Henryk Muszyński urodził się w 1933 r. w Kościerzynie na Kaszubach, które jesienią 1939 r. zostały włączone do III Rzeszy i poddane wyjątkowo brutalnemu reżimowi okupacyjnemu.
W latach 1963-65 studiował w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie, a w latach 1967-68 w Heidelbergu (Niemcy Zachodnie). Biblista, doktor habilitowany teologii. W latach 1985-87 biskup pomocniczy diecezji chełmińskiej, 1987-92 biskup włocławski, 1992-2010 metropolita gnieźnieński, 2009-10 prymas Polski, od 2010 r. metropolita gnieźnieński senior.
Był wiceprzewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski i przewodniczącym Komisji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem, członkiem Kongregacji Nauki Wiary.
W 1995 r. wraz z biskupem Walterem Kasperem zredagował list episkopatów Niemiec i Polski na 50. rocznicę końca II wojny światowej (na temat „dialogu, pojednania i wspólnego świadectwa chrześcijańskiego w budowie zjednoczonej Europy”).
Obecnie jako prymas Polski senior mieszka w Gnieźnie.
MONIKA BIAŁKOWSKA: „Jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem”. Kiedy takie słowa padają z Jasnej Góry, można pomyśleć, że bardzo daleko odeszliśmy od listu polskich biskupów z 1965 r., ze słowami „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Co się z nami stało?
ABP HENRYK MUSZYŃSKI: Takie określenia jak pojednanie, solidarność i dialog to dziś są często frazesy, używane interesownie i w konkretnych celach. Nie wchodzi się dziś w ich głębię i to jest moim zdaniem ogromne nieporozumienie.
Mamy obowiązek głosić Ewangelię, mamy ją głosić w konkretnym kontekście, ale nie jesteśmy polemistami, którzy jej używają dla własnej wygranej. Nikomu nie wolno instrumentalizować orędzia ewangelicznego.
Ewangelia na pewno nie mówi nam, że Niemiec nie będzie Polakowi bratem. Wręcz przeciwnie. Każdy z nas jest bratem i siostrą w Bożej perspektywie, bo wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Ojca.
Co się zatem stało, że wartości narodowe – żeby nie powiedzieć: nacjonalistyczne – zaczęły przeważać nad Ewangelią, że nawet w Kościele zaczęły Ewangelię zagłuszać, że w jej imię są głoszone?
Myślę, że odziedziczyliśmy strukturę Kościoła, formowaną przez wieki. Przez wieki chrześcijaństwo musiało się bronić przed zarzutami i oskarżeniami, przed prześladowaniami, przed niesprawiedliwością. Nauczyliśmy się, że jesteśmy pokrzywdzeni i nie chcemy z tej roli wychodzić. Bronić się jest łatwiej, nie musimy wtedy brać odpowiedzialności – to jedno.
Po drugie, sądzę, że olbrzymia większość ludzi nie ma osobistej relacji ani do Boga, ani do Matki Najświętszej. Żyją tylko tym, co zewnętrzne: obrzędami, rytuałami, pewnymi formami pobożności. Jeśli się pozostaje na tej płaszczyźnie religijności – społecznej, publicznej, oficjalnej – to stawia się chrześcijaństwo na równi z innymi społecznościami, w których nie ma wspólnoty, ale jest wspólny interes.
Jestem przekonany, że tak właśnie stało się z nami. Tam, gdzie religijność jest zewnętrzna – a więc zraniona – umiemy za jej pomocą załatwiać tylko kolejne interesy. Nie ma w niej jednak odniesienia do tego, co najważniejsze, do obecności i działania Chrystusa. Zadowalamy się obrzędami, mówimy o wypełnionych obowiązkach, jesteśmy przekonani, że zrobiliśmy, co do nas należy. Tymczasem to jest zwykła celebracja, którą się tylko usprawiedliwiamy.
Chrześcijaństwo ma wymiar wspólnotowy i ma wymiar osobisty, i w ten sposób należy je przeżywać, żeby doświadczać go w pełni. Tam, gdzie jest doświadczenie życia Ewangelią, nie będzie miejsca na nacjonalizm czy niechęć do innych narodów.
Czy ta praca poprzednich pokoleń nad dialogiem nie jest właśnie zaprzepaszczana?
W dużym stopniu tak. List polskich biskupów do biskupów niemieckich z 1965 r. powstał w określonym momencie dziejów. Powstał w poczuciu odpowiedzialności ludzi, którzy przeżywali chrześcijaństwo w pełni i patrzyli naprawdę daleko.
Nawet nie wszyscy biskupi wtedy to rozumieli i akceptowali. Ale biskupi Kominek, Wyszyński czy Wojtyła to byli ludzie, którzy kierowali się motywacją ściśle religijną. Nie mówili wyłącznie o pojednaniu czy dialogu, ale zaczynali od tego, co leżało u podstaw.
A u podstaw każdej niechęci leżą często zranienia i uproszczenia. Dotarcie do nich i leczenie wymaga czasu i wymaga sięgnięcia do źródeł. Wymaga próby odbudowy wzajemnego zaufania. Dopóki zaufania nie ma, można budować relacje powierzchowne, ale nie da się zbudować głębokiej relacji międzyosobowej.
Kolejnym krokiem jest gotowość do słuchania drugiego człowieka. Trzecia sprawa to wzajemna modlitwa, bo ona dotyka wnętrza człowieka.
U podstaw tego leży oczywiście wewnętrzna gotowość do przebaczenia. Taka gotowość jest niesłychanie trudna. Zwłaszcza tam, gdzie istnieją prawdziwe zranienia i doświadczone faktyczne krzywdy i niesprawiedliwość, których nie można zignorować. Do przebaczenia trzeba dojrzewać, czasem przez bolesne doświadczenia.
W całym tym wielkim procesie „przebaczania i proszenia o przebaczenie” najbardziej cenię motywację ściśle religijną: wyjście od faktu, że Bóg kocha każdego człowieka miłością bez zastrzeżeń. Przy takiej motywacji można rozpocząć drogę zaufania, drogę dialogu, rozmowy, pogłębiania wiary.
Mówi Ksiądz Arcybiskup, że w 1965 r. nawet niektórzy biskupi nie do końca to akceptowali. Ale jednak, pod wpływem kard. Wyszyńskiego, złożyli swoje podpisy.
Proszę zwrócić uwagę, jak dziwne były wówczas reakcje na ten list. Komuniści w Polsce zareagowali nienawiścią, i to jeszcze można było zrozumieć. Ale również Niemcy zareagowali totalnym zaskoczeniem. Musieli sami siebie przekonywać, co się wydarzyło, że taka inicjatywa wyszła ze strony pokrzywdzonych, nie rozumieli jej powodu.
Na dodatek z perspektywy dawnych mieszkańców Śląska i Pomorza to my, Polacy, byliśmy winni ich wysiedlenia. Na odpowiedź biskupów niemieckich trzeba było czekać długo i była ona dosyć ogólnikowa. Nie było wówczas możliwości ukazania całej głębi i pełni tego przebaczenia.
Pytała pani, czy tamta praca została zaprzepaszczona. Olbrzymia większość Polaków do dziś żyje przekonaniem i świadomością doznanych krzywd i niesprawiedliwości, tym, że jesteśmy ofiarami. Skoro jesteśmy ofiarami, to musimy się domagać sprawiedliwości, a nie przebaczać. Już to jest odpowiedzią na pytanie. Ale to nie jest perspektywa Boża, to nie jest perspektywa Jezusa Chrystusa.
Ksiądz Arcybiskup urodził się w 1933 r. na Kaszubach i przeżył jako chłopiec II wojnę światową. Jak się potem z tym doświadczeniem wojennym i okupacyjnym wchodziło w dialog z Niemcami, jeszcze jako kleryk i młody ksiądz? Jak się nauczyć, że Niemiec to jest człowiek, a nie wróg?
W czasie wojny sercem życia religijnego była rodzina. Nasz kościół był zamknięty. Mój ojciec się ukrywał, był u Niemców na czarnej liście osób przeznaczonych do rozstrzelania. Każdej niedzieli o godzinie dziesiątej w domu rodzinnym był czas modlitwy.
Potem zostałem typowym katolickim księdzem, wyjechałem na studia do Rzymu. Moja praca naukowa sprawiła, że znalazłem się nie tylko wśród Niemców, ale i wśród samych protestantów. Początkowo dziwiłem się wszystkiemu, byłem przekonany, że u nas jest najlepiej. Patrzyłem na życie krytycznie. Oceniałem. Miałem możliwość kontaktu z innymi kulturami i z powszechnością Kościoła.
Pamiętam moje zadziwienie tą powszechnością, kiedy znalazłem się na placu św. Piotra i zobaczyłem tę wielką wspólnotę ludzi, których łączyła nie narodowość, ale wiara. Nikt o sobie nic nie wiedział, ale ludzie byli sobie bliscy. To było dla mnie ogromne przeżycie.
Później przeżywałem uniwersalizm Kościoła w różnych częściach świata. Miałem okazję poznać struktury i działanie Kościoła. Wszystko było tak różne od naszej nieustannej obrony przed komunizmem! Musiałem być otwarty. Początkowo wiele rzeczy mi się nie podobało. Z czasem dojrzewałem do pełniejszego rozumienia eklezjalnej rzeczywistości.
Obserwowałem również, co się dzieje, gdy religia jest tylko jednym z elementów kultury, a nie prawdziwą religią z jej głębią, doświadczałem płytkości tego zjawiska.
Czy w takim razie nie powinniśmy dziś na powrót zacząć od spotkania? Od tego, żeby poznać inne perspektywy i – tak jak Ksiądz kiedyś – poszerzać swoje widzenie?
Z pewnością tak. Spotkanie drugiego człowieka zawsze nas wzbogaca w wymiarze ludzkim. Ale potrzebna jest również wiara. Po ludzku pojawia się w nas często strach. Rozumiem to, jestem wrażliwy, dotykają mnie różne wydarzenia, ale nie budzą we mnie strachu w wymiarze religijnym. Jezus mówił: „Pokój wam daję”.
Pokój Zmartwychwstałego daje nam zwycięstwo nad złem, którego doświadczamy, a nawet nad śmiercią. Daje nam duchową równowagę. Sprawia, że nigdy nie jestem w sytuacji utraty nadziei, która sięga poza śmierć. Wprawdzie wszyscy jesteśmy śmiertelni, ale nic się na tym nie kończy. Otwiera się nowy wymiar życia w Chrystusie.
Na tej wierze opiera się chrześcijaństwo. Z tą wiarą możliwe jest budowanie prawdziwej wspólnoty z Bogiem i z drugim człowiekiem, która przezwycięża lęk. Czekamy wciąż na wypełnienie naszych oczekiwań na pełnię życia, miłości, radości i szczęścia…
Rozmawiała Monika Białkowska
Artykuł czytasz w otwartym dostępie. Powstał w ramach projektu popularyzacji wiedzy realizowanego przez Fundację Tygodnika Powszechnego z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej oraz Fundacji Renovabis. Inicjatywie partneruje Instytut Goethego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















