Do ogłoszenia kolejnego wielkiego triumfu Donald Trump wybrał swoją ulubioną platformę. „Ja (MY!) wygraliśmy wojnę z klimatycznym oszustwem. Bill Gates w końcu przyznał, że całkowicie się mylił w tej kwestii. Wymagało to odwagi i za to wszyscy jesteśmy wdzięczni” – napisał amerykański prezydent na Truth Social. W ten sposób w świat poszła wiadomość, że założyciel Microsoftu i jeden z najsłynniejszych filantropów świata skapitulował.
Czy rzeczywiście Bill Gates w sprawie ochrony klimatu zmienił zdanie, a może – jak wielu innych bogaczy z Doliny Krzemowej – w imię biznesowych układów podlizuje się amerykańskiemu prezydentowi?
Kiedyś to drugie nikogo by nie zdziwiło, bo Gatesa powszechnie uważano za korpodrapieżnika, który budując swoje imperium, bezwzględnie miażdżył konkurencję. Od przeszło 20 lat miliarder konsekwentnie budował jednak wizerunek filantropa i technokratycznego mędrca, którego słowa coraz chętniej chłonęli przywódcy państw, intelektualiści i dziennikarze. Teraz ta gładko zszyta opowieść mocno trzeszczy w szwach.
Czy Bill Gates odwołał zmiany klimatyczne?
Memorandum, które Gates opublikował na swojej stronie internetowej z okazji szczytu klimatycznego COP30 w Belém, wywołało euforię Donalda Trumpa i innych klimatycznych płaskoziemców, ale także konsternację aktywistów i naukowców. Miliarder, który niegdyś wzywał świat, by „innowacjami wydostać się z katastrofy”, teraz zdaje się obniżać poprzeczkę i przekonuje, że globalne ocieplenie „nie doprowadzi do zagłady ludzkości”, a świat powinien koncentrować się na rozwoju i dobrostanie ludzi, a nie na celach temperaturowych czy emisyjnych.
W odpowiedzi klimatolog Michael Mann zarzucił mu naiwny technologiczny optymizm. Al Gore w wywiadzie dla „Guardiana” był znacznie dosadniejszy: „Gdy Trump został ponownie wybrany, Bill zwolnił większość swego zespołu klimatycznego, poszedł do Białego Domu, obsypał Trumpa pochwałami, a potem opublikował serię oświadczeń, które zszokowały wszystkich naprawdę zaniepokojonych kryzysem. Jedyną entuzjastyczną recenzję wystawił mu Trump. Może właśnie o to chodziło”.
„To zupełne niezrozumienie mojego tekstu” – odpowiada Gates. Twierdzi, że nie zmienia stanowiska, a jedynie przesuwa akcenty, by podkreślić wagę walki z biedą, konieczność poprawy zdrowia publicznego i długofalowych innowacji technologicznych. Dla aktywistów miliarder stał się jednak tym, który przeszedł na ciemną stronę, choć jego megafundacja miała być szansą na lepszą przyszłość.
Niegdyś najbogatszy człowiek świata konsekwentnie i w dużej mierze skutecznie od 2000 r. budował wizerunek „dobrego miliardera”. Człowieka, który swoją fortunę przeznacza na poprawę warunków życia najbiedniejszych.
Gates Foundation, powołana przez niego i jego ówczesną żonę Melindę, dysponuje ponad 77 mld dolarów (to budżet wyższy niż PKB 113 państw świata). Wydaje pieniądze na walkę z biedą, chorobami i zmianami klimatu. Za działalność charytatywną na bezprecedensową skalę Gatesowie w 2005 r. otrzymali od magazynu „Time” tytuł ludzi roku.
Tyle że siwy geek w okularach ze szkłami grubymi jak denka od butelki, który opowiada o tym, jak bardzo troszczy się o ludzkość, to Bill Gates 2.0, a nie oryginał. Wielu młodszych czytelników ma prawo nie pamiętać, że jeszcze kilkanaście lat temu tego samego człowieka powszechnie uważano za diabła wcielonego.
Jak powstawał Microsoft
Zaczęło się od komputera w szkole. Rodzina przyszłego miliardera należała do lokalnych elit Seattle. Matka była energiczną liderką organizacji charytatywnych, ojciec znanym prawnikiem. W rodzinnych wspomnieniach powraca obraz chłopca skrajnie upartego, zamkniętego w sobie, reagującego na proste polecenia irytacją lub milczeniem. Gdy wylądował u psychologa, ten miał doradzić rodzinie, by pozwoliła mu rozwijać zainteresowania i kierować własnym czasem.
Trafił do drogiej, prywatnej szkoły Lakeside. Było tam coś w latach 60. XX w. praktycznie nieosiągalnego dla nastolatków. Komputer. Rodzice uczniów zrzucili się na terminal Teletype i blok czasu na komputerze General Electric. To właśnie tam Gates poznał późniejszego wieloletniego wspólnika Paula Allena. I to właśnie w Lakeside chłopcy zaczęli programować.
Szybko trafili jednak na barierę: limit czasu nałożony przez firmę udostępniającą szkole urządzenie. Więc chłopcy zaczęli ją obchodzić. A przy okazji szukali innych luk w zabezpieczeniach i analizowali systemy. Znaleźli sposób na obejście ograniczeń czasowych, ale to skończyło się zawieszeniem im dostępu.
Gdy firma C-Cubed odkryła, że nastolatkowie potrafią wykrywać błędy lepiej niż jej własny zespół, zaproponowała im… współpracę. Odtąd mieli wyszukiwać usterki systemu w zamian za darmowy czas komputerowy.
Drogi Gatesa i Allena ponownie się skrzyżowały w 1975 r. Paul przerwał studia i pracował jako programista, natomiast Bill dostał się na Harvard, gdzie w równym stopniu co z pracowitości słynął z nocnych sesji pokera.
Pewnego dnia Allen wpadł do niego z egzemplarzem „Popular Electronics”, na okładce którego błyszczał Altair 8800 – pierwszy komputer osobisty. Obaj wiedzieli, że muszą coś z tym zrobić. Gates rzucił Harvard. Allen rzucił pracę.
Założyli Micro-Soft (tak oryginalnie nazywała się ich wspólna firma). Chcieli razem zrobić „coś”. Stworzyli imperium. Ich systemy operacyjne – najpierw MS-DOS, potem Windows – stały się de facto fundamentem, na którym zbudowano komputerową rewolucję lat 80. i 90.

Rewolucje oglądane „od środka” rzadko wyglądają jednak tak dobrze, jak w opowieściach ich zwycięzców. Wczesny Microsoft był w równym stopniu chaotyczny, ekscytujący i toksyczny.
Gates potrafił do późna sprawdzać, kto jeszcze jest w pracy, a kto wyszedł „za wcześnie”, a w soboty objeżdżał parking pod siedzibą firmy i zapamiętywał tablice rejestracyjne samochodów pracowników. A ci opowiadali później, że zarządzał nimi jak programista, który patrzy na ludzi jak na błędy w kodzie.
Monopol Microsoftu
Jeden z najbardziej dramatycznych rozdziałów tamtej epoki dotyczył relacji Gatesa z Paulem Allenem. Choć to Allen przyszedł z pomysłem założenia firmy, a później negocjował dla niej pierwsze zlecenia, Gates zaczął przesuwać granice udziałów tak, by to on miał głos decydujący.
Z pierwotnego układu 60:40 zrobiło się 64:36, czego Allen ponoć nigdy do końca mu nie wybaczył. Gdy w 1982 r. zdiagnozowano u niego chłoniaka, przypadkowo usłyszał, jak Gates z jednym ze współpracowników dyskutuje, jak pozbyć się go z firmy albo przynajmniej zmniejszyć jego udziały.
Gates twierdził, że „nie pamięta tego w ten sposób”, ale relacje świadków z tamtych lat sugerują, że nie była to jedyna sytuacja, w której potrzeba kontroli prezesa wygrywała nad lojalnością.
W latach 90. Gates był – bez wielkiej przesady – ucieleśnieniem całego zła sektora wysokich technologii. W popkulturze przedstawiano go jako cyfrowego tyrana, w prasie jako „najpotężniejszego monopolistę Ameryki”, a w Dolinie Krzemowej uznawano za człowieka, który nie toleruje żadnych granic poza tymi, które sam sobie stawia.
Taka reputacja zapewne częściowo wynikała z zawiści. Microsoft rósł wtedy tak szybko, że wydawał się nie tyle firmą technologiczną, co żywiołem. Gates nie grał elegancko, budując swoje imperium i monopolistyczną pozycję Windows (Apple było na krawędzi bankructwa, a Linux był znany jedynie garstce zawodowców i maniaków). Brutalnie wycinał konkurencję dla swoich systemów operacyjnych, pakietu Office czy przeglądarki Internet Explorer.
W firmie funkcjonowało wtedy sformułowanie, które miało być jej całym mission statement (misją przedsiębiorstwa): „Embrace, extend, extinguish” (Przygarnij, rozwiń, wyeliminuj). Microsoft miał przyjmować cudze standardy, rozbudowywać je o własne, niekompatybilne funkcje, a potem, gdy użytkownicy byli już uzależnieni od zmodyfikowanej wersji, wypierać z rynku tych, którzy pierwsi je stworzyli. Na przykład podrzucając im świnię.
Wystarczyło kilka fragmentów kodu, aby konkurencyjne oprogramowanie odpalone w Windowsach zaczęło wyświetlać ostrzegawcze komunikaty albo działać wolniej. Użytkownik nie wiedział, czy problem tkwi w jego komputerze, czy w firmie, która miała odwagę rzucić wyzwanie Microsoftowi.
W 1998 r. Departament Sprawiedliwości USA wytoczył firmie proces antymonopolowy. Gates nie zniósł tego dobrze. Podczas przesłuchań miliarder odpowiadał na pytania z wyraźną irytacją, sprawiając wrażenie człowieka, który nie potrafi przyjąć, że ktoś może go z czegokolwiek rozliczać. Wizerunek wybitnego programisty, który zbudował firmę w garażu, ustąpił miejsca obrazowi lidera, który stracił kontakt z rzeczywistością.
Jak zmieniał się Bill Gates
To wtedy przytrafił mu się wypadek, który przypieczętował ten „imperialny” epizod w jego życiu. Podczas wizyty w Brukseli, gdy wysiadał z samochodu na spotkanie z przedstawicielami Komisji Europejskiej, niespodziewanie podeszło do niego trzech aktywistów. Jeden rzucił mu w twarz ciastem z bitą śmietaną. Chwilę później w okulary poleciało drugie. Potem trzecie. Całość trwała kilkanaście sekund. Chyba wystarczyło.
Nagranie pokazywało zaskoczonego miliardera, który nerwowo ociera oczy. Dla sprawców była to manifestacja, próba powiedzenia, że bogacz nie stoi ponad społeczeństwem. Jeśli proces antymonopolowy pokazał Gatesowi, że rząd Stanów Zjednoczonych może wymierzyć mu cios, to w Brukseli dowiedział się, że może to zrobić także zwykły obywatel. Tak, był potężny, ale nie był nietykalny.
Zapewne nie ma przypadku z tym, że wkrótce potem powstała jego fundacja, a on zaczął coraz częściej pojawiać się nie w laboratoriach Microsoftu, ale w salach konferencyjnych. Powoli wycofywał się z codziennego zarządzania firmą.
To podobno za podszeptem legendarnego inwestora Warrena Buffeta z technologicznego tyrana Gates postanowił się przeobrazić w globalnego dobroczyńcę. Decyzja ta mogła być jednak w równej mierze dyktowana względami etycznymi, co pragmatycznymi.
Po dekadzie sądowych batalii, oskarżeń o praktyki monopolistyczne oraz ciosów wizerunkowych, Gates potrzebował nowej roli. Filantropia wydawała się rozwiązaniem idealnym. A do tego dawała mu coś jeszcze – możliwość działania na skalę nawet większą niż w roli prezesa Microsoftu.
Już w 2000 r. fundacja Gatesów zaangażowała się w tworzenie GAVI, globalnego sojuszu na rzecz szczepień. Prywatne pieniądze popłynęły na strategie poprawy zdrowia publicznego w skali, jakiej dotąd świat nie widział. Dla wielu państw w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej Gates stał się architektem ich systemów zdrowotnych.
W kolejnych latach fundacja rosła jak wszystko, czego dotykał miliarder. Zaczęto mówić, że jej roczny budżet jest większy niż w WHO. A nazwisko Gatesa otwierało drzwi prezydentów, premierów, szefów agencji międzynarodowych.
Oczywiście, że nie wszystkim się to podobało. Krytycy zarzucali fundacji, że wspiera rozwiązania zgodne z logiką rynkową, nawet jeśli takie podejście nie zawsze służy interesowi publicznemu. Dziennikarze pytali, czy miliarder powinien decydować, jakie choroby są priorytetowe.
Toczyły się debaty, czy fundacja nie przekształca globalnego zdrowia w wielką platformę projektów, wskaźników i „optymalizacji”. Gates odpowiadał, że celem jest skuteczność, nie popularność.
Nie sposób jednak odmówić mu efektywności. Światowe wskaźniki zachorowań na polio, odrę czy rotawirusy spadały szybciej niż kiedykolwiek. GAVI, według własnych wyliczeń, uratowało miliony ludzi.
Bill Gates i Jeffrey Epstein
Historia o odkupieniu techno-tyrana ma jeszcze jeden zwrot. Jeśli lata 2000–2015 były okresem wizerunkowej odbudowy Gatesa, to późniejsze śledztwa i publikacje pokazały, że filantropia, nawet na tak wielką skalę, nie wygumkuje błędów przeszłości.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych wątków jest relacja miliardera z Jeffreyem Epsteinem. Nie chodzi jednak o to, że Gates został kiedykolwiek oskarżony o udział w przestępstwach Epsteina. Problem jest inny: Gates spotykał się z człowiekiem, który już wtedy był zarejestrowanym przestępcą seksualnym.
Gates poznał go około 2011 r., trzy lata po tym, jak Epsteina po raz pierwszy skazano za przestępstwa wobec nieletnich. Ich rozmowy dotyczyły – według wersji Gatesa – filantropii i możliwości pozyskania funduszy od ultrabogatych znajomych Epsteina na rzecz globalnych projektów zdrowotnych. Pedofil twierdził, że „ma dojścia”.
Melinda French Gates, wówczas jeszcze żona Billa, od początku miała być przeciwna tym kontaktom. Po latach przyznała, że jej sprzeciw wynikał z „intuicji moralnej” i „niezwykle niepokojącego pierwszego wrażenia”, jakie zrobił na niej Epstein. Nie była jedyna.
Gdy w 2019 r. Epstein został aresztowany po raz drugi, a niedługo później znaleziono go martwego w celi, media zaczęły się przyglądać jego kontaktom, kalendarzom, listom lotów. Nazwisko Gatesa wypłynęło szybko i choć liczba spotkań nie była długa, to wystarczyło, by rozpętać burzę. Świat zadał sobie pytanie, jak to możliwe, że człowiek o takiej pozycji, takiej inteligencji i takiej wrażliwości na PR nie rozpoznał, że Epstein próbuje kupić sobie wiarygodność jego nazwiskiem?
Melinda w jednym z wywiadów powiedziała, że kontakty z Epsteinem były „czymś, czego nie mogła zaakceptować”, i „powodem, który przyczynił się do rozpadu małżeństwa”. Bill w 2021 r. przyznał, że „popełnił błąd”, „żałuje spotkań” i „nie powinien był nigdy się z Epsteinem kontaktować”.
Nikt nie wie, czy to szczery żal, tak jak nikt nie wie, czemu uważał, że w ogóle Epsteina potrzebuje. A w rozwianiu wątpliwości nie pomaga, że byłe pracownice Microsoftu i fundacji zaczęły opowiadać o – szczerze mówiąc dość niezgrabnych – zalotach żonatego szefa. Melinda wystąpiła o rozwód, który został sfinalizowany w 2021 r., po 27 latach małżeństwa.
Czy Bill Gates przeszedł do obozu Donalda Trumpa?
Memorandum przed COP30 to nie pierwszy raz, gdy Gates znalazł się w orbicie Donalda Trumpa. Po wyborach w 2016 r. Gates był jednym z miliarderów, którzy odwiedzili przyszłego prezydenta w Trump Tower.
Po wyjściu stamtąd Gates mówił, że przyszły gospodarz Białego Domu to szansa na „nowe podejście do innowacji” i „na połączenie energii sektora prywatnego i rządu”.
Trump natychmiast wykorzystał tę deklarację, mówiąc: „Bill naprawdę rozumie, co robię”.
W kolejnych miesiącach widzieli się jeszcze dwa razy. Trump ogrzewał się w powszechnej sympatii dla miliardera, a Gates – przynajmniej tak wynika z jego deklaracji – chciał zapobiec szkodom, jakie Trump może wyrządzić globalnym programom zdrowotnym i klimatycznym. Wydarzenia kolejnych lat pokazały, jak niewiele wskórał.
Teraz amerykański prezydent znów gra w tę samą grę. W sprawie memorandum klimatycznego Gatesa usiłował pokazać, że są po tej samej stronie. Głos miliardera nie przebija się jednak przez kakofonię poklaskujących Trumpowi zwolenników.
A wkrótce sytuacja może się powtórzyć po raz trzeci w związku z planowanym ujawnieniem kolejnych dokumentów dotyczących Epsteina, gdzie oba nazwiska potężnego polityka i potężnego biznesmena znów mogą pojawić się obok siebie.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















