Już niebawem problem na chwilę zniknie nam z oczu. Ponad 1,2 miliona polskich studentów kończy właśnie letnią sesję egzaminacyjną. Część ma już w ręku promocję, reszta powalczy o nią jeszcze jesienią. Na czas wakacji częściowo opustoszeją także 444 publiczne i prywatne akademiki, ale już w wrześniu, wraz ze zbliżającym się nowym rokiem akademickim, ruszy doroczny wyścig do ponad 115 tysięcy miejsc noclegowych oferowanych przez domy studenckie. I jak co roku, walka będzie zażarta. Na jedno łóżko przypadać będzie statystycznie około 10 studentów. W żadnym kraju tej części Europy o miejsce w akademiku nie jest tak trudno jak dziś w Polsce.
Rzecz jasna, nie wszyscy studenci marzą o zamieszkaniu w takim miejscu. Jednych odstrasza brak prywatności, innych zniechęcają spartańskie warunki lub niesprzyjająca nauce atmosfera. Jeszcze inni prostu nie spełniają kryteriów dochodowych narzucanych przez uczelnie. Część studentów stanowią zresztą miejscowi, którzy na zajęcia będą zrywać się z tego samego łóżka, z którego zwlekali się przez cztery lata szkoły ponadpodstawowej. Jakkolwiek by liczyć, już za trzy miesiące akademicka Polska ocknie się ze zdumieniem, że w kolejny rok nauki wchodzi z wielkim deficytem miejsc w akademikach. Jedni będą wyrażać go w okrągłych liczbach, dochodzących nawet do 400 tysięcy. Inni – jak prof. Jacek Popiel, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego – wskażą raczej na utracone przez to korzyści.
– Reformy systemu szkolnictwa wyższego przeprowadzono w Polsce z założeniem, że do dużych ośrodków akademickich na studia magisterskie będą przenosić się absolwenci studiów licencjackich z mniejszych miast – podkreśla rektor UJ. – Chodziło o to, żeby optymalnie wykorzystać potencjał naukowy i dydaktyczny największych uniwersytetów i dać szansę młodym ludziom zdobyć nowe doświadczenia. Od co najmniej dwóch lat obserwujemy jednak postępujący spadek odsetka studentów drugiego stopnia, którzy nie pochodzą z Krakowa i okolic. I nie sposób nie połączyć tego z kryzysem kosztów życia w dużych miastach. Dla coraz większej liczby naszych studentów miejsce w akademiku to być albo nie być na studiach.
Rektor sięga po statystyki. Tylko w październiku ub. roku ze studiów na UJ zrezygnowało 29 osób, które nie otrzymały miejsca w domu studenckim. Rok wcześniej odpadły aż 42 osoby. Na początku roku akademickiego 2021-22 brak przydziału akademika zmusił do rezygnacji 17 osób.
Taka dynamika – podkreśla rektor – nie jest dziełem przypadku.
Scenariusz ostateczny
Moment, w którym miejsce w domu studenckim stało się w Polsce dobrem deficytowym, można wskazać z chirurgiczną precyzją. 24 lutego 2022 roku, pierwszy dzień agresji Rosji na Ukrainę. Kilka dni później w Polsce jest już kilkaset tysięcy uciekinierów z terenów objętych bądź zagrożonych działaniami wojennymi. Ceny najmu mieszkań, zwłaszcza w dużych miastach, szybują dosłownie z dnia na dzień. Jesienią na rozgrzany do czerwoności rynek wracają studenci – i podbijają stawki najmu jeszcze wyżej. W listopadzie 2022 r. za wynajem 40-metrowego mieszkania w Krakowie trzeba będzie zapłacić o 33 proc. więcej niż w styczniu. Rok później ceny wzrosną o kolejne 11 proc.
– W roku akademickim 2022-23 popyt na miejsce w akademiku po raz pierwszy od kilku dekad przekroczył podaż – wspomina rektor UJ. – Jeszcze rok wcześniej w całej bazie noclegowej naszej uczelni mieliśmy wiele wolnych łóżek. W ankietach studenci częstokroć pisali, że zamieszkanie w domu studenckim uważają za scenariusz ostateczny, kiedy wyczerpią się inne możliwości.
Inflacja i wywołany przez nią gwałtowny wzrost kosztów utrzymania, zwłaszcza w dużych miastach, sprawił, że „inne możliwości” błyskawicznie zniknęły z pola widzenia. Nawet „scenariusz ostateczny” dla wielu stał się finansowym wyzwaniem. W ub. roku najbardziej przyjaznym kieszeni studenta miastem uniwersyteckim była Łódź, gdzie miejsce w publicznym akademiku kosztowało średnio 590 zł miesięcznie – takie dane przynosi ostatni raport firmy doradczej Cushman & Wakefield, jednego z największych graczy w obrocie nieruchomościami. Najdroższą bazę noclegową dla studentów miał Wrocław, gdzie za łóżko trzeba było zapłacić średnio 810 zł miesięcznie. Największy wybór standardu noclegu i stawek mieli natomiast studenci z Poznania, którym tamtejsze uczelnie publiczne oferowały miejsca w cenach wahających się od 610 do nawet 1650 zł miesięcznie. Z szacunków Cushman & Wakefield wynika, że koszt miejsca w pokoju współdzielonym w akademiku publicznym wzrósł na koniec 2023 roku średnio o 12 proc. w porównaniu z rokiem 2020. Pokój jednoosobowy podrożał w tym samym okresie aż o 40 proc.
W górę poszły jednak nie tylko ceny noclegów. W 2021 r. miesięczne wydatki przeciętnego studenta wynosiły w Polsce 2740 zł. Rok później – jak wynika z raportu „Portfel studenta” przygotowanego na zlecenie Związku Banków Polskich – wzrosły do 3177 zł, by w kolejnym roku poszybować już do 3870 zł. Najdroższą pozycją w studenckim budżecie jest jednak lokum. W ub. roku statystyczny słuchacz polskiej uczelni wydawał na ten cel 1350 zł. Nic też dziwnego, że aż 17 proc. studentów rozważało przerwanie nauki z powodów ekonomicznych. Takie pytanie w badaniu „Portfel studenta” padło po raz pierwszy, trudno więc o retrospektywne porównanie. Łatwiej wskazać ciąg dalszy.
– Poszukiwania miejsca zamieszkania zaczynałam z budżetem 1500 zł miesięcznie – opowiada Zuzanna Kicińska, studentka pierwszego roku politologii na UJ i jedna z bohaterek raportu „Studia drogie jak nigdy”, który na łamach „Tygodnika” opublikowaliśmy we wrześniu ub. roku. – Skończyło się na stawce 1600 zł za pokój. Moja umowa wygasa we wrześniu. Właścicielka mieszkania na razie nie wspomina o podwyżce, ale od znajomych słyszę, że za 1500 zł miesięcznie w zasadzie nie da się dziś znaleźć blisko uczelni lokum w stanie nadającym się do zasiedlenia.
Do kości
Zuza uczestniczyła w ostatnich protestach w obronie niezamieszkanego krakowskiego akademika Kamionka, który władze UJ jeszcze w 2018 roku wystawiły na sprzedaż, a po wybuchu wojny w Ukrainie zmieniły w tymczasowy ośrodek dla uchodźców. Protestowała nie w swojej sprawie, lecz w obronie idei. Studia na publicznej uczelni w Polsce z egalitarnych stają się, jak mówi, elitarnymi. Albo pochodzisz z ośrodka uniwersyteckiego i nie martwisz się kosztami, bo mieszkasz nadal z rodzicami, albo jesteś z bogatego domu.
W podobnym klimacie utrzymany był ubiegłoroczny protest poznańskich studentów sprzeciwiających się wyłączeniu, a może nawet rozbiórce akademika Jowita. Dzięki ich determinacji rząd znalazł pieniądze na remont obiektu, wcześniej rzekomo nieopłacalnego. Władze – jak mówi z przekąsem Zuza – jedno mówią, a drugie robią. Każda ekipa rządowa zapowiada dofinansowanie szkolnictwa wyższego. Po dojściu do władzy tnie zaś koszty do kości.
Tkanka polskich akademików faktycznie przeszła serię bolesnych amputacji. Od 2008 roku baza noclegowa uczelni publicznych stopniała w całym kraju aż o 81 domów studenckich. Albo o ponad 37 tysięcy łóżek. Oficjalna liczba oferowanych obecnie miejsc – 112 147 według danych GUS na koniec 2022 roku – nie odzwierciedla zresztą stanu faktycznego. Przyznał to niedawno w wywiadzie sam minister nauki Dariusz Wieczorek, szacując, że około 30 proc. miejsc w domach studenckich uczelni publicznych nie nadaje się do użytku z powodów technicznych. Zliczona w ten sposób baza noclegowa nie przekracza 77 tysięcy łóżek. Kondycja zaplecza socjalnego polskiego szkolnictwa wyższego wielkimi krokami zbliża się więc do agonalnego stanu polskiego budownictwa komunalnego.
Rząd dostrzega problem
Mieszkanie nie jest towarem, lecz prawem – powtarzał tymczasem Donald Tusk podczas zeszłorocznej kampanii do parlamentu. Głos szefa Platformy miał tu zgrywać się idealnie z leitmotivem koalicyjnej Lewicy, która do wyborów szła z hasłem tanich mieszkań na wynajem. Temat wrócił potem w exposé Tuska, do którego bezpośrednio odwołuje się przygotowywana właśnie ustawa „o zmianie ustawy o społecznych formach rozwoju mieszkalnictwa oraz niektórych innych ustaw”.
Szykowany przez rząd akt prawny ma – jak można przeczytać w jego streszczeniu – doprowadzić również do rozszerzenia celów rządowego programu budownictwa socjalnego i komunalnego o element zaspokajający „potrzeby mieszkaniowe studentów” i sprawić, „że jego beneficjentami staną się także uczelnie wyższe”. Już kilka linijek dalej czytamy jednak, że na wsparcie ze strony państwa liczyć mogłyby przede wszystkim samorządy oraz… inwestorzy prywatni, którym rząd zamierza zaoferować preferencyjne kredyty na budowę domów studenckich. Nazwanie uczelni „beneficjentami” programu może oznaczać, że w całym projekcie rząd widzi dla nich rolę kontrahenta, który będzie kontraktować usługi noclegowe u podmiotów zewnętrznych.
W przypadku samorządów można jeszcze wyobrazić sobie ich współpracę z uczelniami przy budowie i eksploatacji akademików opartą na zasadach bliskich non profit. Prywatny kapitał, nawet z preferencyjnym rządowym kredytem, będzie natomiast w zrozumiały sposób dążyć do maksymalizacji zysku. Albo się w ogóle zadania nie podejmie – jeśli zaproponowane warunki staną na przeszkodzie. Zaprzężenie wolnorynkowych koni do rozwiązania problemu braku akademików w najlepszym razie poskutkuje więc wysypem miejsc, na które gorzej sytuowanych i tak nie będzie stać. – Też zwróciłem na to uwagę – przyznaje rektor UJ. – Podczas ostatniego spotkania z ministrem nauki Dariuszem Wieczorkiem poprosiłem o informację, na czym dokładnie miałaby polegać nasza rola w tym projekcie. Jako uczelnia jesteśmy przygotowani do budowy nowego akademika, ale brakuje nam pieniędzy. Pan minister uspokajał, że ustawa jest na etapie konsultacji i dopiero nabiera kształtów.
Kolejni politycy rządzącej koalicji, pytani o projekt, reagują identycznie. Apelują o czas na przygotowanie dokumentu, odsyłają do resortu rozwoju i technologii, który go pilotuje. Rada Ministrów ma go przyjąć najpóźniej w trzecim kwartale br. Przed nami jednak wakacje, projekt dotrze więc do Sejmu najwcześniej jesienią i jeden marszałek Hołownia raczy wiedzieć, kiedy trafi pod obrady.
Jedno nie ulega wątpliwości. Sytuacja budżetu, w którym – jak wynika ze wstępnych analiz – może na koniec roku zabraknąć około 35 miliardów zł z VAT-u, nie będzie nastrajać rządzących do sięgania głęboko do portfela. Zwłaszcza gdy Bruksela wszczyna formalnie mało jeszcze dotkliwą, ale wizerunkowo już kłopotliwą dla Warszawy procedurę oceny nadmiernego deficytu. Ewentualna decyzja o ponownym skreśleniu zaplecza socjalnego uczelni z listy wydatkowych priorytetów rządu będzie więc de facto cichą zgodą na powolną prywatyzację polskich akademików.
Cztery tysiące miesięcznie
Krajowy rynek najmu komercyjnego nieruchomości jest dziś trzecim – po Wielkiej Brytanii i Niemczech – najatrakcyjniejszym w Europie pod kątem oczekiwanej stopy zwrotu. Co ciekawe, aż co drugi potencjalny inwestor (49 proc.) w ankiecie przeprowadzonej niedawno przez firmę doradczą CBRE wskazywał właśnie rynek prywatnych domów studenckich jako sektor szczególnie wart ulokowania pieniędzy. Prywatne akademiki – jak podliczyła pod koniec ub. roku firma Cushman & Wakefield – pomimo podwojenia oferty w ciągu ostatnich 10 lat wciąż pokrywają zapotrzebowanie zaledwie jednego procenta osób studiujących w naszym kraju. Ale tu student z chudym portfelem nie ma czego szukać.
Według raportu Cushman & Wakefield najtańszą taką ofertę można było w ub. roku znaleźć w Lublinie i w Łodzi, gdzie średnia stawka czynszu w prywatnym domu studenckim wynosiła odpowiednio 1646 i 1703 zł miesięcznie. Najdroższym miastem, podobnie jak w przypadku akademików publicznych, był Wrocław, gdzie takie miejsce kosztowało średnio 2504 zł. Poszukiwaczami wysokiego standardu najlepiej zaopiekował się natomiast Kraków, w którym padł polski rekord ceny na pokój jednoosobowy w prywatnym akademiku: równe 4 tysiące zł miesięcznie. W badanym okresie 2020-2023 ceny miejsc w takich obiektach wzrosły średnio aż o 45 proc. W ostatnim sprawdzanym roku (2022-23) najszybciej drożały prywatne akademiki w Łodzi (29 proc.), Poznaniu (23 proc.) oraz w Krakowie (22 proc.). Do zmiany cen nie doszło jedynie w Katowicach.
Według szacunków firmy CBRE w 2022 r. skumulowana wartość inwestycji w prywatne akademiki wyniosła w Polsce 11,5 miliarda euro i była aż o 50 proc. wyższa niż rok wcześniej. Na ten rok kilku dużych graczy zapowiada oddanie do użytku obiektów oferujących łącznie ponad 1,6 tysiąca miejsc noclegowych. Najstarsza polska uczelnia, UJ, po latach prawnych i planistycznych perturbacji ma tymczasem nadzieję ogłosić wkrótce przetarg na budowę pierwszego od dziesięcioleci akademika. Obiekt ma pomieścić 400 studentów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















