„Dokładnie wiesz, czego się spodziewać” – takim hasłem reklamowym aplikacja Co Star kusi potencjalnych użytkowników. Najwyraźniej bardzo skutecznie. W 2023 r., tak przynajmniej wynika z oficjalnych danych, było ich ok. 30 milionów. Dzisiaj – z pewnością więcej, projekt bowiem dynamicznie się rozwija. „Dziko popularna” – napisał o niej „The New York Times”. „Wszyscy już jej używają” – to z kolei „New Yorker”. „Oto idealna aplikacja na współczesne czasy” – ogłosił „The Verge”.
Ale Co Star to bynajmniej nie jedyny program, dzięki któremu – za stosunkowo niewielką opłatą – można uzyskać kompleksową analizę planetarnych układów określających ponoć nasze indywidualne losy. Od horoskopu urodzeniowego, czyli konstelacji ciał niebieskich w momencie, w którym przyszliśmy na świat, aż po codzienne tranzyty, czyli aktualne pozycje planet względem tej urodzeniowej konstelacji. Od precyzyjnego opisu naszych silnych i słabych punktów, przez sugestię, jakiego typu zawód jest nam „przeznaczony”, aż po możliwość sprawdzenia, czy świeżo poznana osoba to ta upragniona, największa miłość. Analogiczne usługi oferują m.in. The Pattern, autorstwa niegdysiejszej youtuberki Lisy Donovan, czy Chani, firmowana przez Chani Nicholas, jedną z najpopularniejszych współczesnych amerykańskich astrolożek, której książka „To jest ci pisane” znalazła się ongiś na ósmym miejscu listy bestsellerów „The New York Times”.
Wszystko to jest symptomem zjawiska o szerszej skali. Ogromny wzrost zainteresowania astrologią widać nie tylko na przykładzie wspomnianych aplikacji, lecz także sprzedaży książek, gadżetów i warsztatów, statystyk wyszukiwanych fraz czy „klikalności”. Według raportu Allied Market Research w 2021 r. globalny rynek usług ezoterycznych – którego znaczną część zajmuje astrologia – warty był prawie 13 mld dolarów. W Polsce – 2-3 mld zł w skali rocznej. Od kilku lat sporo pisze się o tym, że zwłaszcza dla ludzi urodzonych w latach 80. i 90. XX w. astrologia staje się czymś na kształt powszechnie przyjmowanego światopoglądu. Językiem, który pomaga rozumieć rzeczywistość i własne doświadczenie. Objaśniać i oswajać wzloty i dramaty, porażki i sukcesy, życiowe powikłania i okresy prosperity.
Ale przecież musi być w tym coś więcej. Coś, co sprawia, że jedna z najstarszych form ludzkiej aktywności, wydawałoby się: doszczętnie skompromitowana i ośmieszona przez naukę i nowoczesny racjonalizm, w drugiej dekadzie XXI w. przeżywa triumfalny renesans.
Co to takiego? I dlaczego jest to, wbrew pozorom, bardzo poważna sprawa?
Żeby odpowiedzieć na te pytania, zwróćmy się do człowieka, który w znacznym stopniu się do tego renesansu przyczynił.

Planety, znaki zodiaku i trzecie oko
„Astrologia jest podsłuchaną rozmową bogów na nasz temat” – mawiał Carl Gustav Jung, zmarły w 1961 r. szwajcarski psychiatra i psycholog, którego uważa się za jednego z ojców chrzestnych astrologicznego boomu.
Jung nigdy się nie krył ze swoją fascynacją takimi sprawami, była ona zresztą jednym z powodów jego rozstania z twórcą psychoanalizy Zygmuntem Freudem. Ten ostatni początkowo uważał go za swojego następcę, niemal duchowego syna. Ale po krótkim okresie intensywnej współpracy zaczęły się między nimi zaznaczać nieprzekraczalne różnice. Np. dotyczące stosunku do rozmaitych form ezoteryki. Czyli rozległej duchowo-filozoficznej tradycji, która – jak twierdzą tacy jej współcześni badacze, np. zmarły w 2012 r. historyk Nicholas Goodrick-Clarke czy filozof Paul S. Macdonald – tym się przede wszystkim charakteryzuje, że była i jest solą w oku zarówno dla Kościoła katolickiego, jak i dla oficjalnej nauki. Charakteryzuje się także, a przynajmniej do pewnego momentu charakteryzowała, egzystencją w cieniu, na uboczu, na marginesie.
Ezoteryka to „wiedza odrzucona”, ukryta, dostępna tylko dla wybranych. Oraz wiedza o subtelnych, niewidocznych, tajemnych poziomach istnienia. Połączeniach pomiędzy człowiekiem a światem, mikro- i makrokosmosem, których szkiełko i oko naukowca nie jest w stanie pochwycić, a których lęka się i nie rozumie ortodoksyjny teolog czy kapłan. Żeby je dostrzec, trzeba specjalnych predyspozycji. Aktywacja intuicji, otwarcie „trzeciego oka”, rozwinięcie nadzmysłowych władz albo znajomość symbolicznego kodu, który otwiera schowane przed wzrokiem profanów drzwi – oto niektóre do tego niezbędne elementy.
Takim właśnie kodem otwierającym schowane drzwi jest prastary, bo wywodzący się jeszcze z Mezopotamii, astrologiczny system gwiezdnych symboli. Jakości i energii reprezentowanych przez 12 znaków zodiaku, Słońce, Księżyc, Merkurego, Wenus, Marsa, Jowisza, Saturna, Urana, Neptuna i Plutona (trzy ostatnie obiekty dołączyły stosunkowo niedawno). Jeśli tylko nauczymy się odczytywać ich dialekt, a także interpretować zachodzące pomiędzy nimi interakcje – powiadają astrolodzy – uzyskamy dostęp do subtelnej mechaniki przeznaczenia. Arytmetyki losu świata i człowieka, ludzkości i każdej jednostki z osobna. Nauczymy się więc podsłuchiwać decydujących o naszym życiu „bogów”. Kosmiczne siły, które wcale nie rzucają kośćmi, lecz poruszają się wedle ściśle zdefiniowanych, matematycznych prawideł. Ich ilorazami i iloczynami są nasze charaktery, osobowości, jednym słowem – wszystko, co nas w życiu spotyka.
Zaczarowanie świata na nowo
To właśnie nie podobało się Freudowi. Ostatecznie psychoanaliza miała być najbardziej efektywnym środkiem niszczącym złudzenia, jakie człowiek nieustannie produkuje na swój temat w jednym głównym celu: żeby nie konfrontować się z tym, jak realnie przedstawia się jego sytuacja w świecie. A przedstawia się niezbyt wesoło. Człowiek to istota wyłącznie biologiczna, powodowana instynktami. Skazana na nierozwiązywalne konflikty pomiędzy własnymi pragnieniami a rozmaitymi ograniczeniami uniemożliwiającymi ich zaspokojenie. Religia, metafizyka, mitologia – to tylko mrzonki, w najlepszym razie metafory, z pomocą których staramy się sami przed sobą ukryć przerażającą prawdę. Życie nie ma żadnego sensu poza tym, który mu sami nadamy, świat składa się z materii, wszystkim rządzą biologia i przypadek.
Psychoanaliza, choć uchodzi za wzorcowy przykład teorii niefalsyfikowalnej, a więc dalekiej od racjonalności, jest w prostej linii wykwitem procesu „odczarowania świata”, jak go ongiś nazwał Max Weber. Proces ten, nabierający rozpędu od czasów Oświecenia, polegał, w największym skrócie, na dekonstrukcji religijno-metafizycznych przekonań, wedle których rzeczy i myśli nie są od siebie fundamentalnie różne, lecz tworzą płynne kontinuum. W modelu zaczarowanym sens nie przysługuje wyłącznie naszym wypowiedziom o świecie, lecz jest w świat na głębokim poziomie wpisany. Współtworzy go, nadaje mu kształt, reguluje, a wreszcie sprawia, że staje się on dostępny ludzkiemu umysłowi utkanemu z tej samej subtelnej materii.
Tymczasem nauka, psychoanaliza, literatura, a także historia – która w XX w. odsłoniła przed nami bezmiar chaosu i okrucieństwa – nie pozostawiają złudzeń: ludzki umysł jest produktem ewolucji, nie czuwa nad nami żadna opatrzność. Sens jest wyłącznie pochodną naszych aparatów poznawczych, nie ma go nigdzie indziej poza naszymi głowami. Pierwszym nowożytnym myślicielem, który dokonał takiego radykalnego rozdzielenia i zapoczątkował proces odczarowania, był oczywiście XVII-wieczny francuski filozof Kartezjusz.

Z podobną konstatacją z kolei nigdy nie był w stanie pogodzić się Jung. Jednym z celów jego teorii było odwrócenie procesu odczarowania, a może raczej: zaczarowanie świata na nowo. Materia i ludzki umysł, materia i ludzka psychika – przekonywał – są tak naprawdę dwiema stronami tego samego medalu. Łącznikiem między nimi jest tzw. zasada synchroniczności. Wiąże ona – akauzalnie, czyli nieprzyczynowo – zdarzenia materialne i zdarzenia psychiczne, uniwersum rzeczy i uniwersum sensów. Przykłady? Ot choćby takie z pozoru przypadkowe koincydencje, jak spełniający się sen albo nagła myśl o kimś dawno niewidzianym poprzedzająca spotkanie tego kogoś na ulicy. Nie ma tu żadnego związku przyczynowo-skutkowego. Te fakty – materialny i psychiczny, sen i zdarzenia na jawie, myśl i spotkanie – w żaden uchwytny sposób nie wywołują jedne drugich. A zarazem są jakoś ze sobą splecione. Tym zaś, co je splata, jest znaczenie. Z jednej strony, wydawałoby się, ulotne i subiektywne. Z drugiej – narzucające się jako przemożna „znacząca koincydencja”.
Na tej właśnie zasadzie – postulował Jung – „działa” astrologia. Nie jest ona bynajmniej reliktem dawnych ciemnych czasów. Nie jest też pomyłką, pseudonauką czy ślepym zaułkiem historii wiedzy. Jest głęboką, praktyczną filozofią wyrastającą z dawnego sposobu patrzenia na świat i człowieka jako na integralną, niepodzielną całość, która – by tak rzec – pulsuje sensem. W tej wizji umysł i kosmos nie są oddzielone nieprzekraczalną barierą, lecz stanowią manifestacje jednego bytu. Zarówno doświadczenie wewnętrzne, wyobraźnia, rozum, jak i formy materialne, ba, wszystko, co istnieje, układa się wedle tych samych wzorców. Ich porządek – na zasadzie synchroniczności – odbija się na niebie w skomplikowanych układach planet. Nie oddziałują one jednak na nasze życie wprost, nie da się wskazać żadnego mechanizmu, zgodnie z którym miałyby cokolwiek na ziemi „wywoływać”. W interpretacji Junga są raczej czymś na kształt lustra, które – wedle hermetycznej reguły „jak na górze, tak na dole” – odbija głęboką dynamikę jakości tworzących rzeczywistość.
Astrologia we współczesnym świecie
O ile Freud wygrał konkurencję z Jungiem na polu humanistyki – akademiccy psychologowie wprawdzie odrzucają psychoanalizę jako pseudonaukę, żyje ona jednak na wydziałach literaturoznawstwa, socjologii, filozofii czy rozmaitych studies – o tyle przegrał na polu zbiorowej wyobraźni. Kontrkultura lat 60. z jej fascynacją Wschodem, szamanizmem, ezoteryką czy magią, późniejszy o dekadę ruch New Age, mariaż psychoterapii i duchowości – za tym wszystkim niewątpliwie stoi Carl Gustav Jung.
Wydaje się również, że jego podstawowa intuicja – współczesny człowiek cierpi na deficyt sensu, a powodem wielu jego problemów i zaburzeń jest alienacja od jakiejś wyższej, przekraczającej doraźność struktury symbolicznej – okazała się trafna. W latach 70. minionego stulecia Mircea Eliade, inny wybitny badacz tego, co tajemnicze i irracjonalne, pisał, że kontakt z astrologią pozwala na nowo poczuć się integralną częścią wszechświata. Doświadczyć łączności z całym istnieniem. Przezwyciężyć nieznośny ciężar wyobcowania z porządku natury, z nieprzyjaznego kosmosu, który w teleskopowym zbliżeniu jawi się jako odpychający, zimny, nie-ludzki bezmiar.
Już niemal sto lat temu Jung zdawał sobie sprawę z tego, że na terenie zachodniej kultury chrześcijaństwo staje się coraz mniej zrozumiałe i żywotne. Że w opustoszałe miejsce po nim wkraczać będą rozmaite inne duchowości. Zresztą własna psychologia Junga miała poniekąd spełniać takie zadanie. Stąd w książkach „Aion” czy „Odpowiedź Hiobowi” tak wiele miejsca poświęcał analizie chrześcijańskich i gnostycznych wierzeń, w tym także (w „Aionie”) astrologicznej symbolice ryb. W astrologii widział również „starszą siostrę psychologii”. Dyscyplinę, w obrębie której przez tysiąclecia wypracowano niezwykle subtelny język pozwalający opisywać, w najdrobniejszych niuansach, złożony świat ludzkiej psyche. Skądinąd, astrologiczna wizja osobowości jako konglomeratu zróżnicowanych sił, które wchodzą ze sobą w dynamiczne interakcje, wzmacniają się albo wręcz przeciwnie, wzajemnie blokują lub zapętlają, wydaje się nadzwyczaj nowoczesna. Odpowiada także ludowej mądrości: każdy z nas ma wiele różnych twarzy, które odsłaniają się często dopiero pod wpływem jakichś zewnętrznych lub wewnętrznych presji.
M.in. dlatego astrologia – jak zauważył Eliade – współczesnemu człowiekowi jawi się jako niezwykle atrakcyjna alternatywa. Kompletny światopogląd, filozofia życiowa, która ma taką przewagę nad innymi filozofiami, że daje się stosować tu i teraz. Jej efekty dostępne są natychmiast, gotowe do wdrożenia w konkretnych problemach, rozterkach czy dylematach. W świecie, w którym z jednej strony narasta poczucie niestabilności i nieprzewidywalności – z powodu ekonomicznych kryzysów, pandemii, wojen, widma katastrofy klimatycznej – przesłanie, że wszechświat to sensowny organizm, w którym każdy ma swoje miejsce, okazuje się nadzwyczaj kojące (i nie zakłóca tego nawet fatalizm, który przychodzi tutaj w pakiecie – ale to już temat na inne rozważania).

Wizja, w której każdy z nas ma swoje gwarantowane, konieczne miejsce
Aplikacje, książki, warsztaty i sesje astrologiczne podszeptują, że otaczający nas nieporządek jest w istocie porządkiem wyższego rzędu. Chaos – kosmosem. Przypadek – koniecznym składnikiem równania, które da się starannie wyliczyć. Do tego w perspektywie astrologicznej nie istnieją kryzysy permanentne, każdy jest przejściowy, każdy kiedyś się kończy, a po nim przychodzi czas powodzenia. Owszem, można sobie wyobrazić jakieś opłakane horoskopy urodzeniowe, gdzie dominują same nieharmonijne układy, a władzę nad całością sprawują mocno usadowione Saturn czy Mars, energie, jak je dawniej nazywano, maleficzne, czyli złowróżbne. Niemniej nawet przy najbardziej niekorzystnych układach urodzeniowych, w każdym horoskopie prędzej czy później zdarzają się dobroczynne tranzyty Jowisza. Albo dokonujące gwałtownych przeobrażeń – niekiedy na lepsze – tranzyty Urana.
Nade wszystko jednak – i jest to aspekt najmniej brany pod uwagę w analizach renesansu astrologii – atrakcyjna jest tutaj odmienna od nowoczesnej wizja świata. Zintegrowanego, znaczącego, celowego, dającego się opisać z pomocą sugestywnej symboliki. Oraz człowieka z tym światem zrośniętego, połączonego niewidzialnymi nićmi sensu. W tej wizji każdy z nas ma swoje gwarantowane, konieczne miejsce. Nie jesteśmy bytami przygodnymi, nie wzięliśmy się z przypadku. Nie jest tak, jak podpowiadają fizyka i biologia – że nie zaistnielibyśmy w takim czasie i miejscu, z takimi a nie innymi cechami, gdyby tylko minimalnie zmieniły się przygodne okoliczności. Nie jest więc tak, że równie dobrze mogłoby nas nie być. Przeciwnie: policzalne miliony lat do przodu i wstecz tajemne rachuby wszechświata od początku zakładały, że przyjdziemy na świat. A całe nasze życie ma w nich swój starannie przewidziany przebieg, swoją starannie zaprogramowaną logikę i trajektorię. Możemy więc na chwilę odetchnąć, możemy się zatrzymać, nie musimy się tak bardzo bać. Dokładnie wiemy, czego się spodziewać.
A że wedle nauki to wszystko jest mitem, bajką, słowem – nie ma prawa działać? Że z jednego poczucia braku sprawczości niepostrzeżenie przenosi nas w domenę innego fatum? Cóż, historia pokazuje, że nie raz już przedkładaliśmy piękny mit nad brutalną prawdę. Być może tak nas właśnie ukształtowała ewolucja. A być może zadecydowała o tym niewidzialna buchalteria kosmicznych sił.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















