Polska 2024 wśród najszczęśliwszych krajów świata. Tylko czy szczęście da się zmierzyć?

Wyobraź sobie drabinę, której szczeble ponumerowano od 0 na dole do 10 na górze. Najwyższy reprezentuje najlepsze możliwe życie dla ciebie, a najniższy – najgorsze. Na którym szczeblu stoisz?
Czyta się kilka minut
Sauna w Ruka, Finlandia // Fot. Thomas Linkel / Laif / Forum
Sauna w Ruka, Finlandia // Fot. Thomas Linkel / Laif / Forum

Wizualizacja taka – zwana drabiną Cantrila – to popularne narzędzie badania poziomu zadowolenia z życia. Albo „dobrostanu”. Albo nawet i „szczęścia” – bo właśnie na takiej wizualizacji opiera się publikowany corocznie World Happiness Report (WHR), zawierający międzynarodowy ranking szczęśliwości narodów. Jego organizatorzy od 2005 r. przedstawili drabinę ponad 2,5 mln respondentów z niemal wszystkich krajów świata. W bieżącym wydaniu WHR znajdziemy 143 państwa, od Finlandii na pierwszym miejscu (średnia z odpowiedzi Finów to 7,7) do Afganistanu na ostatnim (1,7). Wynik Polski to 6,4 i solidna lokata nr 35.

Czy szczęście da się jednak zmierzyć? Ba, czy da się je w ogóle zdefiniować?

Kwestia fińska

Zacznijmy od raportu WHR, którym każdego roku ekscytują się światowe media i rozmaite instytucje. Powołują się na niego m.in. Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) i Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w swoich analizach tego, jakie rozwiązania społeczne i polityczne najlepiej służą ludziom. Nic dziwnego. WHR brzmi poważnie: powstaje na Uniwersytecie Oksfordzkim, we współpracy z ONZ i Gallupem, czyli najstarszym ośrodkiem badania opinii publicznej na świecie. Jest to też miara precyzyjna: każdy kraj otrzymuje wynik z dokładnością do trzech miejsc po przecinku – poziom szczęścia Finów to tak naprawdę 7,741, a Polaków – 6,442. Nic tylko dostawiać kolejne liczby, krzyżować parametry i wyliczać korelacje, konstruując racjonalną politykę społeczną na bazie „obiektywnego poziomu szczęścia”.

Corocznie z ust dziennikarzy, polityków i analityków padają wciąż te same pytania. Czemu Skandynawowie są tacy szczęśliwi? Jakie decyzje polityczne najsilniej decydują o szczęściu obywateli? I co zrobić w naszym kraju, aby doprowadzić do tego samego?

Tym ciekawsza jest „kwestia fińska”. Kraje skandynawskie zajmują zawsze czołowe miejsca w rankingu WHR, a Finlandia została w 2024 r. „najszczęśliwszym krajem świata” po raz siódmy z rzędu. Tradycyjnie ogłoszeniu nowego raportu WHR towarzyszą dwa typy głosów. Jedni zastanawiają się na wyścigi, na czym polega sekret fińskiego sukcesu. Kontakt z przyrodą, system emerytalny, wysoki poziom zaufania do instytucji, pieniądze, silne wspólnoty lokalne, edukacja... Każdy komentator ma swoją teorię.

Równolegle zawsze padają jednak głosy sceptyczne: niektóre istotne statystyki malują bowiem dość ponury obraz tego kraju. Przez długie lata Finlandia była w ścisłej czołówce europejskich krajów z najwyższym współczynnikiem samobójstw; dzisiaj jest już nieco lepiej, choć i tak według Eurostatu Finowie popełniają samobójstwo częściej od przeciętnego Europejczyka. Finlandia ma też trzeci najwyższy w Unii odsetek osób uzależnionych od substancji i najwyższy odsetek osób z zaburzeniami psychicznymi, jak podaje OECD. Dwa najczęstsze z nich, zaburzenia lękowe i depresja, dotykają łącznie ponad 7 proc. Finów. Poziom bezpieczeństwa w Finlandii, mierzony choćby liczbą rozbojów czy zabójstw, też jest w najlepszym razie przeciętny.

Istnieją heroiczne próby przedstawienia tych statystyk jako czegoś dobrego, zgodnie z zasadą, że „musi wyjść dobrze”. Przykładowo, tak częste występowanie problemów psychicznych można by tłumaczyć wysoką jakością opieki medycznej – w Finlandii „każdy chory jest zdiagnozowany”. Trudno jednak znaleźć jakiekolwiek twarde dane potwierdzające, że to właśnie Finlandia ma najlepszy w Europie system opieki zdrowotnej. W 2023 r. w „Helsinki Times ukazał się gorzki artykuł o życiu w „najszczęśliwszym kraju świata” – Finowie bardzo lubią komentować w ten sposób w mediach spotykający ich corocznie zaszczyt. Przytoczono tam choćby niepokojącą statystykę EMCDDA, europejskiej agencji ds. problemów narkotykowych, że tylko 20 proc. osób uzależnionych od substancji otrzymuje w Finlandii leczenie, podczas gdy w sąsiedniej Szwecji jest to 70 proc. Czy brzmi to jak wizytówka kraju, który ma w statystykach tak wielu ludzi z problemami tylko dlatego, że jest tak świetny w zajmowaniu się nimi?

Na szczycie drabiny

„Problem fiński” to świetna odskocznia do pytania, co właściwie mierzy drabina Cantrila. Z WHR dowiemy się tak naprawdę tylko tyle, że Finowie podają najwyższe liczby, gdy zapyta się ich o swoje miejsce na „drabinie jakości życia”. Twórcy raportu twardo utrzymują, że mierzą w ten sposób szczęście, i powtarzają to za nimi rok w rok media na całym świecie. Psycholodzy są jednak ostrożniejsi.

Specjaliści mówią dziś chętniej nie tyle o „szczęściu”, co o poziomie subiektywnego dobrostanu, a najchętniej skrótowo o SWB (social well-being). W SWB wyróżnia się zwykle dwa komponenty: poznawczy i afektywny (dla nas, profanów: intelektualny i emocjonalny). Ten pierwszy mierzy się, każąc ludziom dokonać namysłu nad swoją sytuacją życiową – zostajemy zachęceni, aby rozważyć pewną skalę albo definicję, a następnie się do niej odnieść. Drabina Cantrila to typowa miara tego typu. Komponent afektywny ma z kolei związek z faktycznie przeżywanymi emocjami. Czysto teoretycznie, aby go wyznaczyć, najlepiej by było sprawdzić, czy dana osoba przeżywa więcej emocji pozytywnych/przyjemnych czy negatywnych/nieprzyjemnych. Ponieważ nie za bardzo się da, w praktyce robi się z tego kolejny kwestionariusz. Pytamy jednak nie o naszą opinię na temat swojego szczęścia, ale o to, jakie emocje dominują w naszym życiu codziennym.

Problem z kwestionariuszami „poznawczymi” polega na tym, że nolens volens prezentujemy badanym pewną koncepcję teoretyczną i każemy się do niej ustosunkować. Narzucamy więc ludziom wszelkie nasze założenia, jawne i niejawne. W przypadku drabiny Cantrila największe wątpliwości budzi jej drabinowość.

W 2010 r. ekonomista-noblista Daniel Kahneman i Angus Deaton stwierdzili, że drabina Cantrila pyta nas nie o poziom zadowolenia z życia, lecz sukcesu życiowego, zwłaszcza finansowego. W wykonanym przez nich badaniu poziom na drabinie Cantrila był najsilniej związany (technicznie: skorelowany) z dochodem, a nie z dobrostanem emocjonalnym. Wygląda więc na to, że gdy mamy sobie zwizualizować „najgorsze i najlepsze życie” na pionowo ustawionej drabinie, to zaczynamy podświadomie myśleć o wspinaniu się po niej i podbijaniu świata, a nie o tym, jak bardzo jesteśmy... szczęśliwi. Ba, „nieszczęśliwy człowiek na szczycie drabiny” to globalnie rozpoznawana, kanoniczna wręcz postać tragiczna.

W lutym 2024 r. August Nilsson i współpracownicy potwierdzili te przypuszczenia, prosząc 1581 osób o opisanie swoimi słowami, jak rozumieją ideę drabiny Cantrila i frazę „najlepsze możliwe życie”. Automatyczna analiza językowa wykazała, że najsilniejszymi komponentami były składowe o nazwach „władza” i „majątek”. Co ciekawe, gdy pytanie było po prostu o najlepsze życie, bez wspominania o drabinie, to uczestnicy częściej używali słów związanych z relacjami międzyludzkimi i zdrowiem, a pieniądze i władza schodziły na drugi plan. Czyżby więc wynik WHR był nieodwracalnie skażony przez tę nieszczęsną drabinę? Patrząc z tej perspektywy, trudno się też dziwić, że kraje „najszczęśliwsze” wg WHR to jednocześnie te najbogatsze.

Kto się śmieje?

Wróćmy teraz do komponentu afektywnego SWB, czyli, mówiąc prościej, udziału w naszym życiu pozytywnych stanów emocjonalnych, jak radość czy spokój, i negatywnych, jak smutek czy ból.

Największe badanie tego typu to Gallup Global Emotions. W 2024 r. wzięło w nim udział 146 tys. osób ze 142 krajów. Ankieterzy pytają zawsze o 5 zjawisk pozytywnych (czy byłeś wczoraj wypoczęty; traktowany z szacunkiem; czy się dużo uśmiechałeś; czy nauczyłeś się lub robiłeś wczoraj coś interesującego; czy czułeś dużo radości) i 5 negatywnych (czy czułeś wczoraj ból, niepokój, smutek, stres i gniew). To badanie również ma swoją tradycyjną czołówkę – tylko zupełnie inną niż WHR. W 2024 r. pierwsza dziesiątka w kategorii pozytywnych emocji to: Paragwaj, Panama, Gwatemala, Meksyk, Indonezja, Salwador, Kostaryka, Malezja, Senegal, Filipiny i Tajlandia, czyli kraje, które nie wypadają za dobrze w „teście drabiny”. Finlandia zajęła miejsce nr 44.

Wygląda więc na to, że ludzie, którzy są najbardziej wypoczęci i uśmiechnięci, a ich życie jest interesujące i radosne, to niekoniecznie ci sami, którzy widzą się najwyżej na abstrakcyjnej drabinie życia. Ba, okazuje się, iż sama idea, że wyższe położenie na „drabinie szczęścia” jest zawsze dobre, najwyraźniej nie jest uniwersalna.

Musisz się dobrze bawić!

Wyobraźmy sobie, że wędrujemy po świecie ze skalą „zadowolenia z życia”, której zakres to 0-35, i prosimy ludzi, aby zaznaczyli, jaki jest ich zdaniem idealny poziom na tej skali. Zrobił to Ed Diener w 2000 r., sprawdzając w 41 krajach, czy ich mieszkańcy tak samo rozumieją „idealny poziom zadowolenia z życia”. Można by naiwnie pomyśleć, że idealny poziom to 35 na 35, a jednak warto samemu spróbować odpowiedzieć na to pytanie; mnie na przykład jakoś dziwnie by było wskazać na maksimum. Polacy niestety nie brali udziału w tym badaniu, ale Europejczycy, czy to z kręgu słowiańskiego, germańskiego, czy romańskiego, zgodnie udzielali odpowiedzi z zakresu 29-31. Maksymalne wartości zgłaszali mieszkańcy Ameryki Łacińskiej; cóż, taki temperament. Dużo ciekawsze są jednak skromne głosy z Afryki (Nigeria: 25,6; Zimbabwe: 23,9; Ghana: 25,6) i z Dalekiego Wschodu (Nepal: 23,8; Indie: 25,7; Japonia: 25,8; i – uwaga – Chiny: 19,8!). Powtórzmy: oznacza to, że „ideałem” dla Chińczyków jest poziom zadowolenia na poziomie 20 na 35.

Nie jest to aż tak zaskakujące. 2500 lat wcześniej niż Ed Diener opisał to niejaki Lao Tsy. O, proszę bardzo: „Jeśli masz trzymać naczynie, aż się przepełni, lepiej tego zaniechaj. Jeśli swój miecz doprowadzisz do niezwykłej ostrości, nie będziesz w stanie długo jej zachować. Jeśli dom swój wypełnisz złotem i nefrytem, nie zdołasz ustrzec go przed grabieżą”. Albo: „Kto wspina się na palce, nie stoi mocno. Kto chce zrobić dwa kroki jednocześnie, nie idzie szybko”. Po polsku powiedzielibyśmy pewnie: „Spokojnie. Nie ma co się pchać”. W kontekście wspinania się po drabinie życia warto też wspomnieć klasyczną przestrogę: „w górze zawsze silniejszy wiatr wieje”. Podobną nutę ma też rosyjskie: „wolniej idziesz, dalej zajdziesz”.

To szalenie interesujący wynik. Jeżeli ktoś uważa, że idealny poziom zadowolenia z życia to 20/35, najlepszym miejscem na 10-stopniowej drabinie będzie dla niego szczebel szósty. Ciekawe, że WHR podaje dla Chin właśnie taki wynik na drabinie Cantrila (a konkretniej: 5,973). W rankingu zapewnia to niestety „tylko” pozycję nr 60, ale co, jeżeli jest to dla samych Chińczyków wynik najlepszy z możliwych? Czy trzeba ich koniecznie uszczęśliwić na siłę, aby za rok zameldowali już z dumą ankieterom, że wspięli się właśnie na siódmy szczebel i są na dobrej drodze, aby dogonić Skandynawów w międzynarodowej olimpiadzie sukcesu? A tak właśnie bywa. W 2013 r. ówczesna kanclerz Niemiec, Angela Merkel, podobnie zareagowała na wieści, że Niemcy zajęły „tylko” 30. miejsce w rankingu WHR, przedstawiając następnie długofalową wizję wspinania się Niemców w tabeli ligowej szczęścia.

Odważne odpowiedzi

Im więcej się czyta o badaniach szczęścia, tym bardziej podejrzane się one wydają. Psychologowie są w kłopotliwej sytuacji, ponieważ to ich własna nauka podpowiada im najlepsze powody, aby jej samej nie ufać. W 2013 r. OECD opublikował 270-stronicowy „poradnik mierzenia szczęścia”, opisujący szczegółowo liczne problemy związane z globalnymi porównaniami subiektywnego dobrostanu. Po jego lekturze trudno się opędzić od myśli, że zaczepianie ludzi z kwestionariuszem z nadzieją, że dowiemy się czegoś o ich poziomie szczęścia, to strategia niemal komicznie niepewna.

Ot, ciekawostka: ludzie w różnych stronach świata mają różną skłonność do zaznaczania w kwestionariuszach – na dowolny temat! – wyników skrajnych. Szczególnie chętni do „dramatyzowania” (wszystko jest albo cudowne, albo tragiczne) są mieszkańcy Ameryki Łacińskiej. Na Dalekim Wschodzie tymczasem mało kto odważa się zaznaczać 0 albo 10 w skali 0-10. Nie zawsze efekt ten znika w uśrednieniu, przestrzega OECD: spośród dwóch krajów, w których ludzie są zasadniczo zadowoleni z życia, w kraju „bardziej dramatycznym” wynik będzie trochę wyższy tylko za sprawą większej odwagi w zaznaczaniu skrajnych cyferek.

Ze spraw poważniejszych: w kulturach kolektywistycznych, jak kultura chińska, kłopotliwe jest pytanie ludzi o ich własny poziom szczęścia. Dla nas, żyjących w kulturze typowo indywidualistycznej, nie stanowi problemu, że jesteśmy znacząco szczęśliwsi od siostry, wuja lub sąsiada. Pewnie sobie zasłużyliśmy! W kulturach kolektywistycznych nie tylko nie za bardzo wypada się tak wywyższać, ale ponadto poziom zadowolenia z życia faktycznie jest współdzielony z najbliższym środowiskiem. Pokazują to zresztą badania, jak to z 2009 r. (Shigehiro Oishi i Ed Diener), w którym wyszło, że osoby pochodzenia azjatyckiego częściej niż biali Amerykanie definiują swoje cele w odniesieniu do innych osób („chcę zrobić X, ponieważ rodzice będą ze mnie dumni”), a ponadto realizacja takich celów naprawdę podnosi im stopień zadowolenia z życia. Wszelkie kwestionariusze, które skupiają się na  m o i m  dobrostanie, są więc skonstruowane pod zachodni model szczęścia.

Między słowami

Długa jest też w raporcie OECD sekcja poświęcona słowom stosowanym w kwestionariuszach. Prosta demonstracja: choć happy to podstawowe tłumaczenie słowa „szczęśliwy”, po angielsku można być happy nawet z poziomu wysmażenia steka – coś, co po polsku podpada raczej pod „zadowolenie”. Ostatecznie, „Are you happy?” to znacznie bardziej blade pytanie niż „Czy jesteś szczęśliwy?”.

W 2018 r. psycholog Tim Lomas wydał świetną książkę „Translating happiness”, w której zestawia 900 słów związanych z dobrostanem, pochodzących z tak różnych języków jak angielski, walijski, grecki, arabski, chiński, nawaho czy sanskryt. Rozpina następnie „przestrzeń pozytywnych emocji”: słowa z różnych języków zajmują w niej rozmaite miejsca, czasem sąsiednie, ale nigdy dokładnie tożsame. Przykładowo, odmianami „zadowolenia” jest duńskie hygge, norweskie kos i chińskie xìng fú, ale każde z tych pojęć ma inny koloryt. To zresztą ogólniejszy problem nieprzetłumaczalności słów, a z nimi doświadczeń, znany dobrze etnografom, kulturoznawcom i tłumaczom. Gdy więc przyjeżdżamy do Nigerii, Ekwadoru, Nepalu i Filipin ze swoim badaniem na temat szczęścia, przyjeżdżamy nie tylko ze słowem happy, ale też z głową sformatowaną przez własną siatkę pojęciową.

A może dałoby się oszukać system i opracować uniwersalnie zrozumiałą koncepcję szczęścia? W 2023 r. potężna międzynarodowa grupa badaczy (której przewodził Kuba Krys z Instytutu Psychologii PAN) opisała nową miarę zadowolenia z życia, która miałaby w końcu być wyczulona na różnice kulturowe. Po przetestowaniu jej w 49 krajach otrzymali swój własny ranking najszczęśliwszych krajów świata – odmienny zarówno od WHR, jak i Gallupowego badania emocji. W ścisłej czołówce światowej ich dwóch głównych miar znalazła się np. Austria, Gwatemala, Szwajcaria, Norwegia, Niemcy, Malezja i Węgry. Kluczowy przekaz tego badania to jednak nie sam ranking, tylko wniosek, że różne miary „szczęścia” dają znacząco różne wyniki w różnych kulturach.

Wspinaczka po cyfrę

Biorąc pod uwagę niekończące się problemy projektu zmierzenia szczęścia, wypadałoby się chyba zastanowić, po co to właściwie robimy. Autorzy raportu WHR i jego komentatorzy z ONZ i OECD lubią powtarzać, że ich celem jest opracowanie społeczno-politycznego przepisu na szczęśliwe życie. Trudno jednak zaprzeczyć, że musieliby najpierw przekonać krytycznie myślących czytelników, dlaczego mamy właściwie szukać rozwiązań w Finlandii, Danii i Szwecji, a nie w Paragwaju, Panamie i Gwatemali? I czy naprawdę jedna liczba, opierająca się na jednym pytaniu, to mądry punkt wyjścia do zastanawiania się nad szczęściem?

 

Myślę, że furora, jaką robi corocznie WHR, to kolejny przejaw naszej cyferkowej obsesji – irracjonalnego przymusu mentalnego, aby każde, nawet najbardziej subtelne i intymne zjawisko umysłowe sprowadzić do liczby. Gdy patrzę na „tabelę ligową szczęścia”, natychmiast na myśl przychodzi mi trudna historia IQ. Coś, co miało być skromnym narzędziem pomagającym edukatorom dostosować tempo nauczania do możliwości dziecka, przerodziło się w kolejny wyścig zbrojeń. Geniusz, przeciętniak, idiota. Przez dziesięciolecia hordy entuzjastycznych psychometrystów dokonywały też inwazji na najdalsze zakątki Syberii i Sahelu, machając ludziom przed oczami wystandaryzowanymi narzędziami, zawierającymi szeregi kropek i figur geometrycznych. Wszystko po to, aby przypisać Bardzo Ważny Parametr każdej grupie etnicznej na świecie, a następnie pochylić się nad nią z troską.

Jeszcze dziś trudno przekonać niektórych ekspertów, że liczba nie jest w stanie zamknąć w sobie subtelności ludzkiej inteligencji, a sam fakt jej przypisania może być szkodliwy. Szczególnie trudno jest im zrozumieć, że potęga umysłu może przejawiać się również w umiejętności sprytnego obsadzenia ogródka, pocieszenia zawiedzionego dziecka albo błyskawicznego rozpoznania, komu podać piłkę w dynamicznej sytuacji podbramkowej – zdolnościach, których bladzi i sztywni psychologowie, mistrzowsko rozwiązujący zagadki logiczne, dziwnym trafem jakoś nie czują. Teraz przechodzimy podobną historię ze szczęściem, które próbuje się sprowadzić do szeregu starannie wyskalowanych miar, w których wyższa cyferka jest zawsze – zawsze! – lepsza.

***

Im więcej czytam o szczęściu, tym bardziej mętne i odległe się ono staje. Trochę jak po dwudziestym powtórzeniu na głos słowa „krzesło”, kiedy trudno już uwierzyć, że to słowo miało kiedykolwiek jakieś znaczenie. A przecież przed chwilą miało! W przeglądarce mam otwartych 89 kart z badaniami, raportami i artykułami prasowymi. Ych. Na szczęście na stole leży jeszcze „Tao Te King”. Zerkam. „Tao, które można wyrazić słowami, nie jest prawdziwym tao. Nazwa, którą można je określić, nie jest prawdziwą nazwą”.

Cóż, o ile Lao Tsy nie znał się chyba zbyt dobrze na metodach wyznaczania afektywnego komponentu dobrostanu subiektywnego, mam do niego niejakie zaufanie w sprawie szczęścia. Wyłączam komputer, biorę do ręki kubek. Już nie jest gorący, ale napój wciąż parzy przełyk. Basilur ma taką serię czarnych herbat minimalnie aromatyzowanych. Mlaskam. To chyba skórka pomarańczy? Wstaję od biurka, podchodzę do okna. Dzisiaj rano dosypywaliśmy z dzieciakami ziarna ptakom i, pańskim gestem, sypnąłem nieco więcej niż zwykle larw mącznika. A co mi tam. Kowaliki powariowały od tego dobrobytu, a sroki są tak przejęte, że nie mają nawet czasu odganiać tej jednej zalękniętej sójki. Boże, ale się zestarzałem, stoję i gapię się na karmnik. Hehe. Łyk herbaty. Ale, tak ogólnie, nie jest źle.

A jak u ciebie?


 

 

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Podejrzane pomiary szczęścia