Po 1989 roku mogło się wydawać, że nastąpił nie tylko koniec historii, ale też i koniec struktury klasowej, tak jak ją opisywała teoria marksistowska. Oba końce miały zresztą ze sobą wiele wspólnego. Skoro liberalna demokracja miała być jedynym systemem społeczno-politycznym, do którego po końcu zimnej wojny powinny aspirować wszystkie społeczeństwa pragnące cieszyć się dobrobytem i wolnością, to podziały klasowe również powinny odejść do lamusa.
Nie dlatego, że różnice majątkowe czy statusowe zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w krajach, w których do niedawna wsadzano ludzi do więzień za przekonania polityczne. Podziały klasowe miały nie tyle zniknąć, co ludzie mieli przestać się przez nie definiować. To nie wykonywany zawód czy otrzymywane zarobki miały określać to, do jakiej grupy należy dana osoba i jak myśli o swoim miejscu w społeczeństwie. Determinować miały nas gusta, zainteresowania, aspiracje, to, co konsumujemy, z kim się spotykamy – a nie to, z czego utrzymujemy się w danym momencie.
Pamiętam, jak na zajęciach ze „stratyfikacji społecznej”, tuż przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej, nasz wykładowca przekonywał, że teraz decydujące znaczenie będzie miał poziom wykształcenia. Liczby oczywiście podtrzymywały tę narrację. Po 1989 r. zarobki osób, które ukończyły wyższe uczelnie, faktycznie były wyższe od dochodów ludzi gorzej wyedukowanych, a pensje zatrudnionych w przemyśle (kiedyś wyznaczającym prestiż i status społeczny) malały.
Tyle że wyciągany z owych liczb wniosek, iż Polska stała się społeczeństwem merytokratycznym, w którym o sukcesie decydują talent i wiedza, a nie osobiste koneksje czy decyzje polityczne determinujące to, jaka branża będzie uznana za szczególnie istotną – oparty był na kilku błędnych założeniach.
Zbiorowe wyparcie znaczenia struktury klasowej
Po pierwsze, w narracji tej pomijano fakt, że okres transformacji politycznej i gospodarczej oznaczał dla wielu dobrze wykształconych ludzi zubożenie i utratę prestiżu. Jeśli pracowało się akurat w państwowej instytucji, w której nałożono limity wynagrodzeń w celu ograniczenia inflacji, to zwolnienie się z pracy, żeby handlować na bazarze ze stolika turystycznego – nie było wcale nieracjonalną decyzją.
Po drugie, początkowo wierzono, że karierę i awans społeczny zagwarantuje wyższe wykształcenie zdobyte na jakimkolwiek kierunku i na jakiejkolwiek uczelni. Dlatego trzeba było ukończyć liceum, a nie technikum czy tym bardziej szkołę zawodową, a potem zdobyć tytuł magistra „czegokolwiek”. Szybko się jednak okazało, że ta prosta winda awansu społecznego do niektórych pięter w ogóle nie dociera.
Po trzecie wreszcie, definiowanie siebie przez wybory konsumpcyjne w społeczeństwie, które w ostatniej dekadzie przed zmianą systemu doświadczyło ogromnych braków i niedostatku, wydawało się szczególnie kuszące, ale było tak samo złudne jak wiara w to, że wzięcie kredytu chwilówki wyciągnie nas z kłopotów finansowych. Zapominano, że konsumowanie bez realnej zmiany poziomu dochodów to tylko gra w udawanie kogoś, kim się nie jest.
Dziś można by stwierdzić, że od początku transformacji upłynęło bardzo dużo czasu, a polskie społeczeństwo realnie się wzbogaciło, więc profesorowie wyższych uczelni mogą handlować na bazarach co najwyżej w ramach badań terenowych. Nie trzeba też bawić się we Włochy, gotując spaghetti z sosem z torebki, tylko można kupić bilet taniej linii i polecieć do Rzymu lub Bari. Wiemy również, że dyplom dyplomowi nierówny i zdecydowanie nie każde studia gwarantują zatrudnienie w zawodzie czy też pracę w ogóle.
Z jednej strony podnieśliśmy aspiracje, z drugiej – ponad trzy dekady doświadczeń z gospodarką rynkową nauczyły nas patrzeć na nią bardziej realistycznie. A jednak to zbiorowe wyparcie znaczenia struktury klasowej, jakiego polskie społeczeństwo doświadczyło po upadku komunizmu, wraca do nas w najróżniejszych momentach.
Struktura ta stała się widmem, które nawiedza nas w momentach konfliktów społecznych, kształtuje nasze wybory polityczne, każe szukać korzeni, trajektorii awansu społecznego, a zarazem jest często wypierana, niezauważana lub bagatelizowana. Mit przezwyciężonych na dobre różnic klasowych ma się dobrze, choć tak naprawdę mało kto w niego wierzy. Gramy w klasy zupełnie na serio, ale udajemy, że to tylko zabawa.
Wieczna wojna elit z ludem, czyli Polska solidarna versus Polska liberalna
Tymczasem widmo tych podziałów wyłania się zza dowolnych biegunów, wokół których koncentrują się od lat dwie skonfliktowane połowy naszego spolaryzowanego kraju. Działo się tak wtedy, kiedy scenę polityczną organizował „ład postkomunistyczny”, a tym bardziej później, kiedy wedle wielu polityków i publicystów ukształtował się podział na Polskę „liberalną” i „solidarną”.
Chociaż ta pierwsza linia graniczna teoretycznie dotyczyła stosunku do przeszłości i panującego wówczas autorytarnego ustroju, to jednak rozgraniczenie miało również silny aspekt klasowy. W przeszłość patrzyli z tęsknotą nie tylko dawni aktywiści PZPR, ale też ci, którzy nie do końca radzili sobie w teraźniejszości, nie potrafili odnaleźć się w gospodarce rynkowej, sprostać konkurencji. Odważnie przed siebie spoglądali zaś wykształceni ludzie sukcesu, którzy chcieli, by Polska szybko doszlusowała do zamożnego Zachodu.
Ład społeczny po upadku PRL oznaczał więc na samym początku podział na „wygranych i przegranych transformacji”, ale zaczął erodować jeszcze przed aferą Rywina, kiedy postkomuniści postanowili stać się lewicą nowego czasu, której ton na Zachodzie nadawał Tony Blair. Jak mantrę powtarzano wtedy, że nie może być redystrybucji dóbr bez wcześniejszego wypracowania wzrostu gospodarczego.
Podział postkomunistyczny w końcu odszedł do przeszłości, ale nie oznaczał końca symbolicznego podziału na lud i elity. Teraz zagospodarowały go siły polityczne odwołujące się na różne sposoby do dziedzictwa Solidarności. Być może to ten wspólny rodowód sprawił, że tym silniej podkreślały różnice światopoglądowe i to, jak różne są Polski, które reprezentują.
PiS miał w tej narracji dawać głos i wspierać Polskę wspólnotową, szanującą tradycje narodowe, natomiast PO miała być głosem Polski indywidualistycznej, proeuropejskiej, czasem kosmopolitycznej. Ale tak jak w przypadku podziału postkomunistycznego, mówienie o Polsce liberalnej i solidarnej skrywało w gruncie rzeczy podziały klasowe, a przy okazji wyborów w 2015 r., po których do władzy wrócili samozwańczy reprezentanci Polski solidarnej, znowu mówiono o konflikcie między przegranymi i wygranymi transformacji – choć od zmiany ustroju minęło ponad ćwierć wieku.
Narracja o wojnie elit – zamożnych i indywidualistycznych – z gorzej wykształconym, biedniejszym i rzekomo wspólnotowym ludem powraca przy okazji każdych wyborów, w szczególności prezydenckich. Starcie w drugiej turze tylko dwóch kandydatów siłą rzeczy redukuje różnorodność poglądów i idei do konieczności opowiedzenia się za konkretną twarzą, konkretnym zestawem opinii, określoną osobowością. Ta redukcja sprzyja polaryzacji, ale też sprowadzaniu wszystkich różnic do jednej, za to zasadniczej: podziału na tych, którzy są „na górze”, i tych, którzy pozostają „na dole”. Na elitę i lud.
Nie tylko „elita” i „lud”: wielowymiarowy charakter podziałów w Polsce
Podczas ostatniej, brutalnej kampanii wyborczej ten symboliczny podział wrócił ze szczególną mocą. Nakręcił go z jednej strony szczególny moment – kandydat KO był szansą na dalsze rządy bez konieczności zmagania się z prezydenckim wetem. Dla głównej siły opozycyjnej jego wygrana oznaczałaby jednak „domknięcie systemu” i coraz mniejsze szanse na powrót do władzy.
Gdy opadł kurz po bitwie o Pałac Prezydencki, niektórzy analitycy i komentatorzy wskazywali, że przedstawianie starcia Rafała Trzaskowskiego z Karolem Nawrockim jako walki reprezentanta elity z trybunem ludowym jest nietrafione. W gruncie rzeczy mamy bowiem do czynienia z walką dwóch różnych elit. W tym tonie pisał na łamach „Tygodnika” Jakub Dymek, a myśl tę rozwijał na stronie Klubu Jagiellońskiego Rafał Gawlikowski, odwołując się do analiz Petera Turchina. Ich spostrzeżenia mówią coś ważnego o dynamice i charakterze walki o władzę w Polsce, nie unieważniając zarazem znaczenia i żywotności podziału na lud i elity w polskim życiu publicznym.
To prawda, że po ośmiu latach sprawowania władzy i rozdzielania intratnych stanowisk publicznych trudno uznać PiS za partię ludową. Sam Karol Nawrocki – jako doktor historii i wieloletni dyrektor IPN – nie pasuje do stereotypowego wizerunku człowieka z ludu. Nie oznacza to jednak, że partia i politycy tworzący tę uprzywilejowaną „kontrelitę” nie mogą odgrywać dawnych ról.
Profesor Mikołaj Cześnik, badający od lat kolejne elekcje w ramach Polskiego Generalnego Studium Wyborczego, w ostatnim czasie śledzi również (na podstawie danych z tego projektu) wpływ podziałów klasowych na sposób głosowania obywateli. W analizie przygotowanej niedawno dla Fundacji Batorego prof. Cześnik wskazuje, że podziały te mają w Polsce charakter wielowymiarowy. Wyznaczają je nie tylko majątek i wykształcenie, ale też cały zestaw kryteriów symbolicznych – używany język, deklarowane wartości, uczestnictwo w określonych praktykach społecznych, na przykład religijnych.
Zgrubny podział na „elity” i „lud” zakrywa ten wielowymiarowy charakter polskich podziałów. Jednocześnie to, że przynależność klasowa nie daje się sprowadzić do jednego kryterium, na przykład ściśle dochodowego, umożliwia politykom należącym do elity lub kontrelity stylizowanie się na przedstawicieli ludu. Zarówno Andrzej Duda, jak i Karol Nawrocki potrafili robić to bardzo skutecznie, a niewygodne fakty z biografii tego drugiego, ujawnione podczas kampanii, paradoksalnie uwiarygodniły go w części elektoratu jako „człowieka z ludu”.
Każda opcja polityczna ma własną klasę średnią, i każda fałszywą
Liberalna filozofia polityczna, ale też organizacje międzynarodowe (np. OECD) przypisują szczególne znaczenie klasie średniej. Wynika to z założenia, że jej stabilność i wysoka liczebność pozwalają nie tylko niwelować nierówności ekonomiczne, ale też rozładowywać napięcia między „elitą” i „ludem”. Klasa średnia, nie na tyle bogata, by forsować oligarchiczne interesy polityczne, ale wystarczająco zamożna, by nie kierować się w wyborach chęcią zapewnienia sobie „transferów socjalnych” – ma być gwarantem zrównoważonego budżetu i racjonalnych wyborów politycznych, podyktowanych dobrem wspólnym, a nie grupowymi interesami.
Jeśli przyjąć definicję klasy średniej stosowaną przez OECD („dochód rozporządzalny na osobę w gospodarstwie domowym mieści się w przedziale od 75 proc. do 200 proc. mediany dla kraju”), to niektóre szacunki, na przykład kalkulacje Eurofund z 2024 r., zaliczają do klasy średniej 68 proc. Polek i Polaków. Powinniśmy być zatem krajem wyjątkowo stabilnym, egalitarnym i mało spolaryzowanym.
Niektórzy badacze wskazują, że taka definicja klasy średniej sprawia, iż w gruncie rzeczy należy do niej każdy poza osobami skrajnie ubogimi lub wyjątkowo zamożnymi. I rzeczywiście, szerokie widełki dochodowe ujmują w jednej kategorii osoby o bardzo różnym poziomie życia. Definicja ta ma jednak pewną zaletę – pozwala uchwycić poziom naszych aspiracji, a zarazem niepewność osiąganego przez nas statusu. Jest ona zarówno źródłem lęku przed deklasacją, jak też paliwem dla dążenia do lepszego życia i awansu społecznego.
Ten niedookreślony i niepewny status klasy średniej to kolejny, poza inscenizowaną walką pomiędzy elitami i ludem, wymiar polskiej gry w klasy. Różne ugrupowania polityczne – także te obiecujące przełamanie duopolu – wytwarzają sobie własną klasę średnią. W zależności od politycznej potrzeby jest ona stabilna, zamożna i niepokoi ją rozdawnictwo, innym razem boi się zubożenia i oczekuje państwowych gwarancji swojego dobrobytu, a niekiedy jej głównym zmartwieniem jest to, że dwie największe partie zajmują się same sobą, a nie problemami „zwykłych Polaków”. Tak jak różne obozy mają swoje elity i lud, tak tworzą na własny użytek swoją klasę średnią.
Jak możemy wywrócić stolik, który ustawili dla nas politycy
Polskie gry w klasy są skuteczne politycznie, bo z jednej strony odpowiadają na rzeczywiste lęki – przed deklasacją czy zablokowanym awansem społecznym – a z drugiej korzystają z zaciemnionego obrazu struktury klasowej. Jednak prawdziwa chęć zrozumienia własnego miejsca w strukturze społecznej oraz drogi, jaką przebyły kolejne pokolenia, by znaleźć się w tym konkretnym miejscu – jest paląca. Świadczy o niej popularność i szeroki rezonans książek opisujących doświadczenie osób wywodzących się z nizin społecznych i starających się wydobyć z biedy oraz zależności.
Nie przypadkiem to badaczki i reporterki, opisujące losy i zmiany w świadomości kobiet, szczególnie wyłamują się z prostych narracji o elitach i ludzie. Jednocześnie ich prace zataczają o wiele szersze kręgi czytelnicze niż akademickie lub publicystyczne analizy. Książki Joanny Kuciel-Frydryszak („Chłopki. Opowieść o naszych babkach”) czy Antoniny Tosiek („Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet”) rezonują o wiele silniej niż uniwersyteckie analizy (choć i tam powstają cenne prace, jak „Poruszeni” Magdy Szcześniak) struktur klasowych, bo odwołują się do konkretnych doświadczeń.
Dyskutując o tym, czym faktycznie jest klasowość w życiu społecznym i jak jest praktykowana na co dzień, można wywrócić stolik do gry, który ustawili dla nas politycy. Klasowość determinuje nasze wybory polityczne tym bardziej, im bardziej jest wypierana i zamazywana. Jeśli faktycznie chcemy ją przekroczyć, musimy o niej dyskutować i brać pod uwagę całą jej złożoność. Nie zrobimy tego ani zapisując się do wyimaginowanej klasy średniej, ani wpisując się w podział na lud i elity, który stworzyli nam politycy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















