Komunikat o błędzie

Aby zalogować się do tej strony, twoja przeglądarka musi akceptować cookies z domeny www.tygodnikpowszechny.pl.

Spacery po Warszawie na pięć nowych sposobów

Czytanie i spacerowanie mają ze sobą wiele wspólnego. Właśnie dostaliśmy pokaźny zestaw pisarskich przewodników po Warszawie. I przegląd sposobów jej przeżywania.
Czyta się kilka minut
Rondo Wiatraczna w Warszawie // Fot. Adobe Stock
Rondo Wiatraczna w Warszawie // Fot. Adobe Stock

W to, że przez łyk wina można się dostać do pejzażu, jesteśmy w stanie uwierzyć. Ale żeby się dostać przez literaturę do krajobrazu – no jak? Okazuje się, że są na to świetne sposoby.

Spaceruje się zawsze samotnie

„Plan miasta to opowieść z mnóstwem bohaterów” – napisał w książeczce o warszawskim Kamionku Marcin Wicha, mając na myśli to, że każda z rozrysowanych na mapie ulic ma cel, do którego dąży. Czasem ten cel jest widoczny tylko w kształcie ulicy albo jej nazwie. Co prawda, Hipoteczna prowadzi wciąż do gmachu Hipoteki, ale po wytwórni krochmalu przy Krochmalnej nie ma już śladu.

Uruchamianie odtwarzacza...

Tak czy owak, czytanie i spacerowanie mają ze sobą wiele wspólnego. Wiadomo: po tekście można wędrować tak, jak spacerujemy sobie wiosną po coraz intensywniej zielonym mieście (wokół Domu pod Królami przy Hipotecznej zrobiło się naprawdę pięknie). Można chodzić wzdłuż i wszerz mapy, z przedmieść do centrum, od jakiegoś początku do wybranego końca. Ale można też spacerować i czytać zupełnie inaczej, wracając wciąż w to samo ulubione miejsce (na pączki do cukierni przy Krochmalnej).

Z klasyczną powieścią bywa nieco trudniej niż na przykład ze zbiorem opowiadań. Za to w książkach eseistycznych czy poetyckich łatwo wybrać własne kierunki lektury. Możemy za każdym razem tworzyć nowe połączenia między pojedynczymi tekstami, drogi na skróty, ścieżki w poprzek trawnika. Poza tym, co tu kryć: każdemu zdarza się przeskakiwać strony z opisami przyrody i charakterystykami postaci, by czym prędzej podążyć za akcją. Bo w opowiadaniu (jak w mieście) zawsze istnieje czytelnik (przechodzień) i ten czytelnik (przechodzień) jest kimś, kto stwarza swoje własne trasy lektury (mapę spacerów). Na tym cała ta zabawa w gruncie rzeczy polega.

Można sobie wśród literek dowolnie błądzić, można się gubić w rozwidlających się ścieżkach przypisów. Wreszcie: zapomnieć, skąd przyszliśmy, kiedy na moment zaśniemy, a książka wypadnie nam z rąk, zatrzaskując się na dywanie. Można wiele razy przechodzić przez ten sam akapit, zanim dotrzemy do właściwego miejsca, w którym zrozumiemy, co autor miał na myśli. Tak samo miasto – ono też może być, jak śpiewała Maria Peszek, „na rogatkach niejasne”, bałaganiarskie, a „w centrum wyjaśnione”.

Są pisarze, którzy specjalnie budują swoje powieści tak, jakby rysowali mapy. Są tacy, którzy wklejają mapy i zdjęcia prawdziwych albo zmyślonych miejsc do swoich książek. Inni dzielą tekst na fragmenty i każą nam skakać między rozdziałami, jakbyśmy podróżowali w czasie albo żyli przez chwilę w świecie równoległym.

Co ciekawe, spaceruje się właściwie samotnie, nawet jeśli ktoś nam podczas spaceru towarzyszy. Nie trzeba za dużo podczas spaceru mówić. A jak się już mówi, to zawsze jakoś tak intymniej niż w innych okolicznościach. Samotnie się też w gruncie rzeczy spędza czas nad książką. Na czym więc polega ten fenomen bezinteresownych, bezcelowych czynności – przechadzki i lektury?

„W tamtym czasie dużo chodziłem – zdradza na pierwszej stronie książki o warszawskim Grochowie Marek Bieńczyk – nie miałem do łażenia powodów, lecz znałem jego przyczyny”. Czy rzeczywiście? Chodźcie, sprawdzimy.

Życie jest podróżą, ale jak złapać kierunek?

Być może pierwszy był Jan Jakub Rousseau, który w „Przechadzkach samotnego marzyciela” opisywał czytanie jako doświadczenie bliskie spacerowi – wolne, kontemplacyjne, prowadzące do poznania siebie. Potem byli romantyczni Anglicy, poważni Niemcy i naćpani Amerykanie ze swoimi powieściami drogi. Taki Leopold Bloom u Jamesa Joyce’a spaceruje sobie po Dublinie, a jego wędrówka odtwarza strukturę „Odysei” Homera. Czy można jeszcze bardziej skleić literaturę z przestrzenią?

To doprawdy dziwne, że geopoetyka jako poważna literaturoznawcza kategoria narodziła się ledwie trzy dekady temu. Termin zaproponował szkocki poeta Kenneth White. Wtedy dopiero specjaliści od literatury zaczęli na dobre badać, jak książki (w szczególności te z opisem wędrówek) pomagają nam w wywoływaniu obrazów przeszłości.

Czytając teksty specjalistów od geopoetyki można się natknąć na porównanie narratora do kartografa, który pisząc – na przykład esej o dzieciństwie – nadaje swojemu życiu kształt mapy. W ten sposób opowieść może być formą praktykowania przestrzeni. Biografia-mapa jest efektem pojmowania życia jako podróży i wyznacza kierunek wspomnień. To rodzaj matrycy pomocnej w przemieszczaniu się między zapamiętanymi miejscami. Trudne? Spróbuję trochę jaśniej.

Jeśli oglądaliście na przykład piąty odcinek nowego sezonu „Czarnego lustra” na Netfliksie, będzie mogli to sobie łatwiej wyobrazić. Otóż bohater tej opowieści, starszy samotny mężczyzna imieniem Phillip, podróżuje po swoim życiu poprzez obrazy młodzieńczych wspomnień. Stare zdjęcia stają się portalem do przeszłości, którą Phillip zwiedza na nowo – z całym bagażem aktualnych życiowych doświadczeń. Odświeżone w ten sposób, ale też poszerzone o nowe refleksje i odkrycia, a następnie nagrane na specjalne urządzenie wspomnienia stają się opowieścią, którą Phillip może podzielić się z innymi – zupełnie, jakby napisał książkę.

Po poznaniu historii pana Phillipa łatwiej zrozumieć ideę geopoetyki pana White’a, który swoje literackie wędrówki definiował jako możliwość poznania miejsca nie tylko w jego geograficzno-przyrodniczym wymiarze, ale też w powiązaniu z wrażeniami estetycznymi, emocjami oraz intelektualną, racjonalną refleksją.

Dlaczego Grochów jest rozrzutny

Na ścieżce moich lektur pan White pojawił się razem z Markiem Bieńczykiem. Ściślej: Bieńczyk mnie do tego szkockiego poety zaprowadził przez warszawski Grochów, a dokładnie – przez „Rondo Wiatraczna”. Wcale zresztą o Szkocie w swojej książce nie wspominając, bo u Bieńczyka cała ta geopoetyka pojawia się bez żadnej pompy i historycznoliterackich przypisów.

Ot, narrator z przyjacielem słuchają sobie utworu „Géopoétique” francuskiego rapera MC Solaara. Sporo świata można zobaczyć w tekstach, rapuje Solaar, a Bieńczyk wtedy objaśnia kumplowi, że według tegoż artysty słowo jest połączone z widokiem, więc przez literaturę można się dostać do pejzażu. No nie, myślę sobie, że przez wino można się dostać do pejzażu, jestem w stanie Bieńczykowi uwierzyć – w końcu udowodnił kiedyś na tych łamach, jak się „pije wstecz”. Ale że przez literaturę do krajobrazu? Jak?

Należałoby więc uznać, że czytać tak, by widzieć krajobraz, znaczy wiedzieć, że to, co czytamy, jest kolejnym (to ważne!) tekstem wyrosłym z konkretnego miejsca. To jego przeszłości tekst zawdzięcza swój styl i charakter. Trzeba więc dobrze poznać tego miejsca specyfikę, jego terroir, choć raz je zobaczyć. Zapamiętać, jak pada światło, poczuć wilgotność, pogrzebać w ziemi. Nie ma dwóch winnic, które miałyby ten sam terroir. Jak jest z dzielnicami miasta? Bieńczyk pisze: „Wolałem czytać książki jako pośredni efekt pejzażu, jako spełnienie w innej sferze geograficznego środowiska. Geopoetyka, definiowałem na własny użytek, czyli tak napisany tekst, że widać w nim, przełożone na inny język, ślady naturalnego i ludzkiego ukształtowania terenu”.

Tekst, po którym widać ukształtowanie terenu. Czy dałoby się zatem rozpoznać po stylu Bieńczyka, że opisywany przez niego Grochów to naprawdę Grochów? Jaki aromat musi mieć ta historia i jaki finisz? Słowem: jak pokazać na przykład majowy spacer ulicą Kaleńską na późne niedzielne śniadanie do Pobudki? Marcin Wicha odpowiedziałby, że to trudne, według niego Grochów lubi takie słowa jak „nieprzenikniony”. Na Grochowie „wszystko może się przydać, każda rzecz jest interesująca, a wszystkie są powiązane i tworzą wielką grzybnię”. Tak, Grochów jest rozrzutny, wydaje na głupoty.

Akcja dogaszania pożaru kamienicy przy ul. Wileńskiej 11 w Warszawie, 12 października 2024 r. // Fot. Leszek Szymański / PAP

O czym trąbi rondo Wiatraczna

Kiedy pierwszy raz przejeżdżałam autem przez rondo Wiatraczna, porządnie mnie strąbiono – począwszy od alei Stanów Zjednoczonych, którą na rondo wjeżdżałam, aż do skrętu w prawo w aleję Jerzego Waszyngtona, którą z ronda wyjeżdżałam. Nie to, że narzekam na warszawskich kierowców, sama byłam sobie winna. Chcąc przyjrzeć się dokładnie reklamom rozwieszonym na galerii Grochów, ruszałam na światłach z opóźnieniem niestosownym zupełnie dla nerwowego, poniedziałkowego popołudnia. Przypomniało mi się wtedy, że na początku lat 50. zastanawiano się, czy nie zbudować tutaj Pałacu Kultury – wspomina o tym Wicha.

Dwupłatowy samolot krążył wtedy nad Grochowem, a „specjalna komisja mrużyła oczy próbując sobie wyobrazić dom takiej wysokości”. No więc ja też mrużyłam oczy i patrzyłam przez szybę nie samolotu co prawda, tylko auta, ale niedługo, bo ulica krzyczała, żebym się tak więcej nie gapiła. „Halo, my tutaj załatwiamy sprawy i lecimy dalej” – wołało rondo. I słusznie wołało, bo świat naprawdę pokazuje nam się tylko wtedy, kiedy jesteśmy zajęci własnymi sprawami. To zresztą nie moja myśl, a lekcja warszawskich poetów. Na prawobrzeżną Warszawę należy zerkać kątem oka, w przelocie. Nic dziwnego, że Bieńczyk charakter tego miejsca streszcza cudownie barokowym mianem „rozpierduchy”. Otóż ta właśnie specyficznie grochowska rozpierducha wytworzyła na rondzie Wiatraczna „formy niejasne i sprzeczne, odwodzące od stabilizacji, rozjuszające powierzchnię i siejące niepokój”.

Bieńczyk wielokrotnie wiedzie na manowce, wyprowadza w maliny i robi nas w konia. Narrator zmyśla i nawet tego specjalnie nie kryje. Ale jego opowieść, zgodnie z prawami ronda, zdaje się wciąż zakręcać, powracać do tego samego miejsca, robić pętle i zawrotki, trąbiąc przy tym na czytelniczkę, by nie zasiedziała się w jednym miejscu. No to jazda, na Powiśle.

Róg Kruczej i Nowogrodzkiej

Arek Kowalik zaczyna w „Dźwiękach ptaków” swoją opowieść od kamienicy przy Nowogrodzkiej 12. Nie ma tu Warszawy przed- ani tużpowojennej, ruderalnej, jak w książce „Drugie życie czarnego kota” Stanisława Łubieńskiego. Nie ma starożytnych czasów Uniwersamu Grochów, jak u Bieńczyka. Jest nowe Powiśle, są wegańskie knajpy ze skrzydełkami z boczniaka, kawiarnie z lawendową latte, wieczory na schodkach i pikniki w parku Szczęśliwickim.

Jeśli Wergiliuszem Grochowa był MC Solaar, Arek Kowalik w pierwszym opowiadaniu proponuje innego śpiewającego specjalistę od geopoetyki – Taco Hemingwaya. Zresztą zacznijmy od tego, że debiutancki zbiór opowiadań młodego fotoedytora i redaktora magazynu „Mint” jest podzielony na stronę A i stronę B, a na Spotify ma swoją playlistę. C’est de la géopoétique!

Bohater jednego z opowiadań jest dość popularnym w mieście raperem. Rap w końcu bardzo dobrze nadaje się do opowiadania miasta, urodził się przecież w blokach na Ursynowie. Oddaje energię, tempo, język i jego krajobraz. Kowalik jednak – inaczej niż Dorota Masłowska – nie próbuje opowiadać Warszawy poprzez rymy. Jeśli już, robi to poprzez dźwięki. Jest obserwatorem, miejskim ornitologiem, który chwilowo obserwuje i podsłuchuje różne gatunki ludzi-ptaków zamieszkujących Warszawę albo szukających tu dopiero swojego gniazda, punktu zaczepienia.

Czytajcie ich w parze: Kowalik i Łubieński są jak dr Jekyll i pan Hyde. Pierwszy wchodzi w sobotni tłum Tamki, drugi opuszcza mieszkanie tuż nad ranem, gdy ulice są zupełnie puste. Jekyll jest ciekawy ludzi, Hyde od ludzi stroni, woli iść na cmentarz, poczytać imiona, policzyć lata. Kowalik patrzy do góry, w okna, Łubieński grzebie w ziemi, zbiera robale, brodzi na bagnach. Ucieka z wesela kolegi w trzcinowiska, by posłuchać świerszczaka i derkacza. W niektórych dzielnicach obywa się „bez budynków i ulic, bez rond, bez przystanków”, spacerując wyłącznie szlakiem ulubionych drzew. Kowalik to dla niego rdzawy ptaszek z szaroniebieską główką.

Nasz Kowalik opowiada co prawda Warszawę młodych ludzi związanych z tzw. sektorem kreatywnym, ale też lubi dorzucać w swoich tekstach różne gatunki skrzydlatych. Nie ma tu typowej dla wielkomiejskich historii satyry, przeciwnie – jest prawdziwy ból, są zawody miłosne, samotność i trochę fantazji, gdy jeden z bohaterów spotyka na stacji metra kobietę, która zgubiła nogi (może to nordycka bogini Hel albo japońska Yuki-onna?).

Trudno się z Kowalikiem rozstać, po tych wszystkich wspólnych tygodniach czuję, jakby był moim kumplem. Dzięki temu, że go poznałam, inaczej spaceruję po Warszawie, częściej przyglądając się tym, którzy samotnie siadają w kawiarniach – ptasio wpatrzeni w zielone okruchy sernika z matchą.

Człowiek, któremu nic się nie podoba

No to jazda, teraz piętnastką na plac Wilsona. Jeśli naprawdę szukacie ironisty, umówcie się z Krzysztofem Vargą, na przykład na spacer z psem w parku Żeromskiego. Nie zapomnijcie przy tym mocno go uściskać, wszak solidnie oberwało mu się za ostatnią książkę. Za co? Ponoć ten „podstarzały pisarz i felietonista” reprezentuje sobą wszystko to, co kojarzy się z dziaderstwem i boomerstwem: nie tylko brak czułości, ale też mizantropię, seksizm i defetyzm. Słowem: nic mu się nie podoba.

Plac Wilsona w Warszawie // Fot. Adobe Stock

„Niełatwo powiedzieć wprost, o czym jest ta książka” – pisze jedna z recenzentek „Śmiejącego się psa”, a ja myślę sobie, że to dlatego, że zbyt wiele rzeczy, w tym literaturę, zaczęliśmy brać tak bardzo serio, że zgubiliśmy umiejętność odczytywania ironii.

Tymczasem nowa warszawska książka Vargi to ironiczna przypowiastka o starości beznadziejnie uganiającej się za młodością. Czy potrzeba więcej, by napisać powieść, której akcja rozgrywa się w stolicy? Autor kpi sobie z bardzo długiej tradycji tego typu pościgów, sięgającej przecież romantycznej postaci Don Juana. Romantyków (a byli to – jak Byron, Keats, Shelley – przede wszystkim ludzie dwudziestoletni) w ogóle prześladował demon głodu, wciąż było im mało, wciąż dążyli ku temu, by mieć więcej (wiedzy, doświadczeń, namiętności). Ta potrzeba wykraczała przecież daleko poza kalkulacje związane z racjonalnością i celowością, dlatego z czasem romantyzm zaczęto kojarzyć z tym, co szokujące, zakazane, nieodpowiednie dla dobrze ułożonych mieszczan. Może dlatego niełatwo powiedzieć wprost, o co chodzi Krzysztofowi Vardze. Poza tym, że do romantycznych pragnień wraca i się nimi ironicznie bawi.

A Stary Żoliborz, po którym spacerujemy sobie z psem Ziutkiem, to rzeczywiście całkiem niezłe miejsce na tego typu przygody. Kto chce się nimi zajmować, kto chce ruszyć za instynktem trwania, musi się przenieść z miasteczka Wilanów na Stary Żoliborz. Tylko tam można się dziś oddawać pogoni starego za nowym. I tylko tak można zobaczyć, że plan miasta to naprawdę opowieść z dużą liczbą bohaterów.

To co? Na zdrowie!


okładki do tekstu "Spacery po Warszawie na pięć nowych sposobów" Moniki Ochędowskiej

Marek Bieńczyk, Rondo Wiatraczna, Karakter 2025

Arek Kowalik, Dźwięki ptaków, ArtRage 2025

Stanisław Łubieński, Drugie życie czarnego kota, Agora 2025

Krzysztof Varga, Śmiejący się pies, Czarne 2025

Marcin Wicha, Agnieszka Rayss, Kamionek, Muzeum Warszawy 2025
 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Osad Grochowa, finisz Powiśla