Jest ich czworo: trzech chłopaków (najstarszy już w wieku niepoborowym) i dziewczyna, Julia. Tworzą mobilny zespół stomatologiczny: swoją wysłużoną, ale jakimś cudem wciąż sprawną ciężarówką marki Ural, która służyć musiała jeszcze w armii sowieckiej, wędrują wzdłuż frontu. Ich gabinet mieści się w pudle-kontenerze z czerwonym krzyżem.
Są oczekiwani i wyczekiwani. Bo na froncie zęby to wielki problem. Niemożność higieny, byle jakie jedzenie – to musi mieć skutki także dla zębów. Niemal każdy z tych, którzy na wojnie są od dłuższego czasu, ma z nimi kłopot.
Gdy więc Julia z chłopakami dotrą do kolejnych miejsc i jednostek, gdy już się ukryją (najlepiej w jakimś lesie) i zakryją siatkami maskującymi przed okiem dronów, będą pracować – dzień i noc, bez przerwy, na zmiany. Będą borować, a częściej rwać, bez końca. Dziś na zapleczu frontu gdzieś pod Pokrowskiem.
Na froncie charkowskim „Rzeźbiarz” i „Wódz” ratują nogę
250 kilometrów dalej na północ pracuje Mychajło, pseudonim „Wódz”. Starszy sanitariusz polowy, jest duszą medycznego punktu stabilizacyjnego jednej z brygad, które bronią Charkowa. Punkty takie, zwane stabpunktami lub czulej stabikami, są zwykle w odległości do kilkunastu kilometrów od frontu.
To kluczowe miejsca, gdy idzie o ratowanie rannych: ewakuowani z linii ognia, tutaj są „łatani” i stabilizowani, aby potem można ich było odesłać na tyły, do szpitali polowych i potem zwykłych. W stabikach prowadzi się też operacje: te niezbędne, gdy trzeba np. ratować kończyny, od wielu godzin ściśnięte turnikietami, opaskami tamującymi krwotok.
Tym razem się udało. Szczęśliwy Mychajło pisze w poście, że właśnie ocalili człowieka. Do stabika trafił w stanie krytycznym. Prawą nogę urwało poniżej kolana. Lewa, poharatana, była niby cała, ale już żółto-sina – spięta przez dwa turnikiety, bliska obumarcia i amputacji.
Przystąpili do pracy: on w roli anestezjologa i chirurg Arsen, ksywa „Rzeźbiarz”. Ocalili i człowieka, i jego jedną nogę. „Gdy się wybudził, zapytał: »Co z moimi nogami?«. Nie miałem siły tłumaczyć, odesłałem go jeszcze na chwilę w astral”.
Czytelnicy „Tygodnika” podarowali agregaty, stacje zasilania i sprzęt medyczny
Dentystka Julia i medyk Mychajło – to jedni z kilkudziesięciu odbiorców i miejsc, do których trafił transport pomocy, jaki w grudniu zawieźliśmy na Ukrainę. Przede wszystkim były to frontowe punkty medyczne: rozrzucone wzdłuż całej linii frontu, od pogranicza obwodów sumskiego i kurskiego, przez okolice Charkowa, obwód doniecki (w tym miejsca, gdzie są najcięższe walki, jak okolice Pokrowska, Kurachowego i Wielkiej Nowosiłki), dalej front na Zaporożu i wreszcie odcinek chersoński. Odbiorcą była też obrona przeciwlotnicza.

Transport ten, zorganizowany we współpracy ze Stowarzyszeniem Inicjatywa Sąsiedzka, był możliwy dzięki czytelniczkom i czytelnikom „Tygodnika”, którzy odpowiedzieli na apel o zbiórkę pieniędzy na pomoc na zimę dla Ukrainy.
Za przekazane środki mogliśmy kupić rzeczy, o które są stamtąd prośby: 27 mobilnych agregatów prądotwórczych z inwerterem (tj. stabilizatorem napięcia, co pozwala bezpiecznie podłączyć np. aparaturę medyczną), 10 mocnych stacji zasilania (rodzaj power banku), 210 kilo podkładów chłonnych (to jednorazowe prześcieradła absorbujące płyny ustrojowe).
Agregat z Polski broni nieba nad wschodnią Ukrainą
Były także myjki ultradźwiękowe, tj. małe mobilne urządzenia do dezynfekcji narzędzi chirurgicznych czy stomatologicznych. Jak również mobilne podgrzewacze do płynów infuzyjnych i krwi – w karetkach ewakuacyjnych nie ma warunków, by podgrzać płyny podawane rannym, a podanie zimnych może wywołać szok organizmu. Większość tych urządzeń podarował nasz czytelnik, przedsiębiorca pod Warszawy.
Z kolei inny czytelnik, przedsiębiorca z Krakowa, podarował swój agregat – o bardzo dużej mocy (85 kVA) i słusznej wadze (1500 kilo). Dziś służy on w jednostce obrony przeciwlotniczej, która odpowiada za obszar północno-wschodniej Ukrainy – zaopatruje w prąd radary wczesnego ostrzegania, które wykrywają wrogie rakiety i drony.

Jak zwykle podczas naszych wyjazdów na Ukrainę, mieliśmy też trochę rzeczy, o które proszą polscy bracia bonifratrzy. Prowadzą w Drohobyczu (obwód lwowski) Stację Pomocy Socjalnej. Jest tam czterech braci, którzy mają pod opieką kilkuset mieszkańców (ludzi biednych, niepełnosprawnych) i kilkuset uciekinierów ze wschodu. Bracia prowadzą też hospicjum domowe – dla niego były podkłady i środki pielęgnacyjne.
Zespół Julii otrzymał agregat i dwie myjki, a stabpunkt Mychajła – agregat.

Wojna trwa, trwa więc i nasza akcja
„Dziękujemy, że jesteście z nami” – to zdanie powtarzało się w rozmowach. Wraz z prośbą, aby to podziękowanie przekazać dalej. Przy czym miałem wrażenie, że słowa te dotyczą nie tylko darów materialnych, lecz także ich, można chyba tak powiedzieć, aspektu niematerialnego: jakby wraz z tymi agregatami pojechały tam – i zostały przyjęte z wdzięcznością – również emocje, przyjaźń, jakiś rodzaj więzi. „Dziękujemy za Wasze braterstwo” – napisał starszy sanitariusz z frontu chersońskiego (jego szpital polowy otrzymał agregat).
Wojna trwa, trwa więc i nasza akcja. Możesz ją wesprzeć przechodząc do poniższego artykułu:
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















