Jakub Żulczyk, nowy Reymont

Sprzedał ponad milion egzemplarzy swoich książek. W Polsce nie wypada jednak dobrze żyć z pisania, więc krytyka literacka najczęściej go zbywa, podobnie kapituły nagród literackich. Niesłusznie.
Czyta się kilka minut
Jakub Żulczyk. Warszawa, październik 2019 r. // Fot. Dawid Żuchowicz
Jakub Żulczyk. Warszawa, październik 2019 r. // Fot. Dawid Żuchowicz

Jakub Żulczyk jest wnikliwym obserwatorem i zdolnym stylistą. Ma talent kreowania pełnokrwistych postaci, układania wartkiej akcji i dialogów. Wydał dziesięć powieści, jest twórcą kilku seriali, współprowadzącym popularnego podcastu i współwłaścicielem platformy wydawniczej Newhomers. Ma także reporterską umiejętność odwzorowywania zmieniających się mód, obyczajów i nastrojów społecznych.

Sto lat temu mieliśmy pisarza o podobnym temperamencie, marzącego o tworzeniu dla kina. W tym, co napiszę, nie będzie przesady: Żulczyk jest najlepszym uczniem Władysława Reymonta. Nie wierzycie?

Czas to kompost

Lektura dawnej publicystyki bywa rozkoszna: dziś mało kto pamięta, że po odejściu Prusa i Sienkiewicza zupełnie serio sugerowano, iż polska powieść najlepsze lata ma za sobą. Przełom wieków XIX i XX był momentem nagłego przyspieszenia rozwoju nauki i techniki – tak intensywnego, że po latach nazwano go drugą rewolucją przemysłową. Powstają korporacje, miasta przeobrażają się w ośrodki przemysłowe, zmienia się krajobraz. To przyspieszenie oddziałuje również na sztukę, a literatura szuka trafnej odpowiedzi na metamorfozy rzeczywistości.

Reymont – syn wiejskiego organisty, samouk i prekariusz – intuicyjnie spełnia najważniejsze przykazanie dochodzącej do głosu szkoły naturalistycznej: być wyrazistym reporterem tego świata. Debiutuje jako dziennikarz materiałem wcieleniowym, w którym szybko ujawnia się jego talent uważnego słuchacza, obserwatora i stylisty. Kilka lat później, wydając „Ziemię obiecaną”, wprowadza do polskiej literatury pionierski obraz rodzącego się kapitalizmu i narodzin nowoczesnego miasta-molocha – bezwzględnego ekosystemu, w którym przetrwać i odnieść sukces mogą tylko najbardziej przebiegli drapieżcy. Współcześni mu krytycy zauważają, że czyta się go tak, jakby „oglądało się film”. Mają rację.

Przychodzące na świat mniej więcej sto lat po debiucie noblisty pokolenie naszych milenialsów wychowuje się już w cieniu pracującego pełną parą przemysłu rozrywki, o którym marzył Reymont (z wywiadu udzielonego niedługo przed śmiercią „Wiadomościom Literackim” wiadomo, że miał gotowy scenariusz dla nowojorskiego agenta związanego z branżą filmową). Dorastające w latach 90. dzieciaki wędrują od wypożyczalni kaset wideo do telewizora, który otwiera okno na Zachód. Z przełączanych kompulsywnie kanałów „satelity” płynie wartki strumień informacyjno-rozrywkowej papki. Ten strumień zmiksowanych ze sobą przekazów o zaburzonej chronologii przenika ostatecznie do literatury, odbijając się zarówno na języku, jak i formie nowej powieści (trend utrzymuje się zresztą do dziś, wystarczy zerknąć do wydanej kilka miesięcy temu debiutanckiej powieści Jula Łyskawy „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”).

W „Radiu Armageddon”, pierwszej książce, którą pisze Żulczyk (do księgarń trafi jako jego druga powieść w roku 2008), znajdziemy trwały ślad tego doświadczenia. „Po tych wszystkich filmach, które dopiero po obejrzeniu układamy sobie w głowie od punktu A do punktu B, zaczynamy tak samo patrzeć na nasze życie” – mówi jeden z bohaterów powieści, Szymon. „Żyjemy w teledysku, w opowiedzianym od tyłu opowiadaniu, w roladzie z seriali telewizyjnych, jajecznicy ze zdarzeń”.

To prawda, nasz czas dawno przestał być linearny. I dlatego też historie pisane przez Żulczyka nigdy nie będą miały wyraźnego początku ani końca. Zwykle rozpoczynać się będą blisko finału, czasami bohater nie będzie dokładnie pamiętał tego, co mu się przydarzyło, jakby przegapił jeden z odcinków telenoweli. Chronologię wyprze permanentny czas teraźniejszy, jak w telewizji. Tam zawsze jest „teraz”, nieważne w którym momencie włączasz ekran. Żeby to przetrwać – zarówno w roli konsumenta, jak i pracownika przemysłu rozrywki – musisz nauczyć się żyć w warunkach totalnej niestabilności.

Miejsce to scenografia

Młody Żulczyk wychowuje się w doświadczonym przez transformację ustrojową miasteczku na Mazurach. Notuje realia rodzinnego Wielbarku i okolic Szczytna. Jest także nałogowym czytelnikiem książek, wiele godzin spędza w szkolnej bibliotece.

„Trudno mi powiedzieć, skąd jestem – skomentuje swoje dzieciństwo w wywiadzie. – Jako dziecko dużo czasu spędzałem sam ze sobą, wyobrażając sobie różne rzeczy. Na przykład własne filmy albo seriale dotykające tego, co mnie otacza, w tym serial, który dotyczy mojej rodzinnej miejscowości, trochę jak »Twin Peaks«. Jako dziecko zastanawiałem się, czy może gdzieś w tym mazurskim lesie też znajduje się wejście do czarnej chaty”.

Jako nastolatek trafia do olsztyńskiej bursy, w której – chudzielec z klasy humanistycznej – kolegować się będzie z rosłymi chłopakami z techników mechanicznych i zawodówek. To szkoła życia, w której wymierzanie sprawiedliwości bierze się zawsze we własne ręce (jak w powieści i serialu „Wzgórze psów” – 2017, 2025). Takie spotkania, a czasem nieoczekiwane zderzenia przeróżnych środowisk i miejsc – miasta i wsi, klasyki i szmiry, centrum i prowincji, urodzonych w III RP i tych, których ukształtował PRL, beneficjentów i ofiar transformacji – będą wielokrotnie powracać w jego prozie i serialach.

Już pierwsza właściwa powieść Żulczyka, „Radio Armageddon” skupia w sobie wszystkie wymienione wyżej elementy. Jest tu życie codzienne urodzonych w roku 1989 młodych ludzi wychowanych przez nową klasę średnią, charakterystyczny dla okresu dorastania weltschmerz oraz tajemnica rodem z powieści kryminalnych.

„Radio Armageddon” to świadectwo czasów rodzącego się internetu, w których powstała subkultura „emo”, przyciągająca szczególnie wrażliwe dzieciaki z romantyczną obsesją śmierci. Rzecz dotyczy grupki przyjaciół z prywatnego liceum (to specyficzne miejsce akcji wróci u Żulczyka w serialu „Belfer” z lat 2016-2023). Nie są to dzieci nauczycieli, prawników czy lekarzy. To raczej potomkowie hurtowników, producentów opakowań, szefów firm transportowych albo właścicieli klinik chirurgii plastycznej. Ci, którzy naprawdę rozdają karty na nowej „ziemi obiecanej”.

Żulczyk do dziś żałuje, że z powodu młodzieńczej buty nie pozwolił porządnie zredagować książki („przydałby się redaktor, który by dzieło nieco przyciął i miejscami wyprostował” – pisał o powieści zaraz po jej premierze Krzysztof Varga i miał rację). Ale w jakimś sensie nadprodukcja, jakiej doświadczamy w tej książce, jej wielosłowie, a nawet gadulstwo, są znakiem czasu oraz efektem wychowania autora na równie nadmiarowej prozie Stephena Kinga.

Bohater to ktoś więcej

Czerpiąc garściami z kina klasy B, Żulczyk od zawsze wszczepia w tkankę swoich historii punkową z ducha krytykę kapitalistycznego systemu. Nieprzypadkowo Cyprian, tajemniczy bohater „Radia Armageddon”, ale też Blady, protagonista netfliksowego serialu „Wzgórze psów”, wizualnie przypominają Kurta Cobaina. Frontman Nirvany jest symbolem takiego momentu w historii popkultury, gdy miejsce rockowych przystojniaków grających na scenie topless zajęli neurotyczni, wychudzeni introwertycy w babcinych swetrach – modelowi bohaterowie Żulczyka. „Typowy Cyprian” zawsze będzie podejmował próbę kontestowania rzeczywistości. Zwykle z marnym skutkiem.

Legendarny brytyjski filozof i publicysta Mark Fisher przekonywał, że nikt nie ucieleśnia porażki młodzieńczej rewolucji lepiej niż lider Nirvany. Cobain na własnej skórze przekonał się, że w MTV najlepiej sprzedaje się bunt przeciwko MTV. Sukces – paradoksalnie – oznaczał dla niego ostateczną klęskę. Odnieść sukces znaczyło bowiem tylko to, że napędzasz produkcję przemysłu, przeciwko któremu grasz.

Żulczyk, z wykształcenia amerykanista, doskonale zna mechanizmy, które do dziś skutecznie monetyzują nie tylko sukces Nirvany, ale całą kontrkulturę. Jego powieściowy Cyprian z kilkorgiem przyjaciół zakłada zespół „Radio Armageddon”, który z czasem staje się niezwykle popularny. To wtedy jego frontman, w równie tajemniczych okolicznościach jak niegdyś Weiser Dawidek, a potem Cobain, znika. I w tym właśnie momencie pojawiamy się my, rozpoczynający lekturę opowieści. Czy będzie nam się chciało szukać tego chłopca? Czy on w ogóle istniał?

Miłość to gra wideo

Żulczyk oficjalnie debiutuje w roku 2006. Paweł Dunin-Wąsowicz, znany krytyk, właściciel modnego wydawnictwa Lampa i Iskra Boża, o którym robi się głośno za sprawą debiutu Doroty Masłowskiej, wydaje mu pierwszą powieść. „Zrób mi jakąś krzywdę, czyli wszystkie gry wideo są o miłości” to zapożyczona w amerykańskiej popkulturze wariacja na temat klasycznego romansu i powieści drogi. Wkraczający w dorosłość Dawid zakochuje się w młodszej o dziesięć lat Kasi. Kim jest ta nowa Lolita? Albo porwana przez współczesnego Stasia Nel? Przede wszystkim: wiotką, bladą siłą idącą na przekór trendom.

Żulczyk rozpisuje książkę na levele, czyniąc ją doskonałą ilustracją napisanego wiele lat później eseju kulturoznawcy i specjalisty od nowych mediów, Dominica Pettmana. W przełożonym na polski tekście „Miłość w czasach tamagotchi” Pettman już na wstępie stawia nas pod ścianą, pytając, czy naprawdę nie przydarzyło nam się nigdy zauroczenie odległą o cale lata świetlne gwiazdą kina albo muzyki pop. Albo postacią z gry. Zdarzyło, prawda?

Gdy za czasów Reymonta metafory związane ze sferą libido odnosiły się do maszyny parowej i przemysłu mechanicznego, w debiucie Żulczyka tradycja romantyczna doskonale sprzęga się ze światem wirtualnym, uczy nas bowiem zakochiwać się w tym, co jest – jak ekran telefonu – migoczące i niedookreślone. Miłość to forma komunikacji.

Tyle że tak, jak kiedyś szukaliśmy klucza do serca wybranki albo wybranka, dzisiaj próbujemy za wszelką odgadnąć ich hasło – mówi Żulczyk. I wszystko to oczywiście krasi „intrygą jak w filmie z Douglasem”, „historią jak z perłowo-złotej płyty DVD”. Musi być szybko, intensywnie, niespodziewanie.

Piekło to Oni

Po „Zrób mi jakąś krzywdę” i „Radiu Armageddon” powstają powieści nieco dziś zapomniane: „Instytut” (2010) i „Zmorojewo” (2011). „Instytut” jest kapitalnym studium socjologicznym pokazującym, w kim najczęściej lokujemy swoje lęki i z której strony upatrujemy zagrożenia. Oto kilkoro współlokatorów zostaje uwięzionych w krakowskim mieszkaniu. Każde z nich na własną rękę będzie szukało winnych swojej sytuacji. Iga – doktorantka kulturoznawstwa, punkówa – w głębi duszy o swój los oskarża ociekających testosteronem słuchaczy hip-hopu. Dla niejakiego Rumuna „oni” to finansowa masoneria, posiadacze kapitału. Dla Sebastiana – władza, policja i kibice Wisły. Dla Weroniki – niezałatwione sprawy z przeszłości, które zawsze się mszczą. Na przykład dawni lokatorzy.

Główną bohaterką historii oraz jej narratorką jest – co dla autora dość nietypowe – kobieta. Bardzo charakterystyczne natomiast, że Agnieszka, w odróżnieniu od swojego partnera, jest silna i zaradna. Ojciec jej dziecka to niespełniony filmowiec, który w młodości pragnął być polskim Lynchem. Odkładając swój (obiektywnie kiepski) autorski projekt na półkę, zaczyna reżyserować reklamy i seriale telewizyjne – całkiem nieźle na nich zarabiając. Jego tłumiona frustracja wpływa jednak na życie rodzinne, mężczyzna próbuje regulować tłumione emocje alkoholem.

Innym niespełnionym artystą, lekkoduchem i Piotrusiem Panem, jest Franciszek Czułkowski, nowy „Czterdziestolatek” z serialu „Warszawianka” (2023). W podobnie mało odpowiedzialny sposób do życia podchodzi bohater „Informacji zwrotnej” (2021, serial: 2023). Marcin Kania to starej daty rockman, autor jednego przeboju. Tantiemy z hitu wystarczają, by żyć na nieustannym rauszu, a przy tym założyć rodzinę oraz inwestować w atrakcyjne nieruchomości pod wynajem (zaraz po przepędzeniu z nich wieloletnich lokatorów). I w tej powieści Żulczyka ktoś, nie bez powodu, bezpowrotnie znika. „Informacja zwrotna” to też rozliczenie autora z uzależnieniem od alkoholu, wielokrotnie przegadywane również w autorskim podkaście „Co ćpać po odwyku”.

„Zmorojewo” i jego kontynuacja, czyli „Świątynia”, to wciągające powieści fantastyczno-przygodowe, które nieco wyprzedziły dzisiejszą modę na prozę młodzieżową, również tę z dreszczykiem. W ogóle bardzo często, jak zauważył Krzysztof Varga, Żulczyk pisze „powieści młodzieżowe zamierzone na pynchonowską skalę i umiejscowione w demonicznej III RP”. Tak, bohaterami powieści Żulczyka zazwyczaj są dzieci, nawet jeśli metrykalnie dawno temu, jak Czułkowski, stały się dorosłe. Inna sprawa, że nie sposób w młodym bohaterze „Zmorojewa” nie dostrzec małego Kubusia – zafascynowanego powieściami grozy outsidera spędzającego wakacje u dziadków na mazurskiej wsi.

Zaraz po serii młodzieżowych thrillerów powstaje najpopularniejsza powieść Żulczyka „Ślepnąc od świateł” (2014), zekranizowana dla HBO przez Krzysztofa Skoniecznego w roku 2018. Razem z wydaną prawie dekadę później ośmiusetstronicową powieścią „Dawno temu w Warszawie” (2023), stanowią wybitny stylistycznie gangstersko-narkotyczny dyptyk, w którym bezpardonowo sportretowana jest sama stolica-moloch. Jej mieszkańców poznajemy, towarzysząc w pracy młodemu dilerowi. 

Jacek Nitecki jest dalekim krewnym samego autora (przyjeżdża do Warszawy z Olsztyna) oraz filmowca z „Instytutu” – ma artystyczne wykształcenie i zerowe szanse na zarobienie przyzwoitych pieniędzy w kulturze. Ostatecznie sprzedaje ludziom nie sztukę, tylko uzależniającą przyjemność. W drugiej części cyklu z imprezowej kokainy Nitecki przerzuca się na chrzczone chińskie opioidy, umożliwiające dzieciakom bezbolesną lewitację w niebycie.

Ojciec to ten, który cierpi

Biorąc do ręki „Wzgórze psów” czy „Dawno temu w Warszawie”, nie da się nie zauważyć, że obok chronologii zdarzeń całkiem często i barwnie w powieściach Żulczyka kaleczone jest męskie ciało. Biorąc pod uwagę wrażliwość autora na kwestie społeczne – w wątkach bitych na kwaśne jabłko gości można dopatrywać się czegoś niż nawalanki.

W wydanej właśnie książce „Po męstwie” literaturoznawca Wojciech Śmieja notuje, że z jakiegoś powodu w polskiej sztuce powojennej męskie ciało niemal zawsze, jak u Żulczyka, zostaje zdeformowane. Zmaltretowane, będzie się za moment porównywać do płynących z Zachodu wyśrubowanych standardów piękna. Wynikające z tego zderzenia napięcie poskutkuje frustracją i – co za tym idzie – „nadwyżkowym performowaniem męskości i dominacji” w III RP, pisze Śmieja.

Autor ściśle zresztą łączy ten proces z lękami nowej klasy średniej, która tak często pojawia się w powieściach Żulczyka. Otóż kiedy mężczyźni czują się niedopasowani do patriarchalnych standardów, kiedy zagraża im utrata pozycji i statusu, tym silniej i bardziej zdecydowanie próbują je ogrywać, przekonując siebie i innych, że wpisują się w kulturowe oczekiwania. To dlatego filmy, które pojawiają się na ekranach naszych kin w latach 90., eksponują męską agresję. Ich sfrustrowani szarzyzną PRL-u bohaterowie kumulują w sobie ładunek destrukcyjnych emocji, który w pewnym momencie wybucha.

Taki typ bohatera w polskiej literaturze to – puentuje Śmieja – pogrobowiec kultury solidarnościowej z jej figurami niezależnego opozycyjnego inteligenta i strajkującego robotnika. Dla obu w nowej Polsce zabrakło miejsca. Obaj staną się za to ojcami bohaterek i bohaterów Żulczyka, czasem bezpośrednio spokrewnionymi z protagonistą, jak Tomasz Głowacki, ojciec Bladego ze „Wzgórza psów”, a czasem ojcami chrzestnymi, jak gangster Dario z warszawskiego dyptyku o Jacku Niteckim.

Wedle starego porządku dobrej opowieści, zmiana świata możliwa jest tylko wtedy, gdy syn wyjdzie spod kurateli ojca, symbolicznie go zabijając. Zerwanie ze wzbudzającym lęk autorytetem umożliwia emancypację, rozwój i odkrycie własnej tożsamości. Co ciekawe, w historiach Żulczyka zwykle jest na odwrót – syn staje się więźniem i zakładnikiem swojego starego. Aby się od niego uwolnić, w jakiś sposób sam musi zniknąć.

Nic dziwnego: oto najnowsza historii Polski w pigułce.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Jak w filmie