Z pewnością nie była to zwykła znajomość. I nie była to tylko przyjaźń. Była to relacja, która w każdym z uczestników powodowała rozdarcie i którą oboje próbowali nazywać w języku im najbliższym: filozofii i teologii.
W tym języku nazywali ją miłością.
Pierwsze listy Wojtyły do Tymienieckiej
Kilkaset listów i pocztówek z ponad trzydziestu lat. Tysiące stron rękopisów. Dwoje autorów, z których jeden w międzyczasie został papieżem, a po śmierci go kanonizowano. Aura tajemnicy, bo zbiór tej korespondencji był przez lata niedostępny dla badaczy. Plotki o romansie i możliwym skandalu.
Czy uzasadnione? Jak rozwijały się kontakty krakowskiego arcybiskupa i polsko-amerykańskiej filozofki? Zajrzyjmy do listów kard. Karola Wojtyły do Anny Teresy Tymienieckiej z pierwszych lat znajomości [dwa tygodnie temu przedstawiliśmy listy Tymienieckiej z ostatniego okresu życia Jana Pawła II – red.], udostępnionych dziś dla badaczy w warszawskiej Bibliotece Narodowej. Spróbujmy odcyfrować miejscami niemal nieczytelny charakter pisma.
W 1973 r., kiedy zaczęli tę wymianę, tytułował ją „Szanowna Pani Profesor” i podpisywał się „kardynał Karol Wojtyła”. Listy o kilka lat późniejsze otwiera zwrot „Droga Tereso Anno”, a kończą literki „KW” (jako papież – choć niezbyt często – obok „KW” dopisywał jeszcze „JP”).
Początkowo ich korespondencja ma charakter czysto profesjonalny: dotyczy kolejnych publikacji, ich tłumaczeń, udziału w konferencjach. Prof. Tymieniecka (przypomnijmy: ceniona fenomenolożka, wykładowczyni amerykańskich uczelni) zabiegała o obecność Wojtyły w międzynarodowych kręgach naukowych.
Przesyłali sobie książki i artykuły – zwłaszcza ona umożliwiała mu dostęp do literatury, która w Polsce była wówczas nie do zdobycia. Tam, gdzie nie mógł być obecny, odczytywała przygotowane przezeń referaty.
Listy różnią się w tonie, co kilka razy wyjaśnia sam Wojtyła. Kiedy pisał do niej z Polski, był lakoniczny i oficjalny, świadom metod działania peerelowskich służb specjalnych. Zbierał więc raczej listy od Tymienieckiej i odpowiadał na nie zbiorczo, gdy wyjeżdżał z kraju. Wtedy mógł pisać bez obawy, że ta korespondencja wpadnie w niepowołane ręce.
Za granicą był więc bardziej swobodny. Przyznawał, że czyta jej listy wiele razy i że „dotykają spraw, które nosi w sobie”. Zachwycał się jej otwartością. Na ile wiedział już wtedy, w 1975 r., że budowana między nimi więź nie będzie zwyczajna? Co miał na myśli pisząc: „We mnie bowiem jest zawsze pewien lęk zmieszany z poczuciem odpowiedzialności. Może to echo owych słów u Pawła, z lękiem i drżeniem zbawienie swoje sprawujcie (a dopiero – drugich!). To poczucie jest tym większe, im większego Jej [czyli Tymienieckiej – MB] zawierzenia jestem świadkiem, a także im większe są te ciężary i doświadczenia życia, które ona dźwiga. (…) Ten cały kształt, jaki ona nadaje swemu zawierzeniu, jeszcze bardziej mnie przejmuje”.
„Miłość ma bowiem inny jeszcze wymiar niż eros”
W liście z 10 lutego 1975 r. Wojtyła umawia się z Tymieniecką na rozmowę w Rzymie lub w Zurychu, które to miasta miał odwiedzić między 26 lutego a 1 marca. Z kolei 9 marca – prawdopodobnie po ich spotkaniu – odnosi się do dwóch listów, które od niej otrzymał; listów, które się nie zachowały.
Pisze: „Widzę, że jest koniecznie potrzebna gruntowna analiza znaczeń. Ponieważ nie miałem czasu jej przeprowadzić, przesyłam w załączniku tekst, który powinien coś wyjaśnić.
Proszę, abyś czytała I Koryntian 13 [chodzi o Hymn o miłości – red.]. Uprzedzam jednak, że dopiero po jakimś czasie znajdujemy w nim pełną weryfikację. Miłość ma bowiem inny jeszcze wymiar niż eros, o którym napisałaś w książce i w listach. Jest to wymiar agape, którym kształtuje się autentyczna »communio personarum«. Polecam cię Bogu, który jest miłością. Kard. Karol Wojtyła”.
Z boku listu dopisane są jeszcze słowa: „Agape nie niszczy »erosa«, lecz go przekształca”.
Co się wydarzyło na początku marca 1975 r.? Jakie słowa padły ze strony Tymienieckiej? Nieco światła na te pytania rzuca wspomniany „tekst z załącznika”. Wojtyła modli się w nim, polecając Bogu Teresę, jej męża i ludzi, których spotyka. Znów natrafiamy tu na słowa, które powracać będą nie tylko w tej korespondencji, ale i w życiu papieża Jana Pawła II, a nawet w jego testamencie. „Polecam Ci Annę Teresę, którą w sposób szczególny mi zawierzyłeś – i która z Twojej łaski zawierzyła mi siebie, w tym wszystkim, co w Niej jest dobre, twórcze, głębokie, prawdziwe i piękne, a zarazem trudne i właśnie piękne. (…) Proszę Cię, Matko, o takie serce, abym odpowiedział zawierzeniu, którym mi zawierzono”.
Zawierzenie – Totus Tuus – to dla Karola Wojtyły synonim oddania się w miłości, a zarazem dewiza jego pontyfikatu. W kategorii zawierzenia opisywał też relację z Teresą Anną – w tym kluczu rozumiał wagę jej daru i swoją odpowiedzialność. To Bóg – streszczając wywód przyszłego papieża – zawierzył ją Wojtyle i to ona sama siebie Wojtyle zawierzyła. Wojtyła zaś to jej zawierzenie przyjął. Na ile to doświadczenie go przemieniło?
„Nie musisz się bronić przed moją niesprawiedliwością”: emocje kardynała Wojtyły
27 marca 1976 r. Wojtyła znów odpowiada Tymienieckiej. „Pragnę ci za te wszystkie listy podziękować, bo są one bliskie, te pisane do mnie właśnie mają mowę głęboką, otwierają tajemnicę duszy i serca, wyrażają ufność, zawierzenie. Powiem więcej: te listy są mówione i pisane mową, którą się dzielimy wobec Boga, zawierają w sobie Jego Perspektywę.
Wiem, że jestem Ci winien odpowiedź. (…) Odpowiadam zaś w poczuciu daru, który w tym wszystkim się zawiera. Dar musi pozostać darem, nie można go sobie przywłaszczać, można w nim tylko coraz dojrzalej uczestniczyć. To jest także tajemnica Opatrzności i Łaski. Skoro więc nie można sobie przywłaszczać daru, to tym bardziej trzeba nań odpowiadać darem. W ten sposób wywołuje się w rzeczywistości »empirycznej« jakiś wymiar Boga – w ten sposób także najbardziej zbliżamy się do »empirii«, wchodząc w jej najprostsze centrum, w jej rdzeń życiodajny. Cieszę się z tego, iż masz tyle sił, że sprawy układają się harmonijnie i dojrzewają. Już Ci kilka razy powiadałem, że miłość nie może niszczyć Miłości, musi pomagać jej się rodzić i utrwalać nawet tam, gdzie trudno jej żyć”.
Próżno szukać tu skandalu i romansu. Jest miłość i Miłość. Konsekwentne wyprowadzanie relacji w wymiar transcendentny. I troska. „Nasze dziedzictwo jest w Chrystusie, bo dziedzictwo Chrystusa jest w nas. Cieszę się, jeśli mogłem Ci to w jakimś calu przybliżyć. Codziennie proszę Chrystusa, abym mógł to dalej czynić – i abym niczego nie popsuł” – pisze Wojtyła.
W listach do Tymienieckiej widzimy też jego emocje. Kiedy w marcu 1976 r. ubolewa, że deklaracja stworzonego przez nią Światowego Instytutu Badań i Studiów Fenomenologicznych została zredagowana w pięciu językach, ale nie po polsku, pisze: „Jest mi przykro, że Ci zrobiłem przykrość – jednakże właściwy sens całej sprawy był całkiem inny: chciałem Ci przede wszystkim pokazać, co mnie boli. I daruj Tereso, będzie nadal bolało, pomimo Twoich wyjaśnień. (…) Jeżeli Ci chciałem pokazać, co mnie boli, to nie w tym celu, aby Cię dotknąć, abyś się musiała bronić przed moją niesprawiedliwością – ale po to, abyś wiedziała i czuła razem ze mną. Nie musisz się bronić przed moją niesprawiedliwością i gdybym nie miał takiego zaufania, jakie mam do Ciebie i do tego, co nas łączy, nie poruszyłbym tego problemu. Będziemy szukać z [Bożą] pomocą, w jaki sposób rozwiązywać te sprawy na przyszłość. (…) Nie mów, że jesteś sama i niepotrzebna.
Napisałem Ci już poprzednio o tym, co to znaczy »dar«. Pan Bóg – kiedy »daje« człowieka człowiekowi, to zawsze zarazem go »zadaje«. Wiem, prawie od pierwszego spotkania, że Pan Bóg mi Ciebie dał i zadał. Wiem o tym zaś nie na drodze jakiej »narzuconej konstrukcji«, ale na podstawie głosu wewnętrznego, który jest także głosem serca. Na tej także podstawie przyjmuję Cię i wszystkich oraz wszystko, co się z Tobą łączy – przyjmuję przed Bogiem, szukając stale u niego światła i pomocy, aby umiał dać Ci to, co jest »prawdziwym dobrem dla Ciebie«”.
Miłość i odpowiedzialność. List po kluczowej rozmowie
Być może najważniejszy list z tamtego czasu napisany został przez metropolitę krakowskiego we wrześniu 1976 r. w Genui – po powrocie z Pomfret, gdzie w trakcie miesięcznego pobytu w USA przebywał w gościnie u Tymienieckiej i jej rodziny. To list, który powinien wybrzmieć w całości; pomijam jedynie techniczny w gruncie rzeczy początek.
„Droga moja Tereso! (…) trzy dni w Pomfret – to były jedyne dni wypoczynku na całej amerykańskiej trasie. Ale nie tylko wypoczynku. Dni jakiejś odpowiedzi na pytania stawiane sobie i przedkładane Bogu przez cały rok. To wszystko Ci zresztą dość szczegółowo tam opowiadałem w ciągu tych dni, które tylko na to były przeznaczone. Trwa we mnie wielkie wzruszenie, wielkie przejęcie treścią tych dni, treścią »ludzką« czy »między-ludzką« – choć wiesz dobrze, że nie mieszczę się w tym wymiarze, i »mieszam w to Pana Boga« w tym przekonaniu, że On sam chce być w naszych ludzkich i między-ludzkich sprawach. Powiem więcej, gdybym nie miał tego przeświadczenia, jakiejś moralnej pewności także – i działania w posłuszeństwie względem niej – nie ośmieliłbym się tak działać. Wierzę, że Bóg jest Miłością – i że to, co my ludzie nazywamy miłością, o tyle nią jest, o ile stanowi uczestnictwo w Bożej Miłości. W ciągu tych dni pytam siebie wciąż: czy stanowiło? I nie przestaję prosić, aby stanowiło na gruncie naszej ludzkiej słabości, w samym jej środku, pomimo niej i niejako z niej.
W tym punkcie jakoś się spotykam z dominantą Twoich listów, a przed tym jeszcze Twoich słów: najwspanialsze z nich zostały wypowiedziane na szczycie wzgórza w Pomfret (pamiętasz?), a potem jeszcze w Belmont – te o wiele bardziej radykalnie objawiły Twoją wewnętrzną tajemnicę. Piszesz więc w ostatnich listach o rozdarciu – i o tym także mówiłaś w Belmont, a ja nie znajdowałem żadnych formuł na te słowa, tylko pamiętam, że powtarzałem jedno zdanie ogarniając Cię niejako w samym środku tego wyznania czy też tego wyznanego rozdarcia.
Przyjmuję prawdę tego rozdarcia, Tereso. Człowiek bytuje pomiędzy życiem a śmiercią, pomiędzy spełnieniem a niespełnieniem, pomiędzy miłością a nie-miłością (nienawiścią? obcością? czymś innym jeszcze?), pomiędzy nadzieją a zawodem, pomiędzy… Jednakże miejsca »rozdarcia« są także miejscami scalenia, jedności i jej objawiania się w człowieku i między ludźmi, i między ludźmi (między człowiekiem) – a Bogiem. Wierzę w to objawianie Miłości, że jest ono najściślej związane z miłością (z Miłością i miłością), stanowi po prostu jej sens. Dlatego też godzę się z Tobą, że ludzie stają wówczas wobec siebie »uwolnieni od wszelkich zwierciadeł, zwłaszcza krzywych i sztucznych«, ale słowa te rozumiem w ten sposób, że stają w całej swojej prawdzie, nie tylko w prawdzie tego, jak są sobie »dani«, ale także tego, jak są sobie »zadani«. Człowiek nigdy nie może zwolnić siebie od transcendencji…
Communio personarum jest tym miejscem, w którym ona najpełniej dochodzi do głosu – i stanowi o całej strukturze miłości. Miłość dlatego właśnie jest objawieniem – i można w niej wypowiadać najbardziej „rozdzierające” prawdy, bo ona ma w sobie moc ich przyjęcia (czy podjęcia).
Kiedyś – pamiętam dokładnie, kiedy i gdzie – usłyszałem te słowa »należę do ciebie«, w których zabrzmiał dla mnie nade wszystko »dar osoby«. Lękałem się tego daru, wiedziałem od początku i wiem w dalszym ciągu coraz lepiej, że trzeba przyjąć ten dar równocześnie jako »dar z wysokości«. Że jest to wielki skarb, którego nie można sobie przywłaszczyć, nie można stać się jego »właścicielem«. Dlatego już w roku ubiegłym szukałem długo odpowiedzi na te słowa „należę do ciebie” i wreszcie znalazłem przed swoim wyjazdem z Polski – szkaplerz, wymiar, w którym Cię »przyjmuję«, »odbieram« wszędzie, w każdej sytuacji, zarówno gdy jesteś blisko, jak też wówczas, gdy jesteś bardzo daleko. Dlatego takim szczególnym punktem przeżycia daru stało się to miejsce, w którym wciąż Ciebie widzę, w dniu 24 sierpnia w Pomfret. Właściwie wszystko inne jest tylko promieniowaniem tego przeżycia, tego »obdarowania«, tego »przyjęcia daru«, którym najpełniej raduję się w całej jego postaci wówczas, gdy porozumienie między nami sięga – może sięgać Źródła i Dawcy. Wówczas także jestem najbardziej »dany« Tobie, jestem najprościej dla Ciebie darem, gdy w ten sposób przyjmuję Twój dar. Myślę też, że w tym się wyraża i udziela właściwa siła miłości, która musi umacniać człowieka i gruntować go w egzystencji »ordinavit in me caritatem« [uporządkujcie we mnie miłość – red.] (Pieśń n. p.).
Jaką funkcję spełnia w tym ciało? Bardzo istotną. Jednakże nie jest ono »tworzywem« obojętnym, ani nie jest tworzywem tylko. Jest poniekąd każdym z nas, jest »osobą«, jest terenem najgłębszych znaczeń. Rytm gestów musi odpowiadać rytmowi znaczeń, musi w nich się niejako zakorzeniać – wówczas kształtuje się w nich komunia osób. W tym świetle rozumiem zawsze te słowa Chrystusa »duch jest, który daje życie, ciało na nic się nie zda«.
Słowa »należę do ciebie« zrodziły we mnie ogromną tkliwość, a zarazem ogromną troskę o Ciebie: o Twoje dobro, o jego wzrost, o wszystko, co się na nie składa – oczywiście, jest to troska o zbawienie, której źródło znajduje się w samym Chrystusie. Jest ona też dla mnie przetłumaczona na takie słowa, które w najróżniejszych momentach wypowiadam do Matki Chrystusa. »Totus Tuus ego sum et omnia mea Tua sunt… Accipio Te in mea omnia… Praebe mihi cor Tuum«. [Jestem cały Twój i wszystko, co moje, do Ciebie należy. Przyjmuję Ciebie całym sobą. Daj mi Swoje Serce; cytat z „Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” Ludwika Marii Grigniona de Montfort, a zarazem biskupie i papieskie zawołanie autora – red.]
Mam zatem świadomość, że nie jestem źródłem dobra ani miłości, ale mogę stać się jego sługą i uczestnikiem, jeżeli to, co czynię, co przeżywam, zakorzenię mocno i po prostu w tym Źródle.
Nie są to wszystkie myśli, zaledwie jakieś sygnały. Pozostaje obszar niewypowiedzianego, a przez to samo potrzeba modlitwy. Miłość i odpowiedzialność. Tą modlitwą ogarniam wciąż Ciebie, Twoich, wszystkie Twoje sprawy, nas.
Łaska jest potężniejsza od naszej słabości. Virtus in infirmitate perficitur [Moc w słabości się doskonali – red.]… A więc nie tylko »infirmitas«, nędza, słabość, grawitacja w stronę miłości – ale także »virtus«.
Tak czuję proporcje całej sprawy. I dlatego też tak ją przeżywam: przeżywam ją także jako modlitwę bytowania. Jest ona czasem silniejsza niż modlitwa słów,
Droga Tereso
KW”.
Nie wiemy, do jakich wyznań doszło na wzgórzu w Pomfret. O jakim obdarowaniu i przyjęciu daru mowa. Jedno wiemy jednak na pewno: ani przez moment Wojtyła nie zwątpił w to, że wszystko dzieje się z woli Boga, i próbował rozumieć relację z Tymieniecką jako zadanie, które Bóg przed nim stawia. Pisał: „Tak jest, spotykamy się codziennie, poniekąd stale, bez przerwy – bo Rzeczywistość ta nie zna przerw, na które nasze ludzkie bytowanie jest skazane… Patrząc wstecz, nie tracę ufnego przekonania, że nasze poprzednie spotkania z tej Rzeczywistości czerpały – a także nadziei, że następne będą z Niej również czerpać…”.

Listy do Tymienieckiej po wyborze Wojtyły na papieża
Jesień 1978 r. zmienia życie Karola Wojtyły. 10 sierpnia pisał do Tymienieckiej, że nie będzie go w Krakowie 18 sierpnia z „wiadomej przyczyny”: właśnie zmarł Paweł VI, na 12 sierpnia zaplanowany był jego pogrzeb, później rozpocząć się miało konklawe.
W tym liście wspominał jeszcze wakacyjną wyprawę na kajaki, w której Tymieniecka również wzięła udział: „Pragnę wyrazić radość z tych dni, które mogłaś spędzić wśród ludzi bliskich mi. Cieszę się, że przyjęli cię tak serdecznie, że dobrze czułaś się wśród nich i że odnalazłaś piękno polskiej przyrody, urok ogniska, biwaku pod gołym niebem, że wypoczęłaś. Za to wszystko dziękuję Bogu, bo wyczuwałem Jego opatrzność w kształtowaniu się całej tej sprawy. Myślę także, iż rozwiały się i dojrzały jakieś sprawy głębokie i bardzo zasadnicze sprawy, które sięgają w różne warstwy naszego człowieczeństwa, jeśli do nich dociera łaska. Cały bowiem człowiek stoi przed tym otworem, oczywiście na miarę tego, jak się otwiera, na ile się otwiera. Ona wówczas wszystko jest zdolna przetworzyć i uczynić stopniowo tworzeniem nowych znaczeń”.
Kolejny list jest datowany na 10 października i zawiera życzenia imieninowe. Ma na kopercie również pieczątkę poczty amerykańskiej – dostarczono go adresatce 16 października 1978 r. Kolejny napisany został 23 października. Gdyby ktoś nie znał tych dat, z samej treści nie domyśliłby się, że w życiu nadawcy wydarzyła się rewolucja: został papieżem. Ale jest tam także podsumowanie relacji – tak jakby Wojtyła potrzebował jeszcze raz nazwać to, co się między nimi wydarzyło.
„Piszę, ażeby nie przerywać wymiany myśli, która zawsze wydawała mi się twórcza i bardzo owocna. Wspominałem już o tym, że należałoby z tych przywołanych prywatnych przecież listów zrobić swoisty wybór tekstów (oczywiście za pozwoleniem autorki), z uwagi na ich wielką trafność i odkrywczość. Cieszyłem się zawsze i cieszę się nadal z tego, że mogłem być »człowiekiem odniesienia« dla tej trafności i odkrywczości, która oczywiście sama z siebie nie jest zaadresowana na zewnątrz, ale do wnętrza. Cieszę się, że mogłem mieć udział w jej życiu wewnętrznym. Zawsze starałem się tutaj zrozumieć myśl Bożą, i współpracować z łaską, licząc równocześnie na to samo po jej (po Twojej stronie), na czym się nie zawiodłem”.
Głównym celem jest jednak ów komunikat, że to nie jest koniec; że ich wymiana myśli nie zostanie przerwana. „Zbyt głęboko wpisała się ta całość w moje życie, abym mógł postąpić inaczej” – pisze Jan Paweł II.
Jaka to była miłość?
Co się zatem wydarzyło między tym dwojgiem filozofów? Bez wątpienia w listach Wojtyły można znaleźć wątki z przyszłych katechez: wczytując się w tę korespondencję, można rozpoznać myśli, które tworzyły nauczanie Jana Pawła II. Wielokrotnie komplementował przenikliwość swej korespondentki. To prawda – Tymieniecka otwierała mu przez lata drzwi na intelektualne salony, ale nie było w nim wyrachowania: przyjmował jej pomoc z wdzięcznością, a ona sama była mu zwyczajnie bliska. Nie tylko jako partner intelektualny, z gatunku tych, których nie miał zbyt wielu w polskim środowisku. Jako dar, zadanie, jako ktoś, kto został mu „zawierzony”.
Sama Tymieniecka zapewniała w rozmowie z Politim i Bernsteinem, że nie była zakochana w kardynale. Jednak temat miłości powracał w ich listach bardzo często – zbyt często i zbyt osobiście, by uznać te rozważania za wyłącznie teoretyczne. Z drugiej strony trudno tu mówić o „zwyczajnej miłości” czy „chwili słabości”, bo oboje – kardynał i mężatka z trójką dzieci (które poważnie chorowały) – przenieśli swoje uczucie na płaszczyznę teologii i filozofii, wierząc, że będą zdolni w Bogu budować tę relację – czerpać z niej, wzajemnie w niej siebie dawać, jednocześnie wypełniając w ten sposób wolę Bożą.
Odpowiadając więc wszystkim spragnionym sensacji: owszem, listy Karola Wojtyły do Anny Teresy Tymienieckiej to prawdziwa sensacja. Rzadko się zdarza usłyszeć tak wyraźnie głos człowieka, którego wielu zna już jedynie ze świętych obrazów i pomników.
Współpraca przy odczytywaniu rękopisów Karola Wojtyły: Edward Augustyn, Agnieszka Cynarska-Taran, Michał Okoński, Artur Sporniak, Aurelia, Katarzyna, Teresa i Maciej Szklarczykowie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















