Kolejne badania pokazują, że różnice międzypokoleniowe i związana z nimi nieufność stały się dziś większe niż kiedykolwiek w historii. Milenialsi szydzą z „przedpotopowych” boomerów, pracodawcy z pokolenia iksów z przerażeniem patrzą na „przewrażliwione i roszczeniowe” zetki.
Znajoma świeżo po studiach niedawno zaczęła pracę w starszym zespole. „Oni są jednak inni” – stwierdziła po pierwszym dniu. Na pytanie o najważniejsze różnice odpowiedziała: „Obliczają ręcznie wszystkie te rzeczy, które program mógłby wygenerować automatycznie!”. To typowa sytuacja. Pewien stopień biegłości technologicznej jest dla najmłodszych pokoleń tak oczywisty, jak dla boomerów czytanie i pisanie. A to dopiero wierzchołek góry lodowej!

Globalna synchronizacja
Moda na pokolenia trwa już od co najmniej dwóch pokoleń. W roku 1991 William Strauss i Neil Howe publikują książkę „Generations” („Pokolenia”), ujmującą historię USA w formie szeregu czteropokoleniowych cykli. W każdym cyklu następują po sobie: pokolenie buntowników obalających stary porządek, generacja nomadów porządkujących świat po katastrofie, pokolenie bohaterów i pokolenie artystów. W ostatnim cyklu buntownikami byliby urodzeni w trakcie powojennego wyżu demograficznego „baby boomers” z masowymi protestami i kontrkulturą lat 60., sprzątało po nich pokolenie X, brzemię bohaterstwa spada na generację Y (znaną dziś jako milenialsi), a artystami schyłku cyklu miało zostać nienarodzone jeszcze w dniu publikacji „Generations” pokolenie Z.
Zaproponowana przez Straussa i Howe’a typologia była bardzo ogólna, oparta raczej na uniwersalnych archetypach niż na twardych danych. Miejscami bardziej przypominała astrologię niż socjologię. Jednak niezależnie od pewnych nieścisłości, sama koncepcja „pokoleń kulturowych” podbiła zbiorową wyobraźnię. Dotychczas o generacjach myślano w kategoriach „pokoleń rodzinnych”, a więc relacji między rodzicami a dziećmi. Howe i Strauss zaproponowali podział na wyraźnie wyodrębnione kohorty wiekowe, kształtowane nie przez relacje domowe, lecz przez kluczowe wydarzenia („punkty zwrotne”) przypadające na okres ich młodości.
Dziś wiele ciekawego dzieje się wokół tak rozumianej koncepcji pokoleń. Świat zmienia się coraz szybciej, więc generacje są coraz krótsze. Jednocześnie wiek urodzenia pierwszego dziecka wciąż się przesuwa, a długość życia zwiększa, więc „pokolenia kulturowe” coraz bardziej rozjeżdżają się z tymi „rodzinnymi” (np. dziećmi boomerów nie są zazwyczaj iksy, lecz milenialsi).
Pokolenia stają się też coraz bardziej zsynchronizowane globalnie. Książka Howe’a i Straussa opowiadała o Ameryce i opisy starszych pokoleń zwykle nie przystawały do polskiej rzeczywistości. Dziś większość publikacji opisujących milenialsów i zetki, ale w coraz większym stopniu także starsze generacje, całkiem nieźle oddaje także nasze, lokalne doświadczenia. Nie ma się co dziwić – wszak korzystamy z tych samych smartfonów, oglądamy te same filmy, a nasi lokalni politycy i celebryci bez wstydu kopiują zachodnich kolegów i koleżanki.
W dawnym świecie bycie starszym dawało ogromną przewagę doświadczenia. Dziś młodzi wygrywają znajomością technologii. Kultura staje się więc coraz bardziej prospektywna – nakierowana na młodych, zafascynowana nowością, pełna obaw przed „pozostaniem w tyle”. Dlatego im szybciej zmienia się świat, tym większe stają się międzypokoleniowe różnice.
Nic więc dziwnego, że głównym tematem mody na pokolenia są przepaści między „młodymi” a „starymi”. Zwykle zwracamy uwagę na aspekt negatywny różnic. Od słynnej „generation gap” z lat 60. aż po kolejne fale paniki wokół „dziwnych dzieci”. Przed półwieczem boomerzy powtarzali: „nie ufaj nikomu powyżej trzydziestki”. Dziś sami słyszą od młodych pogardliwe „OK, boomer” („dobra, dobra, dziadku”).
Tymczasem pokolenia potrzebują siebie nawzajem. Oddzielnie nie mamy szans poradzić sobie w zmieniającym się świecie, w którym przydaje się zarówno zręczna adaptacja, jak i stabilne zakorzenienie. Różnice między generacjami musimy więc przekuć w atut. Widzimy to coraz wyraźniej, w miarę jak nasze rozumienie pokoleń zaczyna się karmić twardymi danymi. Od astrologii przechodzi do solidnej nauki.
Ukształtowani przez media
Jedną z pionierek nowej fali badań nad pokoleniami jest Jean Twenge. W wydanych także po polsku książkach „iGen” oraz „Pokolenia” ta amerykańska psycholożka wykorzystuje narzędzia statystyki do porównania ogromnych zbiorów danych gromadzonych od lat w USA. Dzięki nim luźne przeczucia w rodzaju tych formowanych przez Straussa i Howe’a (albo sąsiadkę narzekającą w warzywniaku) można zweryfikować i zamienić na twarde fakty.
Okazuje się, że pokolenia kulturowe naprawdę istnieją, a ich przedstawicieli dzielą istotne różnice dotyczące wartości, stylów życia czy podejmowanych wyborów. Najciekawszym wnioskiem z badań Twenge jest jednak odkrycie kluczowego czynnika decydującego o międzypokoleniowych różnicach. Okazuje się nim technologia.
Kolejne generacje różnią się od siebie tak bardzo nie tylko dlatego, że na okres ich dojrzewania przypadały odmienne kluczowe wydarzenia, lecz przede wszystkim z tego powodu, że dorastały w świecie kształtowanym przez inne technologie. Na przykład rozpowszechnienie się pralek i zmywarek zwolniło czas kobiet, wcześniej obciążonych większością prac domowych, i stworzyło przestrzeń dla ich rozwoju osobistego i zawodowego. W połączeniu z dostępnością antykoncepcji doprowadziło to do radykalnej przebudowy modelu rodziny. Kluczową grupą z technologii kształtujących generacje są jednak media. Od radia, przez telewizję, po komputery z internetem i smartfony z mediami społecznościowymi przebiegają kolejne fale zmian radykalnie redefiniujących pokoleniowe tożsamości.
Każda nowa technologia ma swoją „krzywą adaptacji” – czas, w którym przyjmuje się w społeczeństwie i przechodzi drogę od eksperymentu. Przez prototyp, nowinkę technologiczną aż do oczywistego sprzętu w każdym gospodarstwie domowym (ilustruje to wykres towarzyszący temu tekstowi). Te krzywe są coraz bardziej strome – nowe technologie adaptowane są coraz szybciej. W dodatku młodzi przyjmują nowinki chętniej niż starzy. Stąd coraz większe różnice międzypokoleniowe.
Znaczenie technologii dla danej kohorty wiekowej wyznacza to, na którym etapie jej życia owa technologia się pojawi. Kluczowy jest tu czas nastoletni. Technologie, które pojawiły się później, można wprawdzie opanować w rozsądnym stopniu, w starszym wieku nie sposób już jednak zostać „technologicznym tubylcem”.
Co istotne, technologia wpływa na nas nawet wówczas, gdy jej nie używamy. Współczesny nastolatek bez smartfona i tak wychowuje się w grupie rówieśników, którzy smartfony mają. Nie porozmawia z nimi na przerwie obiadowej, jeśli wszyscy będą mieli nosy w ekranach. Podobnie jak pięćdziesięciolatek niekorzystający z internetu będzie na co dzień oglądał telewizyjne kanały informacyjne, których treść i forma w coraz większym stopniu kształtują się pod presją mediów cyfrowych.
Niespieszni indywidualiści
Twenge wskazuje na dwa główne długofalowe trendy kształtujące zmiany pokoleniowe w ostatnich dekadach. Po pierwsze – rosnący indywidualizm kosztem kolektywizmu. W dawnym świecie ograniczonej mobilności i niewielkiego dostępu do zewnętrznych informacji bliskie relacje z rodziną i lokalną wspólnotą były kluczowe dla przetrwania. Konformizm i przestrzeganie grupowych norm okazywało się lepszą strategią niż indywidualizm i podkreślanie różnic. W ciągu ostatnich stu lat technologie dokonały tu radykalnego odwrócenia.
Drugi trend, bezpośrednio związany z pierwszym, to dominacja wolnych strategii życia nad szybkimi. Szybka strategia oznacza wczesną samodzielność i małżeństwo oraz dużo dzieci urodzonych w młodym wieku. Dziś dzieciństwo trwa coraz dłużej, decyzja o małżeństwie, jeśli w ogóle podejmowana, odkładana jest na koniec trzeciej lub wręcz na czwartą dekadę życia. Dzieci rodzą się coraz później i jest ich coraz mniej. W następstwie (statystycznie) bardziej dojrzali i zamożni rodzice mogą im poświęcać więcej czasu, co jeszcze wzmacnia ten efekt w następnych generacjach.
Zobaczmy teraz, jak w świetle dostępnych danych wyglądają z perspektywy tego modelu kolejne pokolenia.
Mapa pokoleń

Baby boomers, czyli pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Ukształtowało ich radio, muzyka z płyt i wielkie festiwale, a na nieco starszym etapie życia – telewizja. Boomerzy stworzyli świat komputerów (Bill Gates i Steve Jobs urodzili się w roku 1955), nigdy jednak nie staną się jego tubylcami. W młodości byli wyjątkowo liberalni, radykalnie kwestionujący reguły polityki i obyczajowości. Pigułka antykoncepcyjna przyniosła im bezprecedensowy czas wolności seksualnej (trwający aż do epidemii AIDS). Co ciekawe, badania pokazują, że dziś jest to pokolenie, które przeszło największy w historii zwrot ku konserwatyzmowi. Wielu boomerów zgadza się z opinią, że świat trzeba było zmienić, ale konieczne zmiany już się dokonały. W Polsce jest to głównie pokolenie odpowiadające za przełom roku 1989, które od tamtego czasu nieprzerwanie rządzi krajem. Lech Wałęsa (1943) metrykalnie jest jeszcze wprawdzie przedstawicielem końcówki tzw. cichego pokolenia, ale już Jarosław Kaczyński (ur. 1949) i Donald Tusk (1957) to stuprocentowi boomerzy.

Pokolenie X – zaskakująco często pomijane w mediach zafascynowanych sporem między boomerami a milenialsami – wychowało się na podwórku. Cechowała ich bardzo wczesna samodzielność i dużo swobody, co iksy uwielbiają wypominać młodszym. Ale w dzieciństwie mnóstwo czasu spędzili też przed telewizorami. Tyle że oglądanie było dla nich praktyką wspólnotową – jeden telewizor w domu i mało kanałów oznaczało, że wszyscy oglądali to samo i zwykle robili to w kilka osób. Pewnie dlatego dziś jest to wyjątkowo nostalgiczne pokolenie – to ich dzieciństwem karmią się dziś twórcy „Stranger Things” czy kolejnych części „Gwiezdnych wojen” albo „Indiany Jonesa”. Muzykę poznawali na MTV, a potem słuchali z kaset lub walkmanów. W Polsce to pierwsza generacja, która mogła studiować biznes i robić kariery w międzynarodowych korporacjach. Pionierzy cyfrowych technologii, a w Polsce w ogóle pionierzy biznesu. W polityce jednak muszą czekać na swój czas rekordowo długo – rosnąca długość życia i czas aktywności sprawiły, że boomerzy przez długie dekady nie ustępują im miejsc na szczycie.

Milenialsi w liceum mieli komputer z internetem, ale nie smartfona. Nie uczestniczyli aktywnie w przełomie roku 1989, ale ich młodość napiętnowały ataki z 11 września i kryzys ekonomiczny z lat 2007-08. Pionierzy mediów społecznościowych (Mark Zuckerberg) – stworzyli je, ale nie korzystali z nich w okresie dojrzewania. Muzyki słuchali z płyt CD, a później z plików mp3. W młodości pełni optymizmu, boleśnie rozczarowali się kryzysowym rynkiem pracy.

Pokolenie Z ukształtował błyskawiczny ciąg wydarzeń z lat 2005-2012. 14 lutego 2005 – otwarcie YouTube’a; 29 czerwca 2007 – premiera pierwszego iPhone’a; 9 lutego 2009 – Facebook wprowadza przycisk „like”, zmieniając media społecznościowe w maszynę do eksploatowania pragnienia akceptacji; 24 czerwca 2010 – premiera iPhone4 z kamerą skierowaną na przód – rozpoczyna się kultura selfie; 2012 – połowa gospodarstw domowych w USA ma już smartfon. To najszybsza krzywa adaptacji technologii w historii! Zetki w wiek nastoletni wchodzą więc już w epoce smartfonów. Internet jest z nimi wszędzie. Media społecznościowe i gry są dla nich naturalnym środowiskiem budowania relacji. Muzyki słuchają na YouTubie lub w serwisach streamingowych. Ich wejście na rynek pracy opóźniła pandemia covid-19.

Pokolenie alfa Jean Twenge proponuje nazwać „pokoleniem polarnym” – od polaryzacji politycznej oraz roztapiających się lodowców. Sądzę jednak, że to mogą wcale nie być kluczowe wyzwania dla urodzonych po roku 2012. Jestem niemal pewien, że to raczej AI będzie kluczową technologią, która zmieni ich życie. Będą pierwszą generacją, która w czasach licealnych będzie równie często rozmawiać z botem jak z człowiekiem, a interakcje te będą praktycznie nie do rozróżnienia. Zdjęcie czy film będą miały dla nich taką samą wiarygodność jak opowieść albo rysunek – w końcu AI może na jedno kliknięcie wygenerować dowolny obraz. Niekoniecznie będą słuchali piosenek w formie, jaką znały poprzednie pokolenia, skoro algorytmy mogą dla nich na bieżąco generować idealną muzykę dopasowaną do ich gustu, samopoczucia, a nawet rytmu serca czy wykonywanej aktualnie czynności.
Alfa będą ostatnim pokoleniem wychowanym przez ludzi, które we wczesnym dzieciństwie nie będzie prowadzić długich rozmów o życiu i przemijaniu z inteligentnym pluszowym misiem zdolnym odpowiedzieć na niemal każde pytanie. No i nie zapominajmy, że to generacja, której pierwsze świadome lata przypadły na czas maseczek, lockdownów i zdalnej nauki.
Różni w pracy
Kolejne raporty o młodych na rynku pracy pokazują ich szczególny stosunek do obowiązków zawodowych. Milenialsi pod wieloma względami byli pokoleniem rozczarowanym. Obserwując trajektorie rozwoju starszych koleżanek i kolegów z pokolenia X, mieli wygórowane oczekiwania i bardzo wysoką ocenę własnych kompetencji. Tymczasem na rynek pracy trafili w okresie kryzysu gospodarczego (2007). Dlatego w dorosłym życiu nastoletni optymizm często ustąpił u nich miejsca pesymizmowi.
Badania zarówno globalne, jak i polskie pokazują, że zetki mają jeszcze inny stosunek do pracy – niższe oczekiwania, ale i niskie przywiązanie. Nigdy nie spodziewali się wiele po życiu zawodowym, więc z łatwością i bez żalu rzucają pracę, która nie spełnia ich oczekiwań. Nie zamierzają się przemęczać. Ma to nawet specjalną nazwę. Quiet quitting, czyli „ciche rzucenie pracy”, nie oznacza, wbrew pozorom, że zetka następnego dnia nie pojawia się w biurze (choć i tak się zdarza). Zamiast tego, niczym kopista Bartleby z noweli Hermana Melville’a, odpowiadają „wolałbym nie” i po prostu odmawiają wykonywania części obowiązków, wyraźnie wyznaczając swoje granice. W polskiej wersji nazywa się to dosadnie „sprzeciwem wobec kultury zapierdolu”. Nie ma sensu się spalać, są ważniejsze rzeczy. Zetkom łatwo tak postępować, nie wierzą bowiem w związek między ciężką pracą a sukcesem w życiu. W dodatku ważniejsze niż praca i sukces są dla nich samoekspresja i wierność wartościom.
Dlatego też w pracy zetki raczej żądają, niż proszą (co starsze pokolenia uznają za roszczeniowość). Dla zetek jest to postawa uczciwa i korzystna dla obu stron. „Nie podoba nam się współpraca? Po co się męczyć? Po prostu pójdę gdzieś indziej”.
Pandemia jeszcze te różnice pogłębiła. Milenialsi pokochali pracę z domu. Dla zetek była to nierzadko w ogóle pierwsza forma pracy – innej nie poznały. Iksy i boomerzy z różnych powodów pozostają bardziej przywiązani do stacjonarności. Decyduje o tym nie tylko mniejsza biegłość w posługiwaniu się narzędziami cyfrowymi. Starsze pokolenia w większym stopniu doceniają społeczny wymiar pracy – nawiązywanie przyjaźni, wymianę informacji. Wbrew pozorom te zjawiska przekładały się na sukces firm i skuteczność studiów! Dziś wyobcowanie, fragmentacja i brak drużynowego ducha wyraźnie osłabiają jakość pracy i nauki, a także czynią je mniej satysfakcjonującymi.
Nacisk kładziony na wyrażanie siebie, w połączeniu ze wspomnieniami pandemicznej pracy z domu, zwiększył u młodych oczekiwanie tolerancji dla swobodnego stroju i zachowania w pracy. Dla zetek normalne jest spłaszczenie hierarchii i skrócenie dystansu – nie tylko prezes może mieć dobre pomysły (to akurat z kolei coś, czego – jak pokazują badania – starsi managerowie powinni się od młodszych uczyć dla dobra firm).
Zetki otwarcie krytykują swoich przełożonych. Zarazem, paradoksalnie, dla nich samych kluczowa staje się potrzeba, by uniwersytet czy miejsce pracy były bezpieczną przestrzenią. Odważnie wykazują zerową tolerancję na jakiekolwiek zachowania mobbingowe, ale zarazem w ogóle mniejszą tolerancję na wszelką krytykę, presję czasową, stres czy wręcz wydawanie poleceń.
Na tym nie koniec paradoksów. Młodzi ludzie żądają bezpiecznej przestrzeni, lecz jednocześnie oczekują, że firmy, szkoły i uniwersytety będą odważnie zabierać głos w sprawach politycznych, co z kolei przeraża boomerów i iksy zaniepokojonych „upolitycznieniem wszystkiego” oraz „cancel culture” czy „nadmierną poprawnością polityczną”.
Radykalizacji pod wpływem mediów społecznościowych uległy wszystkie pokolenia, ale najbardziej te najmłodsze, które w internecie spędzają najwięcej czasu. To tu największe okazują się też różnice związane z miejscem zamieszkania, wykształceniem, ale też płcią. W Polsce także widać to wyraźnie – młode kobiety i młodzi mężczyźni głosują dziś całkiem inaczej.
Sami w domu
Wyobraź sobie taką sytuację. Twoja córka kończy dziesięć lat, a natchniony miliarder proponuje jej udział w misji na Marsa. Twierdzi, że dziewczynka ma dobre wyniki w szkole i wiele cech osobowości, które przemawiają za tym, że będzie świetną osadniczką (nie przypominasz sobie, żebyś wysyłał do miliardera jakieś dane lub udzielał mu zgody na ich wykorzystanie). Dzieci w ogóle nadają się do misji najlepiej, ze względu na swą elastyczność. Nikt wprawdzie nie przebadał dokładnie, jak niska grawitacja, promieniowanie i zamknięcie w bazie wpłyną na ich rozwój, ale przecież nie będziemy powstrzymywać innowacji tylko z tego powodu, że nie wszystko jeszcze wiemy, prawda? Córka kocha kosmos, a poza tym wszyscy jej przyjaciele już się zapisali. Pozwolisz jej lecieć?
Od takiego eksperymentu myślowego rozpoczyna się wydana kilka miesięcy temu książka „The Anxious Generation” („Pokolenie lęku”) Jonathana Haidta. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wysłałby dzieci na marsjańską misję – argumentuje amerykański psycholog społeczny – jakim cudem więc wpuściliśmy dzieci bez nadzoru w całkowicie nieprzebadane środowisko smartfonów i mediów społecznościowych?
Bazując na pracach Twenge i jej technologicznej teorii pokoleń, Haidt analizuje niepokojące dane dotyczące wpływu, jaki na pokolenie Z wywarły media społecznościowe i smartfony. Lęk, depresja, choroby związane z odżywianiem, trudności z koncentracją i kontrolą emocji – wszystkie te zjawiska nasiliły się wśród młodzieży w bezprecedensowym stopniu. Towarzyszy temu fala samookaleczeń i samobójstw.
Im więcej czasu młodzi ludzie spędzają w wirtualnym świecie i im wcześniej się w nim zanurzają, tym silniej dotyka ich kilka poważnych problemów. Po pierwsze, brak bezpośrednich kontaktów międzyludzkich i niechęć do ich poszukiwania. Dotyczy to wszelkich rodzajów relacji: zabawy, przyjaźni, miłości, nawet stosunków seksualnych. Wizja rozseksualizowanych nastolatków, jaką proponuje nam np. popularny serial „Euforia”, jest nieprawdziwa – w rzeczywistości nastolatki i młodzi dorośli uprawiają dziś mniej seksu niż poprzednie pokolenia. Następnie deprywacja snu i fragmentacja uwagi utrudniająca skupienie się dłużej na czymkolwiek. Wreszcie – uzależnienie.
Haidt zwraca uwagę na jeszcze jeden czynnik współodpowiedzialny za kryzys psychiczny młodzieży. Nadopiekuńczy rodzice, chcąc chronić dzieci przed niebezpieczeństwem, dodatkowo zachęcają je do rzadszego wychodzenia z domu i opóźniają wiek samodzielnego poruszania się po okolicy. Dzieci najpierw rzadziej opuszczają dom, a potem granica między „w domu” a „poza domem” się zaciera.

Oprócz depresji i problemów psychicznych młodzież dotyka dziś rekordowa fala pesymizmu (zob. wykres). Po optymistycznej erze nastoletnich milenialsów rekordowo dużo młodych zgadza się ze stwierdzeniami takimi jak „świat zmierza w złym kierunku”, „zastanawiam się, czy życie ma sens”. To zapewne, przynajmniej częściowo, także efekt mediów społecznościowych, bombardujących użytkowników nadmiernie uproszczonym, posępnym obrazem świata.
Aż strach pomyśleć, co będzie z kolejnymi pokoleniami, od urodzenia otoczonymi przez smartfony, tablety i gry. Zwłaszcza gdy do zakresu sztuczek wielkich korporacji dojdzie sztuczna inteligencja umożliwiająca w zasadzie dowolną personalizację. Po co wychodzić z domu czy rozmawiać z kimkolwiek, jeśli algorytm błyskawicznie dopasuje treści na ekranie do tego, czego akurat najbardziej pragniesz?
Tu ciekawej lekcji mogłyby pewnie udzielić najmłodszym iksy. Badania pokazują, że jako młodzież też byli dość depresyjni i pesymistyczni. Wyrośli jednak na zdrowych, aktywnych dorosłych. Być może ważny udział w tym miało podwórkowe i telewizyjne dzieciństwo celebrowane z paczką przyjaciół?
Jak znaleźć mordercę
Zmyślny eksperyment przeprowadzony przez Katherine W. Phillips i jej zespół świetnie pokazuje, jak działa różnorodność. Studentów podzielono na niewielkie grupy. Niektóre z nich były jednorodne – wszyscy uczestnicy mieli podobny wiek, wykształcenie i poglądy. Inne grupy zawierały „outsiderów” – osoby celowo dobrane tak, żeby odróżniać się od reszty zespołu. Następnie każda drużyna miała za zadanie rozwiązać zagadkę kryminalną i na podstawie rozproszonych wskazówek ustalić, kto dokonał (fikcyjnego) morderstwa.
Wynik? Grupy jednorodne rozwiązywały zadania znacznie szybciej i lepiej się przy tym bawiły. Grupy z outsiderami męczyły się z zadaniami dłużej, a po ich zakończeniu nie miały ochoty podejmować kolejnych. Kluczowa różnica polegała jednak na tym, że grupy niejednorodne rozwiązywały zadanie... poprawnie! Wszystkie zagadki były tak skonstruowane, by szybko naprowadzić uczestników na fałszywy trop. Grupy jednorodne od razu ten trop podchwytywały i, wiedzione wewnątrzgrupowym konformizmem, mknęły zgodnie i szybko, tyle że w niewłaściwym kierunku. Tymczasem grupy niejednorodne były stale opóźniane przez pytania outsiderów. „A skąd to wiecie?”, „Czekajcie, bo nie nadążam”, „Gdzie tu się klika, żeby zobaczyć podpowiedzi?”.
Konieczność kwestionowania własnych założeń, wyjaśnienia ich komu innemu oraz uwzględnienie różnych perspektyw czyni nas lepszymi. W miejscu pracy, na uniwersytecie, ale też w rodzinie, grupie przyjaciół, lokalnej społeczności. Różnorodność jest trudna i bywa bardzo denerwująca. Ale umiejętnie wykorzystana daje ogromną siłę.
Ilekroć mam okazję pracować na materiale związanym z różnicami międzypokoleniowymi, zawsze myślę o tym eksperymencie. Paradoksalnie – im większe są różnice między nami, tym większą moc mogą nam dać, jeśli tylko nad dzielącymi nas przepaściami zdołamy przerzucić mosty. Odmienności wynikające z technologii i kultury pora przekuć w atut. Eliminować samotność i wykluczenie, które coraz częściej (choć w różnej formie i z różnych powodów) dotykają najmłodszych i najstarszych. Nauczyć się patrzeć na świat oczyma rodziców, dziadków, dzieci albo wnuków. Jednocześnie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















