie wysyci wkrótce rynku. – Nie boję się tego – wyznaje Ania (II rok psychologii na Ignatianum). – Dużo osób odpada, bo to studia trudne i wymagające. Żeby się utrzymać, trzeba mieć dużo serca do tej dyscypliny. Dlatego mam nadzieję, że ci, którzy jednak wytrzymają, za ileś lat się przydadzą.
Autorzy cytowanego już raportu „Studia psychologiczne w Polsce...” mają jednak swoje obawy. Trend wzrostowy „produkcji” magistrów to w dużej mierze pokłosie otwierania kierunków przez trudne do sprawdzenia uczelnie (w 2022 r. 23 tys. osób, czyli aż 40 proc. wszystkich studentów psychologii, „studiowało w uczelniach, które nie poddały się ewaluacji naukowej”). Różna jest też zawartość „psychologii w psychologii” – program studiów z tą dyscypliną w nazwie odbiega często od akademickiej wersji psychologicznego wykształcenia.
Prof. Jasińskiemu i dr. Bożykowskiemu zadaję jeszcze jedno zasadnicze pytanie: czy w Polsce opłacają się studia jako takie? Czy przeciętny polski posiadacz dyplomu magistra ma się lepiej od jego rówieśnika i sąsiada, który tego tytułu nie uzyskał?
– Niewątpliwie tak – odpowiada bez wahania prof. Jasiński. – A najlepiej widać to, gdy porównamy przeciętnych absolwentów do tzw. drop-outerów, a więc osób, które przerwały studia. W tym zestawieniu porównajmy sobie np. tych, którzy razem poszli na studia II stopnia w 2018 r. Co ciekawe, w pierwszym roku po rezygnacji drop-outer zarabia przeciętnie nieco więcej niż absolwent w pierwszym roku po magisterce: to 81 proc. średniej pensji na jego / jej lokalnym rynku pracy wobec 80 proc. absolwenta. Być może jest tak dlatego, że osoba rezygnująca ze studiów robi to często z powodu konkretnej oferty pracy.
Jednak z czasem, dodają socjolodzy OPI PIB, przeciętny absolwent zyskuje, wyprzedzając drop-outera już w drugim roku. A po pięciu latach zarabia ponad 100 proc. średniej na jego lokalnym rynku pracy, podczas gdy pracownik bez dyplomu pozostaje wyraźnie poniżej tej granicy. Co ważne, zaznaczają badacze, wszystkie wspomniane ekonomiczne walory dotyczą, wbrew stereotypom, także uczelni prowincjonalnych. – Ich absolwenci, co udowodniliśmy w niedawnym raporcie, są liderami i na swoich lokalnych rynkach pracy, i niejednokrotnie w dużych miastach, do których trafiają po dyplomie – mówią prof. Jasiński i dr Bożykowski.
Studia to nie tylko inwestycja w karierę
– Nie spotykacie się z zarzutem, że dane takie jak te z ELA wyrządzają więcej szkód niż pożytków? – pytam na odchodne badaczy OPI PIB, precyzując, że chodzi mi o instrumentalizację studiów, których walory są przecież szersze niż tylko przygotowanie do zawodu.
– Spotykamy się, i to często – odpowiada prof. Jasiński. – To najczęściej zarzut, że sprowadzamy studia do bezdusznych cyferek. Odpowiadam wtedy, że dla mnie baza ELA ma charakter misyjny. Tak, misyjny, bo przywraca jako taką równowagę między pracodawcami a niedoświadczonymi pracownikami. Kiedyś pracodawca mógł niemal wszystko, np. rzucić dowolną kwotę przyszłej pensji, a kandydat na pracownika nie mógł zweryfikować, czy nie jest oszukiwany. Dzięki bazie ELA jest w stanie precyzyjnie ustalić, na jaki zarobek po danym kierunku na danej uczelni może liczyć X lat po uzyskaniu dyplomu.
– A co do innych walorów studiów, studenci je doceniają – mówią socjolodzy. – Gdy pytamy na UW w ankietach o wartości płynące z nauki, wskazują np. na ogólne wykształcenie i sieci społeczne. Po prostu wiedzą, że człowiek, który przez pięć lat przechodził przez wyzwania intelektualne, jest lepiej wyuczalny. I że lepiej sobie poradzi. Tak w pracy, jak i poza nią.
Współpraca: Dominik Berezowski
Tak studiuje Polska
354 uczelnie wyższe działały w Polsce w roku akademickim 2023/2024, a kształciło się na nich (stan na koniec ubiegłego roku) ponad 1 240 tys. studentów. Wśród wszystkich uczących się większość stanowiły kobiety (ponad 58 proc.), a jeśli chodzi o tryb nauki, przeważali słuchacze kursów stacjonarnych (63,5 proc.) i uczestnicy studiów pierwszego stopnia (ponad 60 proc., wobec ponad 19 proc. studentów drugiego stopnia i 19 proc. uczestników jednolitych studiów magisterskich). Wzrasta w ostatnich latach odsetek cudzoziemców na polskich uczelniach. W 2019 r. wynosił on 6,6 proc., obecnie przekracza 8 proc. W roku akademickim 2023/2024 studiowało w Polsce ponad 107 tys. obywateli innych państw, z czego najwięcej było Ukraińców (46 tys., czyli niemal połowa ogółu), Białorusinów (12 tys.) i Turków (4,8 tys.).
Ponad 240 tys. osób otrzymało dyplomy ukończenia polskich uczelni wyższych w ubiegłym roku akademickim. W tej grupie przeważali kończący kierunki z grup: biznes, administracja i prawo (niemal co czwarty absolwent), technika, przemysł i budownictwo oraz zdrowie i opieka społeczna (obie grupy ponad 13 proc.). Wśród tegorocznych absolwentów było ponad 17 tys. cudzoziemców, z czego niemal 40 proc. stanowili Ukraińcy.
Największą polską uczelnią pod względem liczby studentów jest Uniwersytet Warszawski, na którym pod koniec 2022 r. uczyło się ponad 36 tys. osób. Drugi był Uniwersytet Jagielloński z 34 tys. słuchaczy, a trzeci poznański UAM – z niemal 30 tys. studentów. Największą uczelnią techniczną pozostaje Politechnika Warszawska.
Dalekie miejsca zajmują polskie szkoły wyższe w światowych zestawieniach akademickich. W ogłoszonej w czerwcu tego roku 21. edycji rankingu QS World University Rankings, obejmującej ponad półtora tysiąca placówek, najwyższe, 258. miejsce zajął Uniwersytet Warszawski, 312. Uniwersytet Jagielloński, a 527. lokatę miała Politechnika Warszawska.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















