Jego nazwisko nie schodzi w tym sezonie z czołówek francuskich mediów. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy przyćmił nad Sekwaną polityków, łącznie z prezydentem Macronem, a nawet gwiazdy show-biznesu. 39-latek w skromnym sweterku i z chłopięcą fizjonomią zawojował i telewizyjne studia, i media społecznościowe.
Niech nas nie zmyli jego łagodny uśmiech i spokój. Ekonomista Gabriel Zucman – bo o nim mowa – stał się postrachem dla najbogatszych ludzi we Francji. Jego propozycja, aby obłożyć ich nowym podatkiem, określanym powszechnie jako „podatek Zucmana”, zyskała mu sympatię większości Francuzów.
Dlaczego taki pomysł pojawia się teraz? Skąd tak duże dla niego poparcie? I co to mówi o dzisiejszej Francji?
Czy Gabriel Zucman to lewicowy radykał?
76-letni Bernard Arnault mógłby być ojcem Zucmana, ale na pewno nie duchowym. Jeden z najbogatszych ludzi na świecie – jego majątek szacuje się na 187 mld dolarów – jest właścicielem i prezesem koncernu LVMH, uważanego za imperium luksusu; należą do niego m.in. takie marki, jak Louis Vitton i Dior.

Niedawno w oświadczeniu dla brytyjskiej gazety „Sunday Times” miliarder zechciał bowiem określić Zucmana mianem „aktywisty skrajnej lewicy” i „pseudonaukowca”, który swoim pomysłem chce „powalić na ziemię francuską gospodarkę”.
Wygląda jednak na to, że brawurowa szarża miliardera przyniosła skutek przeciwny do zamierzonego – i wzmocniła pozycję Zucmana. Czy Arnaultowi puściły nerwy, skoro zaliczył do grona ekstremistów profesora prestiżowej paryskiej École normale supérieure, a wcześniej wykładowcę Uniwersytetu w Berkeley?
W dodatku ucznia Thomasa Piketty’ego, znanego badacza nierówności, przez zwolenników i krytyków traktowanego jako zawodnik wagi ciężkiej wśród francuskich ekonomistów.
Rzecz jasna, Zucmanowi bliżej jest do lewicy – sam przyznaje, że swego czasu doradzał Berniemu Sandersowi, byłemu pretendentowi do prezydentury USA z ramienia Partii Demokratycznej. Nie zmienia to jednak faktu, że jego projekt podatku dla najbogatszych popiera, według różnych sondaży, od dwóch trzecich do nawet ponad czterech piątych Francuzów.
Vox populi przemówił – i nie jest to powód do radości dla miliarderów.
Na czym polega projekt „podatku Zucmana”?
Pomysł Zucmana przewiduje, że podatnicy – mowa bowiem jest o osobach fizycznych, nie o firmach – posiadający majątek o wartości powyżej 100 mln euro, musieliby płacić łączny podatek w minimalnej wysokości 2 procent od całej swojej fortuny (licząc w tym również wartość ich udziałów w firmach).
Jeśli więc kwota podatków, które dana osoba płaci z tytułu innych zobowiązań (np. podatku dochodowego), byłaby niższa niż 2 procent wartości jej majątku, to musiałaby dopłacić różnicę – tak, aby osiągnąć wspomniany pułap.

Szacuje się, że nowy podatek objąłby ok. 1,8 tys. najbogatszych Francuzów. Nie było dotąd nad Sekwaną tak radykalnego pomysłu na uderzenie ich po kieszeni. Gabriel Zucman uzasadnia zaś swój pomysł tak, że nowy podatek mógłby zasilić corocznie kasę państwową kwotą ok. 20 mld euro.
Zważywszy na stan finansów publicznych, jest to suma niebagatelna.
Interes budżetu i kwestia podatkowej sprawiedliwości
Dlaczego debata nad opodatkowaniem najzamożniejszych rozgorzała we Francji właśnie teraz?
Po pierwsze, chodzi o zapełnienie pustej kasy państwowej. W parlamencie toczy się w tych dniach burzliwa debata nad ustawą budżetową na rok 2026. Sytuacja finansów jest alarmująca: francuski dług publiczny wynosi już ok. 115 proc. PKB, a deficyt budżetowy ponad 5 proc. PKB. Wpływy z podatku dla najbogatszych miałyby pomóc w zatkaniu dziury budżetowej w przyszłym roku. Przynajmniej częściowo.
Drugi, głębszy powód popularności idei Zucmana sprowadza się do hasła: sprawiedliwość podatkowa. W minionych dekadach na całym świecie lawinowo rosły największe fortuny, a Francja wydaje się tu przypadkiem szczególnie jaskrawym.
Według wyliczeń magazynu ekonomicznego „Challenges”, w ciągu ostatnich 30 lat łączna wartość majątku pięciuset najbogatszych Francuzów urosła z równowartości 6 proc. PKB do równowartości aż 40 proc. PKB.
Jednocześnie – jak wylicza Zucman i jego ekipa – francuscy miliarderzy płacą w praktyce proporcjonalnie dwa razy mniej podatków niż przeciętni Francuzi. Średnio mieszkańcy Francji oddają fiskusowi prawie połowę swoich dochodów (licząc wraz ze wszystkimi składkami na ubezpieczenie społeczne i medyczne), a miliarderzy, według szacunków Zucmana, tylko ok. 25 procent.
Jak najbogatsi Francuzi unikają płacenia podatków
Jak to w ogóle możliwe? Przecież Francuzi, według danych Eurostatu, płacą – obok Duńczyków i Belgów – najwięcej podatków w krajach Unii (łącznie ze wszystkimi składkami społecznymi).
Rzecz w tym, że najbogatsi Francuzi stosują masowo coś, co doradcy finansowi nazywają optymalizacją podatkową. Ujmując to prościej: chodzi o sztukę płacenia jak najniższych podatków, bez wchodzenia w kolizję z prawem.
Najbardziej znanym sposobem jest migracja majątków multimilionerów, a także ich firm, do „rajów” podatkowych. W przypadku Francji mieszczą się one zresztą tuż za miedzą: w Luksemburgu albo w Belgii (gdzie np. zarejestrował część swoich przedsiębiorstw wspomniany Bernard Arnault).
Według dziennika „Le Monde” inną popularną metodą „optymalizacji” jest transfer osobistych majątków do rodzinnych holdingów, które nie podlegają podatkowi od dochodów osobistych. Tak właśnie robi wielu francuskich multimilionerów – pozwalają im na to luki w prawie.
Francja liderem Europy pod względem liczby milionerów
Obserwatorzy są zgodni, że sytuacja najbogatszych poprawiła się po tym, jak w 2017 r. urząd prezydenta objął Emmanuel Macron.
– Od początku jego pierwszej kadencji Macron prowadził politykę podatkową bardzo korzystną dla zamożnych. Między innymi zniósł obowiązujący wcześniej podatek dla najbogatszych, tzw. ISF [dosłownie: podatek solidarnościowy od fortun – red.]. Wprowadził też podatek liniowy od inwestycji finansowych – mówi „Tygodnikowi” Damien Pelé, dziennikarz ekonomiczny. Odpowiada on za coroczny „ranking 500” magazynu „Challenges”, czyli zestawienie najbogatszych francuskich rodzin.
Damien Pelé twierdzi, że to w dużej mierze dzięki prezentom fiskalnym Macrona dla zamożnych, Francja jest dziś – już trzeci rok z rzędu – liderem Europy pod względem liczby milionerów (przed Wielką Brytanią i Niemcami). Żyje tu 2,9 mln osób, których wartość majątku przekracza milion euro. Natomiast tych, których wartość majątku przekracza miliard euro, jest dokładnie 145.
I pomimo że mijający rok był raczej zły dla czołówki francuskich miliarderów, specjalizujących się w artykułach luksusowych i kosmetykach. Pięćset największych fortun notowało w ostatnim roku straty w wysokości 100 mld euro.
– Na spadek obrotów francuskich imperiów luksusu fatalnie wpłynęła podwyżka ceł na towary europejskie forsowana przez Trumpa, bo to Amerykanie byli dotąd ich głównymi klientami. Do tego doszedł słabszy wzrost gospodarczy na azjatyckich rynkach zbytu, zwłaszcza w Chinach, widoczny już od czasu pandemii – ocenia Pelé.
Francuskie dynastie finansowo-przemysłowe
Gdyby spojrzeć na pierwszą dziesiątkę najbogatszych francuskich rodzin – w zestawieniu magazynu „Challenges” – to widać, że dominują w niej spadkobiercy zamożnych „dynastii”. Rodziny Dumas (właścicielka marki Hermès), Wertheimer (marka Chanel), Bettencourt (marka L’Oréal) czy Dassault (przemysł lotniczy i zbrojeniowy) gromadziły majątek przez wiele pokoleń.
Do grona tego dochodzą także ci, którzy zdobyli fortunę na przestrzeni ostatnich dekad. Wśród self made manów wyróżnia się Bernard Arnault, który w tym roku zajmuje siódme miejsce na liście najbogatszych ludzi na świecie (jako jedyny nie-Amerykanin w tym zestawieniu).
Według „Forbesa” na początku 2024 r. Arnault był przez chwilę najzamożniejszym człowiekiem na globie, przed Elonem Muskiem i Jeffem Bezosem. Także najbogatszą kobietą na świecie była – przez kilka lat – Francuzka Françoise Bettencourt Meyers, szefowa L’Oréal (dziś jest na drugiej pozycji w światowej stawce kobiet).
Błyskotliwą karierę, wychodząc z ubogich paryskich przedmieść, zrobił obecny rekin branży telekomunikacyjnej Xavier Niel. Kilka lat temu nabył on od ówczesnych właścicieli z Kataru słynną paryską rezydencję Hôtel Lambert (dawną siedzibę Czartoryskich i ośrodek polskiej Wielkiej Emigracji w XIX w.).
Wprawdzie Niel sam dorobił się majątku, ale w umocnieniu pozycji finansowej pomogło mu związanie się z Delphine Arnault, córką właściciela LVMH i szefową Diora.
Podobnie jak w czasach XIX-wiecznego pisarza Honoriusza Balzaka, liczy się smykałka do operacji giełdowych i doza szczęścia. Ale w akumulacji kapitału pomaga też znalezienie zamożnego partnera czy partnerki. O czym dobrze wiedzą (nie tylko) francuscy miliarderzy.
Francuscy miliarderzy mają wpływy w rządzie i mediach
W dobie kryzysu ogromne fortuny wywołują często gniew lub zawiść. Jak się nie oburzać na to, że przykładowo w niedawnym rządzie premiera François Bayrou, liczącym 36 ministrów, ponad połowa jego członków była milionerami? Brzmi to jak afront dla Francuzów, uczonych od kołyski rewolucyjnej dewizy „wolność, równość, braterstwo”.
Inny zarzut formułowany wobec multimilionerów to próba ich zapanowania nad prywatnymi mediami. Największym magnatem medialnym jest dziś 73-letni Vincent Bolloré, właściciel telewizji informacyjnej Cnews, wielu gazet i wydawnictw. Miliarder (wartość majątku wg „Forbesa”: ok. 10 mld dolarów) i katolik o konserwatywnych poglądach otwarcie wspiera – za pośrednictwem swoich mediów – nacjonalistyczną prawicę po wodzą Marine Le Pen.
Na rynku mediów rywalizuje z nim wspomniany już Arnault, a także libańsko-francuski biznesmen Rodolphe Saadé (wartość majątku: ok. 8 mld dolarów).
Zawrotne dochody budzą też czasem sarkastyczne reakcje. W ten sposób lewicowy dziennik „Liberation” komentował niedawno rekordową zwyżkę akcji koncernu LVMH w ciągu jednej doby: „Spędziliście dobrą środę? Bernard Arnault także: zgarnął 16 miliardów euro w jeden dzień”.
Czy wizerunek „bogatych próżniaków” jest prawdziwy
Krótko mówiąc: we Francji mało kto lubi tych najbogatszych.
– Powszechna jest u nas opinia, że jeśli ktoś zgromadził ogromny majątek, to znaczy, że na kimś pasożytuje czy kogoś okradł. Inaczej niż w USA, we Francji nie jest to traktowane jako oznaka życiowego powodzenia – mówi Pelé.
Dynastie francuskich miliarderów żyją w swoim ekskluzywnym kręgu. Mają swoje zamknięte kluby, wysyłają dzieci do prestiżowych prywatnych szkół, dbają, by unikać mezaliansów, czyli małżeństw z niższymi klasami. Co więcej, część tych elit kultywuje do dziś, choć bez rozgłosu, tradycyjne rozrywki arystokracji – jak uroczyste polowania z nagonką w lasach koło Paryża (np. w Fontainebleau czy Compiègne).
Do złej reputacji bogaczy przyczynia się pewnie również katolicka tradycja Francji – nawet jeśli dziś mocno zlaicyzowanej. Nigdy nie zadomowiła się tutaj etyka protestancka z jej uznaniem dla finansowego sukcesu.
Do tutejszych bogaczy przylgnęła etykietka rentierów. Nie bez powodu. Według danych magazynu „Challenges”, 44 proc. najbogatszych Francuzów odziedziczyło swój majątek. Z drugiej jednak strony, ponad połowa z „pięćsetki” najbogatszych to przedsiębiorcy, którzy nie dostali sowitego spadku.
Obraz bogatych próżniaków jest zatem w znacznej mierze karykaturalny. Kontrprzykładem może być polsko-francuski przemysłowiec i bankier, założyciel Alior Banku w Polsce, Romain Zaleski (jeszcze w 2016 r. w czołówce fortun nad Sekwaną, dziś poza pierwszą „pięćsetką”). Znany ze skromności i unikania blichtru, Zaleski przez lata wspierał hojnie paryską Bibliotekę Polską, polskie muzea i młodych artystów.
Gabriel Zucman: „francuski Janosik”
Wracając do gorącej debaty nad „podatkiem Zucmana”: ekonomiści zgadzają się na ogół, że tutejsi multimilionerzy płacą za mało, ale są podzieleni w ocenie projektu Zucmana. Opowiada się za nim kilku noblistów, jak Joseph Stiglitz. Inni, w tym tegoroczny francuski laureat Nobla Philippe Aghion, uznają go za zbyt radykalny: według nich taki podatek uderzyłby nie tylko w najbogatszych, ale również w ich przedsiębiorstwa.
– Niektórzy właściciele nowych francuskich firm, np. innowacyjnych start-upów, mają wprawdzie na starcie duży kapitał, ale nie osiągnęli jeszcze dużych zysków, dywidend. W związku z tym, aby zapłacić taki podatek, musieliby sprzedać część akcji swoich firm. To szkodziłoby gospodarce – uważa Damien Pelé.
Inni argumentują, że taka „gilotynka” podatkowa skutkowałałaby eksodusem superbogaczy do rajów podatkowych.
Parlament dwukrotnie odrzucił już w tym roku „podatek Zucmana”, mimo poparcia go przez całą lewicę (ostatni raz w trakcie debaty budżetowej w październiku). Jednak także za sprawą 39-latka w swetrze we Francji słychać coraz głośniej, że unikanie płacenia podatków przez najbogatszych to skandal.
Nazwisko Gabriela Zucmana – francuskiego Janosika czy też, jak kto woli, Robin Hooda – pewnie jeszcze usłyszymy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















