Był rok 49. Jezus zmartwychwstał zaledwie kilkanaście lat wcześniej. Paweł z Barnabą zdążyli właśnie wrócić ze swojej wyprawy misyjnej, podczas której przeszli przez Cypr, Syrię, Pamfilię, Cylicję. Mieli świeżo w pamięci twarze tych, którzy z przejęciem przyjmowali prawdę o Jezusie, choć wcześniej wierzyli w wielu bogów. Kiedy wrócili do Antiochii, dowiedzieli się, że w Jerozolimie chrześcijanie są oburzeni: jak można chrzcić tych, którzy wcześniej nie przyjęli Prawa? Przecież poganie najpierw powinni zostać Żydami! Przed chrztem powinni przejść obrzezanie, zachowywać posty, wypełniać wszystkie obowiązki. Bez tego nie można zostać chrześcijaninem!
To był pierwszy tak poważny konflikt w młodym Kościele. Na dodatek wywołał go – pośrednio wprawdzie – Paweł, ten, który za Jezusem nie chodził, nigdy Go za życia nie spotkał. Trzeba było rozstrzygnąć, kto ma rację. Paweł z Barnabą pojechali więc do Jerozolimy spotkać się z Piotrem. Zebrał się pierwszy sobór, na którym apostołowie i starsi wysłuchali Pawłowej relacji o misyjnych sukcesach. Słuchali się, spierali, dyskutowali. Ostatecznie ustalono to, co ma swoje konsekwencje również i dla nas dzisiaj: że na nawracających się pogan nie będą nakładane dodatkowe ciężary judaizmu.
Wygrała opcja Pawła. Ale to nie Paweł podejmował decyzję. Wiedział, że musi przyjść do Piotra – bo to Piotr jest potwierdzeniem, że głoszona nauka zgodna jest z myślą Jezusa. Pieczęć Piotra jest stwierdzeniem prawdy Kościoła. Tak rodził się prymat.
Prymat papieża nie ma w świecie odpowiednika
Prymat biskupa Rzymu jest zjawiskiem, które nie ma odpowiednika we współczesnym, świeckim świecie. Jednocześnie jest przyjmowany w sposób naturalny, jako fakt nierozłącznie związany z Kościołem katolickim. Cały współczesny świat, niezależnie od wyznawanej religii, wie, kto to jest papież – widzi w nim głowę Kościoła, której decyzje w sprawach zasadniczych nie są kwestionowane. Cały świat wstrzymuje oddech, żegnając jednego i czekając na kolejnego następcę św. Piotra. Zjawisko kulturowe pod tytułem „papież” ma swoje głębokie biblijne i teologiczne korzenie i niedobrze byłoby redukować prymat Piotrowy wyłącznie do władzy nad kościelną instytucją.
Prymat biskupa Rzymu oznacza – najogólniej mówiąc – że każdorazowy biskup Wiecznego Miasta ma najwyższe zwierzchnictwo i posłannictwo w Kościele. To on jest pierwszy w prowadzeniu Kościoła i do niego należy strzeżenie depozytu wiary – dbanie, by nauka Kościoła nie uległa zafałszowaniu.
Przez wieki to zadanie było wypełniane różnie i nieidealnie, czasem wręcz wiązało się ze zgorszeniem. Jednak jeszcze w 1991 r. kard. Joseph Ratzinger, na długo zanim sam został papieżem, pisał, że nawet niekatolicy przyjmują konieczność istnienia wspólnego centrum chrześcijaństwa, które chroni przed wpływami politycznymi i uzależnieniem od świeckiej władzy. Jeden, jasny punkt odniesienia pomaga nie zginąć pośród wielu ideologii. Dziś trudno nie zauważyć, jak ważny staje się ów wspólny i jednoznaczny punkt odniesienia w zglobalizowanym świecie, w którym każdy może stać się autorytetem – wystarczy, że sam się nim ogłosi. Prymat Piotra nie jest sposobem na zazdrosne utrzymywanie autorytarnej władzy w jednym ręku. Ma służyć jedności i trwałości Kościoła.
Najstarsze wyznanie wiary
Jak to się wszystko zaczęło? Oczywiście od Piotra. Jeśli uważnie wczytać się w Nowy Testament, Piotr jest w nim wszędzie tam, gdzie wydarzają się sprawy najważniejsze. To on jest świadkiem zmartwychwstania Jezusa i choć pusty grób odkrywają kobiety (nie przypadkiem), to on jako pierwszy wchodzi do środka. Więcej: kiedy Paweł pisze o tym w Pierwszym Liście do Koryntian, nie opisuje historii jak inne. Ten zapis jest najstarszym wyznaniem wiary („credo korynckie”).
Oko badacza dostrzeże z łatwością, że autorem tego fragmentu nie jest Paweł, choćby dlatego, że używał zupełnie innych słów. Paweł, pisząc, że Zmartwychwstały ukazał się „najpierw Kefasowi, a potem Dwunastu”, przekazał starszą formułę, będącą już wtedy dziedzictwem tradycji. Świadectwo Piotra jako kryterium prawdziwości zmartwychwstania było już wtedy – niespełna dwadzieścia lat po śmierci Jezusa – prawdą wiary.
Skałą Piotr miał się dopiero stać
Zanim jednak Piotr stał się świadkiem zmartwychwstania, chodził za Jezusem jako prosty rybak i nic nie zapowiadało, że jego imię – nowe, nadane mu przez Mistrza – przetrwa tysiące lat. Jezus przygotowywał go do tej roli. Piotr był przy przemienieniu Jezusa i na modlitwie w Ogrójcu. Usłyszał od Niego pytanie „czy mnie miłujesz?” i zadanie „paś owce moje”. To Piotr pytał, ile razy należy przebaczać, i szedł do Jezusa po wodzie.
Jezus nazwał go „skałą, kamieniem”. Nowe, dodatkowe imię nadawali czasem swoim uczniom również rabini. O tym, że nie było to własne imię Piotra, świadczy fakt, że aramejskie „Kefas”, używane przez Pawła, ewangeliści zapisywali po grecku jako „Petrus”. Imion własnych się nie tłumaczy, w dodatku w grece zabieg ten wymagał zmiany formy i rodzajników (Petros – Petra). Gdyby było to imię własne i gdyby nie nadane zostało bezpośrednio przez Jezusa, pisanie o nim nie miałoby większego sensu.
W przeciwieństwie jednak do rabinów, Jezus nie nadał Piotrowi imienia, które odzwierciedlałoby jego charakter. Piotr nie był stały w wyznawanych przez siebie uczuciach wobec Pana. Łatwo go było wystraszyć. Był porywczy, działał szybciej niż myślał. Jaka to skała i opoka? Kard. Ratzinger pisał, że imię to trzeba rozumieć wyłącznie w kontekście posługi – tego, kim Piotr dopiero miał się stać. Nawiązuje ono przecież do tekstów rabinicznych, w których Jahwe, zastanawiając się nad sensem stworzenia świata, dostrzega Abrahama i nazywa go „skałą, na której może skonstruować i założyć świat”. Ratzinger pisze: „Szymon, który jako pierwszy wyznał, że Jezus jest Chrystusem, i sam jest pierwszym świadkiem zmartwychwstania, staje się obecnie – z osobistą wiarą Abrahama, chrystologicznie odnowioną – skałą przeciwstawiającą się całej fali niewierności i niszczenia człowieka”.
„Opoka Kościoła” bywała „kamieniem zgorszenia”
Piotr sam z siebie nigdy nie był „skałą” – i nie jest nią również żaden jego następca. Piotra, w jego ludzkiej kondycji, Jezus nazwał szatanem, wyrzucając go precz. Jego siła i misja w Kościele pochodzi wyłącznie z mocy Chrystusa. Znów trudno tu nie przytoczyć kard. Ratzingera, który pisze: „Ukazuje się tutaj w formie dramatycznej napięcie pomiędzy darem pochodzącym od Pana a siłami własnymi; zaczyna się też w jakimś stopniu cały historyczny dramat papieży, w którym mamy wciąż do czynienia z tymi dwiema rzeczywistościami: tą, że papiestwo stanowi fundament Kościoła dzięki mocy, która nie z niego wypływa, oraz tą, że równocześnie niektórzy papieże stają się – ze względu na swe ludzkie bytowanie (»ciało i krew«) – kamieniem zgorszenia, starając się wyprzedzić lub ominąć Chrystusa, zamiast iść za Nim, albo też uważając, iż powinni wytyczać według własnej logiki drogę, którą tylko On może ustalić: »nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie«”.
Rzym punktem odniesienia
Wróćmy jednak do historii. Apostołowie po zmartwychwstaniu Jezusa poszli w różne części ówczesnego świata. Piotr był pośród nich pierwszy, jako ważny punkt odniesienia. Paweł we wspólnotach, do których szedł, mówił o dominującej roli Piotra. Sam się do niego odwoływał i ryzykował aż dwa powroty do Jerozolimy, gdzie groziła mu śmierć, byle tylko Piotra poznać i sprawdzić u niego, czy to, co sam głosi, jest prawdziwą Ewangelią.
Skąd jednak Rzym? Wiemy, że zarówno Piotr, i jak Paweł do Rzymu dotarli. Obaj ponieśli tam męczeńską śmierć. A miejsce śmierci Piotra bardzo szybko stało się miejscem, w którym miała być kontynuowana jego misja.
Nie było jednak tak, jak by się wydawało: że oto ktoś po Piotrze ogłosił się jego następcą, podporządkowując sobie pozostałych wiernych. W starożytnym świecie biskupów było wielu i każdy sprawował władzę na własnym terenie. Tyle że coraz częściej między biskupami, którzy nie pamiętali już samego Jezusa, pojawiały się spory, co rzeczywiście jest zgodne z Jego myślą. Instancją, która – wydawało się – będzie potrafiła odpowiedzieć, czego chciałby Jezus i co jest naprawdę chrześcijańskie, był pierwszy spośród apostołów: Piotr. A skoro już nie żył – to jego następca, biskup Rzymu.
Starożytny Kościół rzymski jako wzór dla innych
Około 107 r. Ignacy, biskup Antiochii, pisał swój list do Rzymian. Chwalił w nim mieszkańców, kierował do nich prośby, ale w tekście najbardziej zwraca uwagę jego uroczysty adres, jakiego nie ma żaden z innych listów Ignacego: „[Kościół,] który przewodzi w krainie Rzymian, godny Boga, godny czci, godny błogosławieństw, godny pochwały, godny powodzenia, godny czystości i przewodzący w miłości, naznaczony prawem Chrystusa i imieniem Ojca”. Owo „przewodzenie w miłości” to pierwszy w historii Kościoła zapis stanowiący świadectwo przewodnictwa Kościoła rzymskiego wobec innych wspólnot chrześcijańskich. Nie oznaczało władzy, ale wezwanie do większej doskonałości, do bycia swego rodzaju wzorem chrześcijańskiego życia i w ten sposób punktem odniesienia dla innych.
Sto lat później Ireneusz z Lyonu pisał na temat Rzymu, gdy występował przeciwko heretykom – nazwał go największym, najstarszym i znanym wszystkim, „ponieważ z tym Kościołem ze względu na jego szczególne pierwszeństwo powinien koniecznie zgadzać się każdy Kościół, to znaczy wierni wszędzie; z nim, w którym zawsze, dla dobra wszystkich, została zachowana tradycja pochodząca do apostołów”. Te słowa są już wprost stwierdzeniem prymatu, który nie polega na zniewoleniu chrześcijan czy budowaniu nad nimi władzy, ale na opiece przed tymi, którzy mogą próbować (świadomie lub nieświadomie) zafałszować prawdy wiary.
Pierwsza ważna decyzja – kiedy Wielkanoc
Nie tylko inne Kościoły lokalne odwoływały się w kłopotach do Rzymu. Sam Kościół w Rzymie ze swoimi biskupami był świadomy roli, jaka na nim ciąży. Pierwszym ważnym sporem, w którym Rzym musiał podjąć decyzję, był konflikt o datę świętowania Wielkanocy. Nie wchodząc w szczegóły, chodziło o to, czy zmartwychwstanie Jezusa obchodzone być powinno 14 dnia żydowskiego miesiąca nisan (data ta wypada w pierwszą wiosenną pełnię księżyca), czy w niedzielę po tej pełni. Spór trwał przez dziesiątki lat, od połowy II wieku. Za pierwszą opcją opowiadały się głównie Kościoły z Azji Mniejszej. Jej zwolennicy przybyli nawet w 195 r. do Rzymu, by narzucić swój zwyczaj zachodowi Kościoła, uważającemu, że dniem zmartwychwstania powinna być jednak niedziela.
Ostatecznie, gdy wszystkie inne Kościoły opowiedziały się na lokalnych synodach za niedzielą i powołały na tradycję św. Piotra, biskup Efezu uznał, że jego tradycja nie jest mniej ważna, bo wyrosła na innym apostole, św. Filipie. I wtedy wkroczył biskup Rzymu, Wiktor I, grożąc buntującym się Kościołom wschodnim wyłączeniem ze wspólnoty.
Prawdopodobnie swojej groźby nie spełnił. Ułagodzili go inni biskupi, przypominając, że ma się starać o „pokój, jedność i miłość bliźniego”, a nie wykluczać. Jednak ta właśnie historia jest pierwszym przykładem realnego sprawowania władzy prymatu.
Rywalizacja między Konstantynopolem a Rzymem
Po edykcie mediolańskim (313 r.) Kościół przestał być jedynie wspólnotą wyznających wiarę w Zmartwychwstałego, a zaczął wyrastać na poważną instytucję, umocowaną w świeckich, a nawet światowych ramach. Od V wieku to właśnie w Rzymie rozstrzygano wszystkie sprawy między wiernymi i duchownymi różnych stopni, a wyroki te uznawano za nieodwołalne.
Rzym nie był jednak jedyny, bo na Wschodzie nadal ważną rolę odgrywał patriarcha Konstantynopola. Na przełomie V i VI wieku papież Gelazy w czasie swojego krótkiego pontyfikatu zdążył napisać aż sto pięćdziesiąt listów, próbując poukładać relacje z Konstantynopolem. Bezskutecznie. To Gelazy ukuł stwierdzenie „Roma locuta est, causa finita”. Żywy konflikt między Wschodem a Zachodem o pierwszeństwo w Kościele umarł śmiercią naturalną w momencie wielkiej schizmy wschodniej. Drogi Kościoła Wschodu i Zachodu się rozeszły, a kwestia prymatu Rzymu do dziś pozostaje ważnym i trudnym problemem w dialogu ekumenicznym.
Kościół na Zachodzie rósł w siłę i stawał się kryterium jedności tym bardziej, im bardziej słabło cesarstwo rzymskie. Teologię prymatu budował papież Leon Wielki (zm. 461), którego władza była wciąż jedynie symboliczna, i Grzegorz Wielki (zm. 604), którego z kolei władza świecka ani trochę nie interesowała, za to mocno dbał o sprawiedliwość i zwalczanie kościelnej korupcji.
Kolejne wieki są jednak opowieścią o zwiększaniu władzy świeckiej i coraz większej zależności Kościoła od kolejnych cesarzy i królów, którzy z łatwością wprowadzali swoich protegowanych na najwyższe kościelne stanowiska, z biskupstwem Rzymu włącznie. Paradoksalnie wyzwolenie przyniosła dopiero Wielka Rewolucja Francuska: kiedy państwo stało się świeckie, Kościół zyskał niezależność od świeckiej władzy, a biskupi mogli na powrót podlegać papieżowi, a nie królowi.
Propozycja Jana Pawła II
Doktrynalne orzeczenie o prymacie Rzymu pojawiło się późno, bo dopiero na Soborze Watykańskim I (1869-1870). Wtedy to w konstytucji „Pastor aeternus” wyłożona została cała nauka na temat prymatu, który miał być służbą jedności wiary i wspólnoty Kościoła. Uznano, że jest władzą jurydyczną i honorową, trwa stale w papieżu i jego następcach. Władza papieża z Bożego ustanowienia jest złączona z urzędem, powszechna w całym Kościele, najwyższa, niepodzielna i pełna.
Sobór Watykański II potwierdził tę naukę, wprowadzając jednak ważny wątek ekumeniczny, podejmowany później przez Jana Pawła II i Franciszka. Jan Paweł II w „Ut unum sint” pisał: „Modlę się gorąco do Ducha Świętego, by obdarzył nas swoim światłem i oświecił wszystkich pasterzy i teologów naszych Kościołów, abyśmy wspólnie poszukiwali takich form sprawowania owego urzędu, w których możliwe będzie realizowanie uznawanej przez jednych i drugich posługi miłości”.
Dogmat o papieskiej nieomylności
Jeśli dziś spojrzeć na prymat teologicznie, mówić można o kilku typach jego sprawowania. To często kwestia akcentów, w różnym czasie historii kładzionych w różnych miejscach.
Prymat, jak rozumiemy go najczęściej, czyli w kluczu jurydycznym, daje papieżowi bezpośrednią i pełną władzę nad Kościołem w sprawach zarówno nauczania, jak i zarządzania. Został opisany doktrynalnie przez dwa ostatnie Sobory i w ten sposób sprawowany był przez kilka wieków w historii. Tak rozumiany prymat jest dla Kościoła gwarantem jedności doktryny, choć osłabia rolę biskupów diecezjalnych i mocno – czasem zbyt mocno – koncentruje jego życie wokół Rzymu, odzierając Kościół z lokalności. Często również był przyczyną uwikłania Kościoła w triumfalizm i konkurencję z wielkimi władcami świeckimi.
Z kolei prymat czytany w kluczu dogmatycznym wiąże się z wizją Piotra jako najwyższego nauczyciela wiary – osoby będącej gwarantem jedności i nauczania, z przywilejem nieomylności. Ten aspekt prymatu biskupa Rzymu wybrzmiewa najrzadziej: ostatnim papieżem, który się do niego odwołał wprost, był Pius XII, ogłaszając w 1950 r. dogmat o wniebowzięciu NMP. Biorąc pod uwagę, że od tego czasu minęło 75 lat i sześć pontyfikatów papieży, którzy nie użyli przywileju ogłaszania nieomylnie prawd dogmatycznych, można przypuszczać, że ten aspekt pozostaje dziś już tylko teologicznym przywilejem i możliwością.
Przyszłość urzędu papieskiego
Dziś najważniejszy w posłudze papieża wydaje się prymat służebny, który rozumie papieża jako tego, który nie rządzi czy ogłasza prawa, ale służy jedności Kościoła i jego miłości; który wspiera i umacnia Kościoły, a nie sprawuję władzę. Ten aspekt szczególnie mocno rozwijany jest i ukazywany w Kościele po Soborze Watykańskim II i encyklice Jana Pawła II „Ut unum sint”. Nie ma w nim rysów dominacji, jest za to wezwanie, by papież był przywódcą duchowym i moralnym.
Prymat honorowy (primatus honoris) wreszcie, również dziś mocno akcentowany, to prymat znany z pierwszych wieków, gdy biskup Rzymu rzeczywiście był „pierwszym wśród równych”. Tak często (nie zawsze) rozumiał swój prymat papież Franciszek i czynił go przedmiotem rozmów w dialogu ekumenicznym. Nie daje on realnej władzy nad Kościołami, ale z pewnością może budować jedność większą niż ta, z którą mamy do czynienia dzisiaj.
Jedności Kościoła służy również rozwijana w ostatnich latach pontyfikatu Franciszka wizja prymatu kolegialnego, gdzie papież działa nie ponad, ale razem z biskupami jako „pierwszy wśród równych”. Biskupi lokalni nie są jego podwładnymi, ale partnerami w przechowywaniu depozytu wiary i czytaniu znaków czasu. Oni także biorą odpowiedzialność za Kościół, mimo że ostatecznie – jak na Soborze Jerozolimskim – głos potwierdzający należy do Piotra. Choć wielu ten sposób sprawowania władzy Piotrowej może niepokoić, to właśnie on jest dla Kościoła najbardziej naturalny i pierwotny, bo od niego wszystko się zaczynało.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















