Warszawa, najlepsze miasto do życia

Otwarta, dynamiczna, aktywizująca – mówią teraz o niej mieszkańcy. Jedyną stałą cechą Warszawy jest zmiana. To nigdy nie będzie miasto mieszczańskie, osiadłe, lecz tygiel.
z Warszawy
Czyta się kilka minut
Centrum Warszawy, tzw. „patelnia". 15 kwietnia 2024 r. // Fot. Michał Dyjuk / Forum
Centrum Warszawy, tzw. „patelnia". 15 kwietnia 2024 r. // Fot. Michał Dyjuk / Forum

Mija dwadzieścia lat od mojej przeprowadzki z Krakowa do Warszawy. Pretekst dobry jak każdy inny, by przyjrzeć się, jak wygląda teraz największe polskie miasto (według oficjalnych statystyk 1,8-milionowe), które oglądałam przez ten czas jako mieszkanka, a czasem – przewodniczka, która pokazuje Warszawę przyjezdnym.

W warszawskich początkach (pierwsze mieszkanie na Mirowie, praca na Muranowie), prócz mapy towarzyszyły mi trzy świeżo wydane wówczas książki  ze słowem „przewodnik” w nazwie: monografia „Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście” Barbary Engelking i Jacka Leociaka, zbiór rozmów o Warszawie z warszawiakami „WAW. W poszukiwaniu centrum. Miejski przewodnik” oraz konwencjonalny bedeker „Warszawa i okolice” Adama Dylewskiego. Kupiłam ze względu na zdanie otwierające książkę. Brzmiało: „Warszawa jest kobietą”.


Ten artykuł znalazł się w wydaniu specjalnym Tygodnika Powszechnego „Made in Polska” – do kupienia w punktach z dobrą prasą, salonach prasowych oraz w naszym sklepie internetowym >>> 

Dla subskrybentów cyfrowych wszystkie treści z wydania specjalnego dostępne są w serwisie Made in Polska >>> 


Warszawa kiedyś i dzisiaj

Taką personifikację narzuca nie tylko żeńska forma nazwy i symbol stolicy, jakim jest widniejąca w jej herbie syrena, lecz i demografia – na 100 mieszkańców przypada tu 117 mieszkanek. Jednak gdyby nadal trzymać się tego hasła, to z pewnością nie przez pryzmat rzekomo „typowych” dla kobiet cech, co sugerował dwadzieścia lat temu autor przewodnika. Warszawa jako kobieta miała być nieprzewidywalna, zmienna, chimeryczna w nastrojach, przyciągająca i odpychająca zarazem.

Sama ujęłabym rzecz inaczej: Warszawa, jaką poznawałam wtedy, była jeszcze niepewna własnej atrakcyjności, zerkająca co chwila do luster, sycąca się każdym komplementem, zwłaszcza porównaniami z Berlinem, co z tego, że mało trafnymi. Pokutowała bowiem opinia o niej jako mieście zimnym i smutnym, odbudowanym w duchu stalinowskim. Niegościnnym, przejezdnym i anonimowym. Oceniano ją bezlitośnie, a punktem odniesienia do tych ocen, bagatelizujących historyczne uwarunkowania, były miasta piękne klasyczną urodą, pozbawione kompleksów.

Dzisiejsza Warszawa-kobieta to taka, która czuje się pewnie, świadoma, że daleko jej do stereotypowo pojmowanej kobiecości. Okrzepła, wie, czego chce, na nowo dyktuje warunki. Od tamtego czasu nauczyła się czerpać siłę z braków i stworzyła własne mity, utrwalając je w powszechnej świadomości: miasto zgruzowstałe, miasto dwóch powstań, miasto nieoczywiste, najlepsze miasto świata.

Pomagała jej w tym przede wszystkim kultura, zarówno oddolna, jak i oficjalna. To za sprawą artystów nowe pokolenia przybyszy zapałały wolą i ochotą do swoistej warszawskiej archeologii, rozkodowywania znaczeń wpisanych w chaotyczne na pozór warstwy budynków i ulic. Zachęcano do tego oddolnie, spontanicznie, prowokując i zarazem dowartościowując miasto poprzez grę z tymi elementami miejskiego krajobrazu, które uchodziły za nieciekawe, a wręcz niechciane.

Nowo otwierane instytucje kulturalne odwoływały się do tożsamości stolicy, opartej w dużej mierze na wciąż obecnych w niej śladach II wojny światowej – podziurawionych kulami murach kamienic, wszechobecnych tablicach pamiątkowych sygnalizujących miejsca straceń, pojedynczych pogettowych ostańcach, ale nawet całej modernistycznej siatce ulic nałożonej na starą, zniszczoną tkankę.

W Muzeum Powstania Warszawskiego nawet sceptycznie nastawieni do decyzji AK-owskich dowódców robili sobie zdjęcia pod Liberatorem; niedługo potem zaczęło działać Muzeum Polin. Fascynacja trudną historią przełożyła się z kolei na odkrywanie międzywojnia i modernizmu jako klucza do chaotycznej urbanistyki współczesnej Warszawy.

Przy okazji oswoić dał się nawet socrealizm wraz ze swym najefektowniejszym ucieleśnieniem, Pałacem Kultury i Nauki, długo budzącym kontrowersje.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Zachód słońca nad Warszawą. 1 sierpnia 2024 r. // Fot. Robert Neumann / Forum

Zdaniem samych mieszkańców, Warszawę odróżnia od innych miast połączenie zainteresowania przeszłością z otwarciem się na przyszłość. Dominująca w pierwszej dekadzie XXI wieku opowieść o wojennej apokalipsie, odmierzana obchodami kolejnych rocznic, schodzi już stopniowo na dalszy plan, być może też wskutek zmęczenia nadreprezentacją tych wątków w oficjalnym wydaniu za czasów poprzedniego rządu.

Ta pamięć musiała skonfrontować się z wojną za wschodnią granicą, choć tłumy uchodźców z Ukrainy na warszawskich dworcach przywołały znów dobrze znane obrazy z historii. Za to etos racjonalnej odbudowy trzyma się mocno, nawet w kontekście rosyjskiej agresji zyskał nowy wymiar. Daje nadzieję na przyszłość mieszkańcom z ukraińskim paszportem. 

Co ciekawe, warszawiacy rozróżniają dziś trzy różne centra: funkcjonalne (Śródmieście), społeczno-rozrywkowe (Pałac Kultury i Nauki oraz „patelnia” – plac przed wejściem na stację metra Centrum) oraz symboliczne (Starówka). Pałac, wygrywający dziś w konkursach na symbol miasta, obrósł patyną i na tle otaczających go wieżowców zdaje się nobliwym zabytkiem, muzeum historii powojennej Polski. Otaczający go Plac Defilad, który mógłby posłużyć za studyjny przykład największych warszawskich wyzwań, też zmienia się, zielenieje. Na pierwszy plan w tym umownym centrum, którego tak naprawdę stolica wciąż nie ma, wysuwa się zaś już nie „Pekin”, a nowa siedziba Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Funkcje niby podobne, a jednak znaczące przesunięcie akcentów w przestrzeni i świadomości.  

Brama do miasta

Najlepszą ilustracją drogi, jaką przeszła Warszawa przez ostatnie dwie dekady, jest Dworzec Centralny. Kto pamięta, jak jeszcze niedawno w jego podziemiach można było kupić nielegalnie mięso, zaś warszawiacy z wyboru żartowali, że gdy już nie przeszkadza ci smród Centralnego i nie gubisz się w jego czeluściach, stałeś się warszawiakiem prawdziwym?

Jeśli bramą do miasta są dworce, odpowiedzialne za pierwsze wrażenie, tu zmianę widać najwyraźniej. Za moment, po czterech latach budowy, rolę najnowocześniejszego dworca w Polsce przejmie nowy Zachodni, z wyglądu krewny przestronnych lotniczych terminali, zacierając niechlubne wspomnienie poprzednika i jego ciasnoty, podziemnych przejść budzących klaustrofobię i smaganych wiatrem peronów.

Za Centralnym czy Zachodnim z przeszłości trudno tęsknić, ale tamta pierwsza dekada XXI wieku budzi sentyment. Miasto, na którego wizerunku w pierwszych latach po transformacji ciążyło zrazu niechętne wyobrażenie o pieszczoszku władz i siedzibie PRL-owskiej burżuazji, strząsało z siebie właśnie kolejne, nośne medialnie wcielenie centrum szybkich karier i pieniędzy, jakim stało się wówczas, na fali marzeń o stolicy polskiego kapitalizmu.

 Okazuje się, że to był świetny czas, szczególnie jeśli było się świeżo przyjezdnym, miało po 20-40 lat i naturę eksploratora. Wokół aż buzowało, co rusz otwierano jakieś nowe, alternatywne miejsce (bogactwo ówczesnej warszawskiej sceny klubowej przypomina wystawa „Euforia” w Muzeum Woli). Przybywało też nieodłącznie związanych z miejskim życiem przyczółków w postaci klubokawiarni, barów, sklepów i restauracji, odbierając pod tym względem krakusom pretekst do prawienia Warszawie złośliwości. Bywało dziko, chaotycznie, po omacku, ale tkwiły w tym entuzjazm i gorliwość. Stąd może tak częste i wyświechtane odwołania do berlińskiej rzeczywistości tuż po upadku muru.

Teraz dochodzi do przesunięcia akcentów. Jest bardziej estetycznie, miejscami nawet światowo, podobnie jak w innych stolicach, które upodabniają się do siebie szybciej w czasach globalnych przepływów. O niebo dogodniej dla rowerzystów, którzy zyskali kilometry nowych ścieżek, i coraz przyjaźniej dla pieszych, choć z początku internet rozgrzewał się do czerwoności po każdym tekście postulującym ograniczenie ruchu samochodowego czy dostosowanie ulic do potrzeb słabszych użytkowników. Doszła druga linia metra, a rozbudowana sieć stołecznej komunikacji działa bez większych zarzutów, co zauważają sami mieszkańcy w badaniach.

Pęd za elegancją, porządkiem, nowoczesnością, a nawet normalnością w wydaniu zachodnioeuropejskim sprawił też, że znikają miejsca uważane za mało reprezentacyjne, bałaganiarskie, postrzegane jako wstydliwe, choć jakoś dla Warszawy, rozpiętej między Zachodem i Wschodem, charakterystyczne: zakamarki, nieużytki, knajpy na każdą kieszeń, targowiska, warsztaty, a nawet tradycyjne księgarnie.

Przykładem może być „Szlak Orlich Gniazd”, czyli barów piwnych nad Wisłą, zastąpionych modniejszymi lokalami. Zdążyło też zniknąć trochę modernistycznych zabytków, nim powszechnie uznano ich wartość. Połacie ziemi niczyjej, dzikie chaszcze, pawilony i nieużytki ustępują miejsca placom budowy i starannie zaprojektowanym łąkom kwietnym.

Powiśle, które miało ambicje bycia warszawską dzielnicą uniwersytecką i enklawą, zmienia się częściowo w odgrodzone bastiony nowej deweloperki, stawiane ciasno, byle z widokiem na Wisłę. Ci, których stać na czynsz tutaj, niekoniecznie poszukują kaletnika czy magla.

A już kompletne czary-mary odchodzą na Woli, w części nazywanej Dzikim Zachodem, gdzie całkiem niedawno przecież można było jeszcze odnaleźć miejsca akcji „Złego” Tyrmanda. Ostańce i fabryczki znikają wśród szklanych wieżowców i bloków-gigantów w stylu azjatyckim, mieszczących biura i mikrokawalerki na wynajem, sieciowych supermarketów i barów.

W 2007 r. cena metra kwadratowego mieszkania w Śródmieściu wynosiła 7-9 tysięcy złotych za metr, dziś w niektórych rejonach centrum jest już trzykrotnie wyższa. Na rynku wtórnym bariera 18 tys. zł za metr pękła już kilka lat temu. Widać coraz więcej osób w kryzysie bezdomności, mieszkających w parkach, przenoszących swój dobytek z miejsca na miejsce, śpiących na kartonach.

Miasto rozlewa się coraz bardziej na peryferia, usługi drożeją, coraz dłuższe stają się kolejki do służby zdrowia, przedszkoli, a nawet restauracji w weekendy. Niektórzy nie wytrzymują tempa tych zmian i przenoszą się, choćby do Łodzi, z której dojazd koleją zajmuje mniej więcej tyle samo, co z duszących się w korkach i smogu niektórych warszawskich przedmieść. 

Nie ma jednej Warszawy

Otwarta, dynamiczna, aktywizująca – mówią teraz o Warszawie sami mieszkańcy (w badaniach zrealizowanych przed dziesięciu laty przez stołeczny ratusz i Muzeum Warszawy). Jedyną stałą cechą Warszawy jest zmiana – powtarzali rozmówcy przewodnika „WAW. W poszukiwaniu centrum”. To nie jest i nigdy nie będzie miasto mieszczańskie, osiadłe, lecz tygiel. Mieszają się różne zwyczaje, wzorce i języki, dlatego medialnie chwytliwy obraz stolicy jako pola walki między „warszawiakami” a „słoikami” nigdy nie będzie prawdziwy, co też potwierdzają badania. Zwłaszcza że pojęcia takie jak „moje miasto” we współczesnym świecie straciły na znaczeniu, zmalała plemienność, szczególnie w klasie społecznej, która decyduje o wizerunku stolicy. Mogą mieszkać w kilku miejscach naraz, przemieszczać się nieustannie, brać dla siebie trochę z tego, trochę z tamtego.

Różnorodna, otwarta, liberalna – cechy typowe dla większości europejskich stolic. Tuż po transformacji najczęściej przywoływanymi w tym kontekście przykładami były targowisko na Stadionie Dziesięciolecia i osiedle Za Żelazną Bramą, zdominowane przez wietnamską społeczność. Dziś w tym tyglu coraz częściej słychać języki ukraiński i białoruski, a wśród Azjatów widać przybyszy z Indii, Bangladeszu, Bliskiego Wschodu.

Nie ma też jednej Warszawy, każdy widzi ją i doświadcza po swojemu, zależnie od wieku, płci, stażu zamieszkania, społecznego statusu, wykonywanego zajęcia, trybu życia, dzielnicy, a nawet sposobu poruszania się – by wymienić tylko kilka najbardziej oczywistych czynników. Perspektywa kogoś takiego jak ja – osoby bezdzietnej, wolnego zawodu, która całe warszawskie życie spędziła w różnych częściach Śródmieścia i bez prawa jazdy – może mieć tylko trochę wspólnego z miastem oglądanym z perspektywy pracownika kancelarii prawnej, rodziny z szeregowca na Tarchominie, zasiedziałych mieszkańców praskich kamienic, lokatorów mieszkań komunalnych na zasiłku czy studenta wynajmującego kawalerkę w Ursusie.

Rave w obronie budki z zapiekankami Lussi. Warszawa, Aaleje Jerozolimskie, 9 marca 2024 r. // Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Nieoczywista, zaskakująca na każdym kroku, pełna kontrastów – to inne powtarzające się od lat przymiotniki określające Warszawę. Charakterna z niej dziewucha, jak bohaterki opowiadań Sylwii Chutnik. To też przyciągnęło mnie do niej przed laty. I  nadal nie wyobrażam sobie w Polsce lepszego miejsca dla siebie niż stolica. Zgodni pod tym względem są zarówno mieszkańcy Białołęki, peryferyjnej i kiepsko skomunikowanej z centrum dzielnicy uchodzącej za sypialnię dla nowo przybyłych, których nie stać na lokum w lepszej lokalizacji; jak i ci z Woli, małej ojczyzny pierwszej fali migrantów, przybyłych do stolicy w latach 50. XX w., i postrzeganej jako bardziej zasiedziała, choć z robotniczej przeobraża się z wolna w dzielnicę nowego przemysłu. Związek z Warszawą nie jest już czymś, czego można się wstydzić.

Charakterność Warszawy i przywiązanie do niej najbardziej widać w poszczególnych dzielnicach, a nawet w poszczególnych kwartałach, bo w mieście bez wyraźnego centrum lokalność to słowo klucz. Miejską tożsamość definiuje związek z najbliższym otoczeniem – najczęściej osiedlem lub dzielnicą.

Niewykluczone więc, że pozytywny odbiór okolicy, którą po przeprowadzce do Warszawy wybrało się jako miejsce do życia, zmiękcza perspektywę spojrzenia na miasto jako całość. Choć sporo też w tych wynikach niekonsekwencji: według Barometru Warszawskiego od paru lat sukcesywnie maleje zainteresowanie bieżącymi sprawami miasta. A przecież nowe ruchy miejskie, oddolne inicjatywy, które eksplodowały dekadę temu w całej Polsce, najbardziej widoczne były właśnie w stolicy.

Mieszkańcy i mieszkanki nauczyli się brać sprawy we własne ręce, pokazując urzędnikom, co jest dla nich najważniejsze, choćby poprzez spektakularną obronę osiedla Jazdów przed zabudową. Dzięki temu turyści z zachodnioeuropejskich stolic odwiedzający Warszawę nie kryją podziwu, że udało się ocalić wart miliony złotych teren w reprezentacyjnej części Śródmieścia jako enklawę drewnianych fińskich domków otoczonych zielenią.

Zielone miasto

Oprowadzając po Warszawie gości, zamiast pokazywać im budynki i place, teraz ciągnę ich w chaszcze i powtarzam za Haliną Skibniewską, że Skarpa Warszawska, a ściślej jej zielone zbocza o historii sięgającej dawnych epok, chronione przed zabudową, to najlepsze, co się przydarzyło miastu po wojnie i fenomen na skalę europejską.

Pokazuję im Jazdów, rozległe warszawskie parki, tworzące plan klinów napowietrzających, dzikie plaże po praskiej stronie Wisły i jej naturalny krajobraz w samym środku miasta, budzący zazdrość w przybyszach, świadomych, jaka to wartość w dobie kryzysu klimatycznego, gdy inne stolice wydają teraz miliony na przywrócenie wcześniejszego stanu pochopnie ucywilizowanych rzek. Chwalę podejmowane coraz częściej pod naciskiem społecznym wysiłki urzędników, by na nowo zazieleniać warszawskie ulice i stopniowo przywracać licznym parkingom w centrum ich pierwotną, niemal niewidoczną już funkcję – placów.     

„Uważam, że zieloność jest wręcz warszawską cechą charakterystyczną” – mówił w przewodniku „WAW. W poszukiwaniu centrum” architekt Marek Budzyński, przestrzegając przed pochopną zabudową pustych terenów. Jego diagnoza to hołd dla mądrości biologów współpracujących z Biurem Odbudowy Stolicy, którzy obserwowali roślinność radzącą sobie w wojennych warunkach, by zastosować później pozyskaną wiedzę w praktyce.

Alina Scholtz i małżeństwo Kobendzów to najbardziej rozpoznawalni przedstawiciele tamtej ich generacji, traktującej przyrodę jako rzecz w mieście nadrzędną, o której ciągłość warto dbać, chroniąc przed wycinką nawet stare drzewa i wykorzystując zieleń również w warstwie symbolicznej. Powszechnie stosowali terenoplastykę, czyli modelowanie krajobrazu powojennym rumoszem i upierali się, że 40 procent powojennych osiedli ma stanowić zieleń. Pandemia i kryzys klimatyczny pokazują, jak bardzo mieli rację.

Zieleń, spokój i historia – tak dwie dekady temu identyfikowali najważniejsze dla siebie wartości mieszkańcy Muranowa, warszawskiego osiedla-pomnika wzniesionego na gruzach śródmiejskiej Dzielnicy Północnej. Zaś autorzy pierwszego przewodnika po tym terenie, Barbara Engelking i Jacek Leociak, wskazywali, że „mocne gettowe korzenie pamięci” tkwią „pod obrośniętymi trawą skarpami usypanymi z gruzów, pod wyjątkowo w tej dzielnicy wybujałymi topolami, lipami, klonami”.

 Tę prawdę można odnieść do całej stolicy. Oby grała w zielone jak najdłużej. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Dziewucha