Wyrzucili mnie ze znakomitej szkoły. Mam to wszystko dziś przemyślane, chyba wiem, dlaczego tak się stało

Na studiach jednych i drugich radziłem sobie już zupełnie dobrze, więc o smętnych trudnościach lat szkolnych długo wolałem nie pamiętać.
Czyta się kilka minut
Ks. Adam Boniecki // Fot. Grażyna Makara
Ks. Adam Boniecki // Fot. Grażyna Makara

Nie lubiłem tego tematu i do tej pory omijałem go starannie, niby dlatego, że nie mam tu nic ciekawego, nadającego się do opisania. Świetna wymówka. W rzeczywistości jednak (co teraz widzę) omijam go, bo w nim wypadam kiepsko, a właściwie całkiem źle. Teraz zresztą też nie mam zamiaru wchodzić w szczegóły. Bo po co np. opisywać, że w ostatniej klasie przed maturą byłem w innej szkole niż w poprzednich klasach? Po prostu wyrzucili mnie z poprzedniej (znakomitej) szkoły – nie za jakieś bohaterskie czyny, ale z powodu fatalnych ocen. Mam to wszystko dziś przemyślane, chyba wiem, dlaczego tak się stało (po latach człowiek sam sobie pisze usprawiedliwienia). Na studiach jednych i drugich radziłem sobie już zupełnie dobrze, więc o smętnych trudnościach lat szkolnych długo wolałem nie pamiętać.

Co ze szkoły wspominam (ile to już lat upłynęło...), co zapamiętałem? Bardzo wiele, choćby wzruszenia poezją Słowackiego. To było odkrycie. Miałem w głowie od niepamiętnych dla mnie czasów Mickiewicza. Ale Słowacki?! Nauczyłem się bynajmniej nie zadanego nam wiersza „Grób Agamemnona”. Do dziś pamiętam – niestety – tylko fragmenty. Polski prowadzony przez panią Dancewiczową znakomity. Poziom może nie tak wyśrubowany jak w poprzedniej szkole, ale z pewnością nie był niski. W każdym razie maturę zdałem. Prawdę mówiąc – nigdy dotąd się do tego nie przyznałem – matematyk, wspaniały przedwojenny nauczyciel, podyktował mi półgłosem sposób rozwiązania zadania. Wspomnienia się zacierają, nawet nazwiska wielu profesorów uleciały z nadwątlonej pamięci.

Wiem na szczęście, że jedna koleżanka – z tej ostatniej klasy – żyje. Jesteśmy w przyjaźni z Hanią... Była jedną z najlepszych uczennic, a jednak moja przyjaźń z nią, bynajmniej nie jednego z najlepszych, przetrwała. Kiepski uczeń, przybysz w ostatniej klasie, wyrzucony z poprzedniej szkoły i dołączony do grupy przez lata idącej razem – czuję się częścią tamtych wspólnot. Czuję się serdecznie jednym z nich, choć nawet nie wiem, kto z nich jeszcze żyje, nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze mnie pamięta. Nieważne. Jest taki wiersz Tuwima, który wtedy ktoś nam czytał: „Szkoło, szkoło! / Gdy cię wspominam, (...) / Oczy mam pełne łez! / Galia est omnis divisa / In partes tres”...

Ileż tym szkołom zawdzięczam... Nauczycielom duszonym – jak dziś wiemy – przez reżim. Jaką wdzięczność winien jestem ludziom takim jak np. prof. Żurawski od Reytana, który nas uczył prawdziwej historii, odczytując, owszem, z podręcznika odpowiednie fragmenty, ale odczytując je po wykładzie, który na nie uodparniał. I tym innym, którzy się nie bali, albo się bali, ale mimo wszystko pozostawali sobą.

No i lekcje religii, gorący dziś temat. Nie chodzi o to, że u Reytana uczyli jezuici. Byli jezuici wspaniali. Nie musieli uciszać licznych, powojennych klas. Była cisza, choć nie uciszali. Wszyscy uważali, choć nikt nie mówił, że należy uważać. I byli też jezuici, z pewnością zacni i wykształceni, którzy śmiertelnie nudzili. Na ich lekcjach odrabiało się inne lekcje. Uciszali, wzywali do uwagi. Daremnie. Był też (w ostatniej mojej szkole) ksiądz z pobliskiej parafii. Niestety fatalny, to nie była żadna nauka. Przed laty rozmawiałem o tym z kolegą, który został biskupem. Twierdził, że każdy ksiądz jest z natury powołania właściwym katechetą. Kolega (ten biskup) już nie żyje, więc odpowiadam mu w zaświaty: na pewno nie każdy. Uczenie religii wymaga talentu i wiedzy. Inaczej... sami widzicie, co się dzieje.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Pierwszy dzwonek, ostatni dzwonek