Gdy przyjmowałam zaproszenie do wygłoszenia tego wykładu i usłyszałam, że ma dotyczyć autentyczności, poczułam się zrelaksowana, i niejako naturalnie gotowa do jego niezwłocznego wygłoszenia.
Okazuje się, że miałam w sobie niespodziewanie grube pokłady ufności w swoją, jako pisarki, autentyczność. Odkryłam, że czuję się magistrem, ba, może nawet doktorem własnej literackiej autentyczności. Gdy jednak zaczęłam się przyglądać tej sprawie bliżej, zrozumiałam, że nie wiadomo, jaki ośrodek przyznał mi te tytuły, a inne szczegóły na moich niestarannie wypełnionych dyplomach też są zamazane, nieczytelne. Napisane dawno temu, w innym jeszcze świecie.
Nie wiadomo też, czy w tym, który na naszych oczach wyraja się akurat z obecnego, zostawiając wszystko, czego jesteśmy pewni i w co ufamy, jak skorupę, wylinkę, dyplomy owe będą w ogóle potrzebne, czy będą walać się po antykwariatach niezrozumiałe i niewypłacalne jak książeczka Szkolnej Kasy Oszczędności.
Ba, nawet ona jednak wydaje się bardzo konkretnym i autentycznym faktem ekonomicznym w porównaniu do mojego subiektywnego, tak samo oczywistego, jak i nieoczywistego POCZUCIA autentyczności, któremu to postaram się tu dziś pokrótce przyjrzeć. Autentyczność wydaje mi się tym niezręcznym, delikatnym i bardzo płochliwym przepływem między pisaniem a osobistą tajemnicą: intymną substancją własnego istnienia.

Jak myśleć o autentyczności w dzisiejszym świecie
Mało jest – myślałam o tym wielokrotnie w toku tych wszystkich lat spędzonych na pisaniu i ekspozycji medialnej – ekspresji tak dosłownie i dotkliwie połączonych z samym życiem jak literatura piękna. Z życiem, nazwijmy to śmiesznie, wewnętrznym, prywatnym. Z prywatnym ciałem, prywatną duszą: z miłością i seksem, płodzeniem i rodzeniem, umieraniem. Chorobami, obrażeniami, ujmami, traumami, stratami i żałobami.
Za co byśmy ich nie przebrali, to właśnie ich impet, ich energia napędza pisanie. Nigdy nie napisze się tak dobrze, tak prawdziwie i strasznie, jak kiedy ostateczność podejdzie tak blisko pod drzwi, że słychać jej ciężki oddech. Nie chodzi tylko o rozładowanie emocji, autoterapię. Narodziny, choroba, miłość, śmierć – te chwile, gdy przez śmieci, pozory, fasady prześwituje wieczność, wprawiają słowa i zdania w szczególny dygot, w szczególne nerwy, w coś, co, wierzę, przedostaje się do umysłu osób czytających i dalej tam drży.
Gdy jednak już się napisze, a nawet wydrukuje, zaczyna się nieuchronna praca o przeciwnym wektorze: tworzenie narracji medialnej. Ta z kolei próbuje zepchnąć na bok zawiłości literatury, rozebrać jak cebulę zbędne esy floresy, metafizyki i metafory, żądając od osoby piszącej suchych biograficznych faktów, bo to one będą się, pod pozorem jakiejś tam książki, klikać. To one mają stworzyć czy zapozorować dostęp do autentyczności osoby pisarskiej.
Fakty jednak, upublicznione, wyklikane, bledną i dewaluują się; stają się jednym z wielu śmieci na wielkim medialnym śmietnisku. Bo autentyczność w ogóle wydaje się kategorią z tych delikatnych, paradoksalnych i kapryśnych. Z byciem autentyczną może być trochę jak z byciem elitą lub byciem damą – jeśli musisz mówić, że nią jesteś, to może niestety znaczyć, że nią nie jesteś.
Tak, wiemy o niej tyle, że to aż i tylko jakiś duch, gaz, płomień: coś kapryśnego, nieuchwytnego. Coś tak płochliwego, że za głośno nazwane, upublicznione, sfotografowane, nagrane, przegadane – znika.
Jak myśleć więc o autentyczności – efemerycznej i tak wrażliwej na światło – w świecie, który opętany jest fotografowaniem i relacjonowaniem, upowszechnianiem i komentowaniem, błyskawicznymi ocenami? Być może jest już w ogóle pleonazmem, jest niemożliwa?
Świat naszymi rękami obsesyjnie przechwytuje życie i przerabia je na zdjęcia i rolki, sprawiając, że to, co prawdziwe, żywe i szczere, momentalnie albo znika, albo mutuje w fake, przebranie, teatr, ustawkę. Ciągła zaś gotowość do potencjalnego zdjęcia stawia nasze ciała i duchy w stan specyficznej czujności, napięcia, bezustannej pozy, miny – utrwalonej już w naszych mięśniach roli.
Łapiemy w ręce ducha i dziwimy się, że to tylko puste prześcieradło.
Nie doceniamy wszechmocy lajków i serduszek
Jednak być może, gdy tak gderam, wykształca się właśnie nowa autentyczność, zdjęcioodporna, rolkoodporna i lajkoodporna. Pewnie już tak. Na to musimy liczyć, ponieważ nie ma już pisania i osoby piszącej bez upublicznień, nagrań i zdjęć. Nie da się funkcjonować w literaturze bez persony i bez wizerunku, co więcej: bez ciągłych aktualizacji, bez stałej łączności z osobami czytelniczymi, którym regularnie a to trochę się odsłania, a to trochę zasłania dosłowność własnej egzystencji: biografię i prywatność.
Trzeba też zaznaczyć, że odmowa tej gry – odmowa stworzenia wizerunku i pracowania nim, czyli brak wizerunku – też jest wizerunkiem, i to silnym.
Ta gra to też nie zawsze cyniczny obrachunek – żaden zestaw life-hacków przeczytany w „Pisanie for rookies” – tylko coś, co dużo bardziej mnie przeraża. Podwykonawstwo jakiegoś niewidzialnej choreografii rynku: odruchowe, nieświadome dostosowywanie się do jego wymogów, potrzeb i oczekiwań fanów, bardzo silnie stymulowane przez lajki i serduszka.
Nie doceniamy wszechmocy lajków i serduszek, nierealnie infantylnej, ale potężnej siły, która prawie niezauważalnie modeluje nasze piszące persony i ich poczynania. Niewidzialnie wiedzie nas ona za ręce i sprawia, że tańczymy, jak wcale może nawet nie chcemy; jak wcale byśmy sami z siebie nie zatańczyli. Tańczymy nieświadomie: to niepokojący, mdły, uśredniony taniec, taniec w stronę przeciwną do autentyczności: w stronę bycia lubianymi i przyjemnymi, bez pazurów i zębów, sprzedawalnymi, podobającymi się, niebudzącymi kontrowersji i hejtu.
To przykre i można się boczyć, jednak nie sądzę, że chcąc wykonywać ten zawód, można tego tańca do końca odmówić. Można tylko odmowę pozorować, droczyć się, robić z niej kolejną taneczną figurę.
Zaślubiny polskich pisarzy z morzem sławy i pieniędzy
Problemem jest chyba to, że relacje literatury polskiej z rynkiem i pieniędzmi są kłopotliwe, niezgrabne i podszyte tajemniczym napięciem od zawsze. To jednak bardzo krótkie „zawsze”, zaledwie początek lat dwutysięcznych, gdy literatura polska przekształciła się w pełnowymiarowy rynek: tak się składa, że byłam jedną z głównych aktorek tego komercyjno-medialnego przewrotu, z którego wyroili się pisarze-celebryci i pisarki-celebrytki. Osobowości medialne. A więc osobowości nieautentyczne.
Przewrót ten był niesamowicie spóźniony, bowiem w literaturze anglosaskiej zjawisko wykształciło się już w XIX w., gdy popularyzacja fotografii i publikujących je czasopism przyniosła wysyp pisarzy-idoli, łączących autorytet literatury wysokiej z popularnością masową. Już w XIX w. posiadali oni wizerunki, fandomy, a nawet osobiste marki. I tu ciekawostka – może Państwo to wiedzą, ale dla mnie to była nowość – pierwszym pisarzem na świecie reklamującym whisky nie był wcale Szczepan Twardoch, ale Mark Twain. Robili to też Hemingway i Steinbeck.
Polska zaliczyła w tej kwestii okrutny poślizg. Ostateczne zaślubiny polskich pisarzy z morzem sławy i pieniędzy wydarzyły się, uwaga, zaledwie 20 lat temu. Po latach komunizmu, w których hierarchie literackie regulowały odgórnie ustalane nakłady; po latach 90., gdy nowy porządek mocował się jeszcze z tym starym, nadeszły nagle czasy rynku. Rynku książki, książki-produktu i celebrytyzacji osób pisarskich. Te zaś zostały z impetem i nieznaną wcześniej brutalnością wygnane z niewinności, naturalnej AUTENTYCZNOŚCI i rzucone na ladę rynku. Czyli zmuszone do samodzielnego budowania person, PR-ów i strategii promocyjnych. Bez podręczników i bez doradców.
Proces ten miał niezrównoważoną dynamikę, podobną transformacji: cechowała go improwizacja, pośpiech, konieczność szybkiego adaptowania się. Można sobie wyobrazić, że przegrywali w nim pisarze, w których zdążyło się rozwinąć poczucie powiązanej z tym zawodem szczególnej doniosłości: ci nie byli gotowi na flirt z prasą kolorową, internetem (tu również rozwijające się już wtedy prężnie zjawisko hejtu), talk-showami i innymi niechlubnymi kanałami upowszechniania początku nowego millenium.
„Obracanie się w wyższych sferach”
Okazało się, że pisarstwo to nie tylko pisanie, papierosy, wódka, sweter i okulary. Nagle osoby pisarskie muszą wyglądać, sprawnie się wypowiadać, mieć stronę internetową i jakąś chwytliwą, archetypizującą ich biografię – najlepiej jednozdaniową – jak scenarzysta próbujący zainteresować producenta swoim nowym filmem. Już wtedy krytycy podnieśli larum. Pamiętam to larum bardzo wyraźnie. Pisarze i pisarki czyste/prawdziwe/autentyczne były przeciwstawiane w nim tym nowym/komercyjnym/sztucznie „WYLANSOWANYM”, klasyfikowanym jako jednosezonowe wydmuszki medialne, takie jak na przykład ja.
To larum, dziś tak idealistyczne i naiwne, zawierało wiele emocji ciągle aktywnych w percepcji literatury i osób literackich. Wydaje mi się, że składa się na nie romantyczne marzenie o sztuce czystej, duchowej, wynikającej z natchnienia, nawiedzenia. Ale też umocowane w katolicyzmie wyobrażenie o pisaniu nie jako o pracy, ale darze, rodzaju mediumiczności, która nie może być trywializowana spieniężeniem. W ich świetle osoba pisząca powinna pozostawać w stanie ekonomicznej niewinności, albo choć ją ogrywać. Ponieważ pracuje w języku, a język jest darmowy i należy do nas wszystkich.
Ta przenoszona przez nas wszystkich do roku 2024 figura artysty głodnego-wiarygodnego jest już martwą skorupą i wylinką. Głód nie jest żadną gwarancją autentyczności. Bo to głodni artyści narażeni są na rozproszenie talentu przez brak wyboru, kompromisy i destrukcyjną gorycz.
W larum tym obecna też była nieufność wobec nowych komercyjnych hierarchii, pogarda do mitycznego LANSU. Jako debiutantka – przedstawiana w mediach jako nastolatka z blokowiska, która zawędrowała na szczyt – byłam notorycznie oskarżana o ten właśnie wymiar nieautentyczności: bycie sezonową sensacją siłowo wywindowaną na mityczne salony.
Ale co ciekawe – w ciągu tych dwudziestu lat kategoria autentyczności uległa kompletnemu przestrojeniu. I teraz słyszę: „kiedyś była z bloku, była prawdziwa. Dziś odklejka, obraca się w wyższych sferach”. To „obracanie się w wyższych sferach” to prawdziwy cytat z jednej z recenzji mojej książki. Nie wiem, kogo recenzent miał na myśli, być może Państwa, ale wydaje mi się, że użycie tej anachronicznej figury nie jest przypadkowe.
To właśnie w (mocno domniemanej) przynależności do wyższych sfer tkwi teraz główne źródło mojej nieautentyczności. I znów mamy tu wyobrażenie, w którym to niskie pochodzenie, niepowodzenie i brak pieniędzy gwarantują osobie piszącej niereglamentowany dostęp do prawdy o życiu, możliwość przeniknięcia jego tajemnicy. Wyobrażenie bigoteryjne i nieprawdziwe.
Ciało osoby pisarskiej w mediach
W świetle tego, co mówię, widać wyraźnie, jak spiętrzonym i dziwnym konstruktem jest nowa autentyczność osoby pisarskiej. Autentyczność niemożliwa, bo wykluczana przez wizerunek, personę, wytwarzającą samoistnie maskę bardzo realistyczną i cienką, niemalże zrośniętą z twarzą, ale jednak wciąż maskę. Jednocześnie ciągle jest to kategoria kluczowa. Niemożliwa do wyegzekwowania, znajduje swoje surogaty czy rozwinięcia w biograficzności, prywatności, zdjęciach i emocjonalnej komunikacji z czytelnikami. To one pracują teraz zastępczo jako autentyczność: to choreografia odsłonięć dosłowności naszego życia daje odbiorcom poczucie bliskości, bycia w relacji, identyfikacji z kimś prawdziwym; jakąś emocjonalną prenumeratę, którą u nas wykupują.
Dominik Antonik w ciekawej pracy „Sława literacka albo nowe reguły sztuki” pisze o listach „pisanych do Marka Twaina przez oddaną publiczność, które wysyłane z pustym polem adresowym lub kierowane pod abstrakcyjny adres: gdzieś w świecie, gdziekolwiek, Mark Twain, gdzieś w USA, dochodziły do adresata, potwierdzając skalę jego sławy”.
Dziś adres nie jest abstrakcyjny – to messenger; wiadomość wysłana na niego dociera sekundę później na mój telefon, do mojego prywatnego życia. Może być w niej pochwała, lecz równie często przygana: „tu i tu nie ma przecinka, link nie działa, tak się nie mówi – to jest błąd”. Lub też pytanie: „co oznacza to a to zdanie?”, „co pani miała na myśli?”. I notoryczne: „mam pomysł na książkę i tylko pani by mogła ją napisać”.
W tej czytelniczej bezpośredniości i proaktywności jest też zaskakujące mnie zaangażowanie: poczucie sprawczości i, mam wrażenie, jakiegoś współuczestniczenia, współtworzenia tej literatury: pragnienie doświadczenia całkowitej imersji. No i jeszcze szał zdjęć. W nieskończonych prośbach o zdjęcia, o selfie, jest jakaś ekscytacja fizycznym istnieniem osoby pisarskiej, jej ciałem.
Ciało osoby pisarskiej to ciało, które eksponowane jest w mediach nie tylko jako swoiste logo literatury. To także obietnica, że kod książki da się samodzielnie rozwikłać, przejrzeć, udosłownić, sprowadzić do zaklętych w ciele biograficznych faktów. To obietnica, że w tych liniach papilarnych, mapach pieprzyków i blizn, skrętach DNA kondensuje się gdzieś jakaś „prawda” przeczytanych przez nas książek, że da się je do niego uprościć. To ta obietnica ryzykownie iskrzy na cienkich zbiegach literatury, biografii i wizerunku, widzialności, zdjęć i fizycznej obecności, które dziś razem - w ciągle negocjowanych proporcjach – zostają wystawione na sprzedaż jako „osoba autorska”.
Jednak ostatecznie ta akurat intuicja czytelniczek i czytelników wydaje mi się trafna.
Wchodzenie w kontakt ze swoim bólem i wstydem
Jeszcze całkiem niedawno pisarz kojarzył się z kimś w płaszczu z oderwanymi guzikami, kimś, kogo ciało służy tylko do noszenia płonącego pisarskiego łba z miejsca na miejsce. Nierozłączne atrybuty pisarstwa: papierosy, whisky, narkotyki lub choćby niewinna kawa – to rekwizyty autodestrukcji, pistolety wymierzone ostentacyjnie we własne ciało i jego odruchy: znużenie, senność. I ja swoje ciało wiele lat tak bojkotowałam, jak jakiś niezgrabny sprzęt, dziwną narośl na mnie, ciało obce. Jednak w toku lat coraz bardziej czuję, że to ono w dużej mierze pisze. Że pisanie to praca może nie fizyczna, ale cielesna.
Nierzadko, by móc pisać – chodzę. To specyficzne chodzenie, powiem pretensjonalnie: wcześniej obdzieram się jakby ze skóry. W sposób specjalny nastroszywszy nerwy robię nieskończone ilości kroków. Zaglądam w twarze, przypatruję się oknom i stojącym w nich ludziom. To nie jest podglądanie ich, to raczej się w nich odbijanie. To nieświadome, że mi towarzyszy, towarzystwo mnie ośmiela. Ja we wszystkich i wszyscy we mnie. Przy tych obcych ludziach, pasażerach autobusów, kierowcach, przechodniach, wprawiam się w bolesny, napięty stan podobny do niespokojnego snu.
Z załomów mózgu wysypują się twarze, gesty, słowa. Nagrane na jakieś biochemiczne taśmy zdarzenia. Moje awantury, moje miłości, moje stosunki, moje żałosne starania, drobienia, żmudne mandale dni. Wybuchy i wyrzuty. Drażnię się i mącę w sobie, wprawiam się w dygot, przyciskam się do ścian.
Wszystko polega na wchodzeniu w kontakt z sobą, również ze swoim bólem, wstydem i ze swoim brudem, okropieństwem. To rozumiem pod obdarciem ze skóry: zdjęcie warstw ochronnych, pozwolenie życiu się przenikać z całą jego namiętnością i ohydą. Nie ma we mnie nic bardziej autentycznego niż te chwile okropnego bolesnego zbliżenia do siebie. To jest dla mnie autentyczność, której żadne zdjęcie nie uchwyci i nie może mi zabrać.
16. Międzynarodowy Festiwal Literatury im. Josepha Conrada, organizowany z partnerami przez Fundację Tygodnika Powszechnego, to ponad siedemdziesiąt wydarzeń, w czasie których rozmawialiśmy z przeszło stu pięćdziesięcioma gośćmi. Ideą przewodnią zakończonej właśnie edycji była „Autentyczność”.
Olga Drenda, dyrektorka kreatywna Festiwalu Conrada, zauważyła: „To ironia losu, że termin »autentyczność« nabrał w ostatnich miesiącach rozpędu w branży marketingowej. Firmy zajmujące się analizowaniem trendów w reklamie i komunikacji internetowej uznały tę kategorię za hasło na rok 2024. Autentyczność można próbować fabrykować, najczęściej bez skutku; jest ona rzadkim dobrem, ale też najwyżej pożądanym. Być może nie potrafimy jej precyzyjnie zdefiniować, ale zdarza się, że da się ją uchwycić w locie”.
Na zakończenie Festiwalu, podczas gali wręczenia Nagrody Conrada, Dorota Masłowska wygłosiła wykład mistrzowski poświęcony autentyczności właśnie. Publikujemy go tutaj. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















