PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Przedszkolanka? Opiekunka? Nauczycielka?
IGA KAZIMIERCZYK: Od razu wchodzimy na grząski grunt (śmiech).
Najczęściej mówimy „przedszkolanka”, choć dotyczy to przecież najlepiej wykształconej części edukacyjnej kadry w Polsce. Przedszkolne nauczycielki – taką proponuję nazwę – mają ukończone magisterskie pedagogiczne studia, podczas gdy nauczyciele z podstawówek czy liceów, a więc tzw. przedmiotowcy, takiego jednolitego wykształcenia pedagogicznego nie mają.
Skądinąd symptomatyczne, że akurat ten zawód – niskopłatny i niespecjalnie ceniony – przyjął feminatyw jako jedyną formę, choć mężczyźni w tej profesji też się zdarzają.
W dodatku jest to feminatyw dość lekceważący: mówimy „przedszkolanka”, może mając na myśli lekką i przyjemną pracę – takie „picie kawki w towarzystwie bawiących się dzieci”.
Są tacy, którzy uważają, że to najtrudniejszy zawód świata.
I mnie jest bliżej do tej opinii. Po pierwsze, nauczycielki przedszkolne – bo to w większości jednak kobiety – pracują z najmłodszymi dziećmi. A one najbardziej gwałtownie przechodzą kryzysy rozwojowe. Werbalnie nie potrafią jeszcze zbyt sprawnie komunikować swoich potrzeb i frustracji, więc zdarza się, że sięgają po inne narzędzia: krzyk, płacz, bicie. To są zachowania wynikające z faktu, że dziecko czuje silne emocje – jest rozżalone, wściekłe albo uradowane – i musi te emocje uzewnętrznić.
Osoba, która z tymi dziećmi pracuje, musi umieć te stany rozpoznawać. I musi to robić szybko oraz trafnie, bo w grupie ma tych dzieci dwadzieścioro pięcioro. Nauczycielka powinna też reagować racjonalnie i empatycznie, wchodząc w świat doświadczeń dziecka. Np. gdy lalce właśnie odpadła ręka, to musi umieć zareagować inaczej niż zwrotem „nic się nie stało”. W oczach dziecka właśnie wydarzyła się tragedia i aby dziecku pomóc, trzeba jego emocje uznać i odpowiednio na nie zareagować.
Proszę odmalować klimat pracy w przedszkolu.
Jest poranek. Dwójka dzieci właśnie weszła do sali i chce się natychmiast przytulić do pani. Inna dwójka wprost przeciwnie: stoi i przechodzi lekki kryzys w okolicach drzwi. Kolejna trójka biega po sali i krzyczy. Dwóch chłopców walczy o plastikowy samochód i już widać, że za moment ktoś coś komuś wyrwie albo kogoś uderzy. Kilkoro dzieci siedzi i coś sobie czyta, inni czegoś natychmiast potrzebują od nauczycielki, ktoś ciągle powtarza: „Psze pani, psze pani!”. A pani między ugaszeniem pożaru numer jedenaście i dwanaście musi mieć oczy dookoła głowy, mieć pomysł na zajęcia i gotowość do pomocy dzieciom w nauce nowych rzeczy. A w międzyczasie musi wypełnić sporą dokumentację.
W pandemii dochodziła do tego jeszcze konieczność zmierzenia każdemu temperatury.
Za to odpadał kontakt z rodzicami.
Powiem pewnie coś ryzykownego, ale też prawdziwego. Gdy przedszkola, których nie zamknięto, wprowadziły obostrzenia, nie wpuszczając do środka rodziców, wiele opiekunek i nauczycielek przedszkolnych odetchnęło z ulgą...
Rodzice bywają roszczeniowi?
Posiadają coraz większe kompetencje wychowawcze i wiedzę. Znają teorię kryzysów rozwojowych, wiedzą, jak stymulować rozwój dziecka. Wiedzą, że telefon w ręku syna lub córki to zły pomysł, i że pracę z maluchami można i trzeba indywidualizować. Ale to wszystko ma również swoją upiorną stronę, bo oczekiwania wobec nauczycielek bywają nierealistyczne. Bywają też one niestety obwiniane za wszystko, co dzieje się z dzieckiem: za siniaka na nodze, brudne ubranie, przykre doświadczenia dzieci, agresję innych dzieci.
To jest opowieść o braku zrozumienia, czym jest przedszkole.
Czym jest?
Łatwiej zacząć od tego, czym nie jest. Nie jest wyłącznie przechowalnią dziecka na czas pracy rodziców – rodzajem „parkingu”, na który odstawia się potomka, by móc spokojnie zarabiać pieniądze. Przedszkole jest miejscem rozwoju i nauki – poprzez zabawę. Również nauki życia: współpracy, przeżywania sukcesów i porażek, sznurowania butów, samodzielnego jedzenia, stawiania granic, rozwiązywania konfliktów. A tego wszystkiego nie da się nauczyć bez potknięć, małych porażek i dziecięcych frustracji.
Tymczasem wielu rodziców usuwa dzieciom przeszkody spod nóg.
Przedszkole tego robić nie może – nie jest przedłużeniem domu. Choćby dlatego, że domy są różne, a więc podejścia wychowawcze też.
Często się mówi, że „przedszkolanka” musi mieć anielską cierpliwość. Rzadziej, że powinna posiadać ogromne kompetencje.
Trzeba rozbrajać konflikty i wybuchy emocji, asystować w trudnościach, współprzeżywać radość. Potrzebne są tu ogromne zasoby kompetencji miękkich. Nie wolno nam działać nadmiarowo. Musimy skupiać się na tym, by zaprojektować dla dzieci sytuacje, które uczą. Nauka przez ekspresję artystyczną, doświadczenia, gry, zabawy matematyczne, ćwiczenia z książkami, zabawy muzyczne i plastyczne. Uczymy jednocześnie czegoś, co dziecko ma wiedzieć – np. kolory i nazwy przedmiotów – oraz rozwijamy jego samodzielność.
Pensum godzinowe przy tablicy w szkole wynosi 18 godzin.
A tutaj – nie wiedzieć czemu – 25. Może ustawodawca założył, że tu zajęcia są mniej męczące i nie trzeba się do nich aż tak wiele przygotowywać.
Mniej niż np. szkolny wuefista?
To dobry przykład, bo matematyków czy polonistów – a więc nauczycieli przepracowanych – zostawmy w spokoju. Każda dyskusja o zróżnicowaniu pensum jest trudna i zawsze ktoś jest w niej pokrzywdzony. Ale dysproporcja pomiędzy np. nauczycielem WF, muzyki czy plastyki i nauczycielką przedszkolną jest zastanawiająca.
Temu 25-godzinnemu pensum sprzyja też fakt, że przedszkolna podstawa programowa jest zgodnie z prawem realizowana przez pięć godzin dziennie.
W przedszkolach publicznych nie ma też letnich wakacji.
Nauczycielka ma prawo do 35 dni urlopu, ale przedszkola mają dyżury wakacyjne. Najłatwiej skoordynować to w dużych miastach – w danym momencie działają wyznaczone placówki, by inne mogły mieć przerwę.
Zarobki?
Podobne do szkolnych. A w placówkach niepublicznych – zwłaszcza w dużych miastach – często lepsze. W Warszawie nauczycielki przedszkolne zaczynają rozmowę o pracę od czterech i pół tysiąca netto.
To nie jest wysoka pensja, zwłaszcza w stolicy.
Ale w porównaniu z kimś wchodzącym do zawodu, kto nawet po podwyżkach dostanie niespełna 3700 pensji zasadniczej na rękę – 5-6 tysięcy netto to pensja przyzwoita.
Mimo tego nauczycieli przedszkolnych brakuje.
Moje studentki mówią, że studia pedagogiczne są wspaniałe: można poznać kluczowe zagadnienia psychologii rozwojowej, socjologii, prawa, filozofii, a ukończenie kierunku daje szerokie perspektywy zawodowe. Co z tego, skoro większość nie widzi się w przedszkolu. Wszystko przez warunki pracy i płacy.
Gdzie są największe braki?
W aglomeracjach. Co ciekawe, w centrach miast, które były odbudowywane po wojnie, teraz placówki często stoją puste. A na obrzeżach, gdzie jak wiadomo mieszka najwięcej młodych rodzin, ta sieć jest niewystarczająca.
Jednak sytuacja będzie się zmieniać – za sprawą demografii. Już za chwilę do przedszkoli zaczną przecież chodzić generacje największego dzietnościowego krachu.
Wciąż jednak mamy – jak podaje w najnowszych danych GUS – nieco ponad półtora miliona dzieci w przedszkolach przy ok. 120 tys. nauczycieli, w przeliczeniu na etaty. Daje to niemal trzynaścioro dzieci na jednego pedagoga.
To wciąż sporo, dlatego warto wykorzystać demograficzny kryzys nie do zwalniania nauczycieli, tylko do zmniejszenia liczebności grup przedszkolnych. Teraz limit wynosi 25, a tam, gdzie dochodziły ukraińskie dzieci, jest nawet wyższy – warto to na nowo przemyśleć. Chyba stać nas na to, by polepszyć warunki nauki i zabawy dla dzieci, a pracy dla nauczycieli. To jest nasza rozwojowa szansa.
Przepełnienie to też pokłosie pewnej rewolucji: w 2014 r. mniej więcej co trzecie dziecko trafiające do zerówki nie miało za sobą ani dnia w przedszkolu. W roku szkolnym 2022/23 do przedszkoli chodziło niemal 95 proc. dzieci w wieku 3-6 lat.
To pokłosie zmiany z czasu poprzednich rządów PO: prawo do bezpłatnej edukacji otrzymały dzieci w wieku 3-5 lat [sześciolatki mają obowiązek przedszkolny – red.]. Wcześniej rodzice mogli się ubiegać o miejsce dla swojego dziecka, ale samorząd nie miał obowiązku tego zagwarantować. Teraz ma.
Dlaczego więc nie wszystkie dzieci chodzą do przedszkoli?
Bo nie dla wszystkich rodziców oczywiste są płynące z tego korzyści. Mówię „oczywiste”, bo te korzyści mamy zbadane. Np. szczegółowy raport z pomiaru TIMSS 2019, a więc poprzedniej edycji tego międzynarodowego badania osiągnięć czwartoklasistów w matematyce i przyrodzie, pokazał, że średnie wyniki matematyczne są wyraźnie niższe w grupie dzieci rzadziej niż przez trzy lata uczęszczających do przedszkola. To nie wszystko: z przedszkoli wychodzą dzieci lepiej przygotowane językowo i lepiej przystosowane do pracy i nauki w grupie. Jednak wiedza o tych korzyściach nie jest powszechna – częste wydaje się być przekonanie o opresyjności placówek.
W niektórych wsiach nawet co trzecie dziecko w wieku przedszkolnym pozostaje w domu.
To również pokłosie barier w dostępie do edukacji. Jeśli nie ufam placówkom, a do tego – np. mieszkając na warmińskiej albo mazurskiej wsi – mam swoje dziecko zawieźć kilkanaście kilometrów do najbliższego miasteczka, gdzie jest przedszkole, to raczej z tego zrezygnuję. Po co mam się w to bawić, skoro dziecko może zostać z niepracującą matką albo z babcią? Zwłaszcza że wiele osób w takich miejscach zwyczajnie nie ma jak zawieźć dziecka. Są komunikacyjnie wykluczeni.
Poznaliśmy niedawno wyniki egzaminu ósmoklasisty. Znów okazało się, że różnice w wynikach nastolatków z małych miejscowości i dużych miast są duże, a w przypadku matematyki nawet urosły. Na te nierówności „pracujemy” już w przedszkolach?
Oczywiście! W edukacji szkolnej są dzieci, które mają za sobą przedszkole, społeczny i poznawczy trening, oraz te, które takiej szansy zostały pozbawione. Prawdopodobieństwo, że dziecku z trzyletnim doświadczeniem przedszkolnym po kolejnych ośmiu latach pójdzie lepiej egzamin niż koledze, który edukację rozpoczął w wieku 6 lat, jest ogromne. Gdy ktoś trenuje do maratonu trzy lata dłużej, to ma po prostu większe szanse ukończyć go z dobrym wynikiem. Każdy dobiegnie, ale inaczej.
Przedszkola niepubliczne, a więc płatne – są lepsze?
Nie ma na to pytanie jednej odpowiedzi. Te niepubliczne, aby przetrwać, muszą mieć ofertę ekstra, skoro miejsca w tych publicznych są bezpłatne i gwarantowane. Muszą mieć profil: artystyczny, językowy, opierać pracę na modelach alternatywnych, waldorfskich, Montessori. Przedszkola prywatne próbują czasami przekonywać rodziców, że ich dzieci po ukończeniu placówki będą mówiły drugim językiem.
Rodzice w to wierzą?
Wierzą i płacą 2-3 tys. miesięcznie. Choć dwujęzyczność dzieje się wtedy, gdy dziecko jest zanurzone na co dzień w dwóch kulturach, mając np. dwujęzycznych rodziców. W przypadku placówek z zajęciami w innym języku następuje jedynie zwiększenie zainteresowania tym językiem, ale z pewnością dziecko nie będzie mówić po angielsku tak jak po polsku.
Co do jakości oferty, to nie ma powodu sądzić, że placówki płatne są z zasady lepsze. Małe może i jest piękne, ale niekoniecznie w tej branży. Przedszkola publiczne, zwykle większe, funkcjonują w sieci – łatwiej jest więc tu o wsparcie w ramach samorządowych struktur. Małe przedszkole jest trochę jak osiedlowy sklep – fajne, ale wszystko trzeba robić samemu.
Jest tu zaszyta dobra wiadomość: jakość usługi publicznej jest na wysokim poziomie.
Powiedziałabym nawet więcej: placówki przedszkolne, a także klasy 1-3 podstawówek to przykłady polskiego edukacyjnego sukcesu, z którego możemy być dumni, a nie potrafimy się z niego z jakiegoś powodu cieszyć. W przedszkolach nawet podstawa programowa, a więc dokument powszechnie krytykowany w odniesieniu do szkół – jest bardzo dobra. Ona się skupia na aktywności dziecka i uważnym stymulowaniu jego rozwoju. Nauczycielka nie jest kimś, kto musi w pewnym sensie „rozliczyć” dziecko z zakresu opanowanych umiejętności, jak to się dzieje przy testach i sprawdzianach w starszych klasach szkoły podstawowej. Zadaniem pedagożki jest projektowanie sytuacji i środowiska uczenia się.
Co to znaczy?
Nauczycielka planuje projekty, które potem samodzielnie przy jej asyście realizują dzieci, aranżuje sytuacje życiowe wykorzystywane do nauki. Np. dzieci same odkrywają, dlaczego i jak zmieniają się pory roku. Inny przykład: to w przedszkolach naprawdę realizuje się edukacja artystyczna. Poza tym dzieci uczą się sporo przez zabawę, bez sztywnych scenariuszy. Praca jest oparta na eksperymencie, obserwacji, aktywności.
Oczywiście, zgodnie z tą podstawą programową dziecko musi też – podobnie jak w podstawówce czy liceum – posiąść pewien zbiór umiejętności. Ale nawet to odbywa się nie w cyklu rocznym, tylko trzyletnim: te umiejętności dziecko powinno posiadać na wyjściu z placówki. A więc nie ma stresu, że wszystkie trzylatki muszą już umieć trzymać nóż i widelec. Podstawa nie jest też przeładowana ani nierealistyczna – co zarzuca się podstawom na późniejszych etapach.
Innymi słowy: ustawodawca w tej przestrzeni edukacyjnej uznał realia rozwoju dziecka, dał nauczycielom autonomię, co nie jest niestety zasadą na wyższych etapach.
Co się takiego dzieje, że polskie dziecko w wieku ok. 10 lat wkracza nagle – wraz z promocją do klasy czwartej – w inny edukacyjny świat?
Po prostu jesteśmy jako państwo przekonani do koncepcji, że od pewnego momentu szkoła ma być „małym uniwersytetem”, o którego jakości zdecydują końcowe egzaminy. O ile podstawa programowa do przedszkoli i klas 1-3 podstawówek patrzy symbolicznie na północ Europy, a więc bliższa jest edukacyjnej filozofii Finlandii czy Norwegii, o tyle teoria i praktyka wyższych etapów polskiej edukacji spogląda w kierunku krajów byłego bloku wschodniego.
Skoro na tych pierwszych etapach jest nieźle, to rozumiem, że wystarczy nie psuć?
Wiele jest też do poprawienia. Najważniejsze to status zawodowy nauczyciela. Mamy wykształconą kadrę, o którą państwo nie tylko nie dba, ale wręcz ją dyskryminuje! Nauczyciele przedszkolni nie tylko mają wyższe pensum, ale też bywają pomijani – np. w czasie przyznawania słynnego bonu na laptopa.
Powinniśmy więc na nowo przemyśleć status zawodowy tej grupy. A reformując polską oświatę, pamiętać, że wiele dobrych praktyk jest do podpatrzenia właśnie w przedszkolach.

Dr Iga Kazimierczyk jest pedagożką i nauczycielką. Prezeska fundacji „Przestrzeń dla edukacji”, współtwórczyni kampanii „Wolna szkoła”. Przez lata prowadziła w Warszawie żłobek, od kilkunastu lat jest wykładowczynią na kierunkach pedagogicznych.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















