Edward Augustyn: „Ci którzy systemowo chcą zatrzymywać imigrantów, poprzez ich zawracanie i militaryzację granic, popełniają grzech ciężki”. To jedna z ostatnich wypowiedzi papieża Franciszka. Nie jest Ksiądz Biskup rzecznikiem papieża, ale musi się za niego wytłumaczyć.
Bp Krzysztof Zadarko: Każdy biskup jest rzecznikiem papieża. A przynajmniej powinien być, solidaryzować się z tym, co papież mówi, rozumieć, o co mu chodzi. Biskupstwo ma sens wtedy, kiedy jest w jedności z papieżem.
O co więc chodzi? Otwarcie granic na oścież? Przyjęcie wszystkich?
Nie do końca. Dokumenty Kościoła na temat uchodźców, a zwłaszcza ten najważniejszy, „Przyjęcie Jezusa Chrystusa w uchodźcach i przymusowo przesiedlonych” z 2013 roku, formułują warunki, jakie muszą spełnić osoby, które chcą zostać przyjęte w nowym kraju. A więc: uszanowanie lokalnej tradycji, kultury, religii, prawa i zasad bezpieczeństwa. Papież może nie za często o tym mówi, ale to oficjalna nauka Kościoła.
Zwykle po prostu apeluje o przyjęcie.
To prawda. Bo to jest najważniejsze. Jeżeli zaczniemy od dyskusji o warunkach, to nigdy nie dopuścimy do przyjmowania. Uczepimy się tych warunków i znajdziemy tysiące sposobów, żeby nie pójść krok dalej. A tu chodzi nie tylko o nasze ewangeliczne podejście, ale o zwykłą wrażliwość, która jest tak bardzo potrzebna w czasach pełzającej obojętności, jak mówił już Jan Paweł II. To obojętność na drugiego człowieka, który w pewnym momencie staje się niedostrzegany, traktowany jak śmieć. To ważna część nauczenia Franciszka. Przyjęcie musi być jednoznaczne. Dlatego że rośnie liczba ludzi odrzuconych i wyzyskiwanych.
Najważniejszy nie ma być interes państwa czy bezpieczeństwo narodowe, lecz człowiek, niezależnie od tego, czy został formalnie uznany za uchodźcę, czy nie – mówi wspomniany dokument.
Papież kilka razy to zdanie przypomniał. Powtórzył je też abp Gądecki. W przypadku konfliktu wartości – ratowanie człowieka czy ochrona granic – priorytetem dla chrześcijanina jest dobro człowieka. To się tyczy np. granicy polsko-białoruskiej. Nie można posługiwać się z góry przyjętymi założeniami, że to wrogowie przysłani przez Putina. Że sami są sobie winni, bo dali się naciągnąć. Że przekraczają granicę nielegalnie, a powinni zdobyć wizę i pójść na legalne przejście. To wszystko może być prawdą, tylko że wtedy ginie nam z oczu człowiek. A my czujemy się w porządku, mamy po swojej stronie argumentację prawniczą, socjologiczną, polityczną, tylko nie mamy tego, co najważniejsze dla chrześcijanina – wrażliwości ewangelicznej i humanitarnej.

Papież i Kościół nie widzą w migracji żadnego zagrożenia?
Kościół ma doświadczenie dwóch tysięcy lat i takich „fal migracyjnych” było bardzo dużo, choćby wędrówki ludów z I tysiąclecia. Na podstawie tych doświadczeń Kościół formułuje bardzo roztropne warunki, które muszą być spełnione, by uniknąć naiwności czy utopijnych wizji, które mają tylko pozory ewangelicznych ideałów. Ewangelia jest bardzo konkretnie zakorzeniona w życiu człowieka.
Wiemy, jak się skończyły te wędrówki ludów – przemocą i grabieżą, upadkiem państw i kultur.
Powstała nowa Europa. Chrześcijaństwo nie zniknęło. Pojawiła się cywilizacja christianitas. To wszystko stałoby się niezależnie od tego, czy Kościół zachowałby się wtedy tak, czy inaczej. Nic by nie dało zwieranie szyków czy przeciwstawianie się nawałnicy obcych.
Wiele osób uważa, że można i trzeba się przeciwstawić. Mówi Ksiądz Biskup, że ważny jest konkretny człowiek, który przechodzi przez płot, ale dlaczego mniej ważni mają być ci, którzy boją się o swoje rodziny, zgwałcone kobiety, ci, którzy ucierpieli z rąk islamskiego nożownika. Ludzie po prostu się boją.
Lęki są uzasadnione, nie wolno ich ignorować. Ale problem polega na tym, że zamiast zarządzać zjawiskiem migracji, zarządzamy lękiem. To dwie różne rzeczy, tylko z pozoru wspólne. Jeżeli na naszej granicy stanie człowiek, który prosi, by go wpuścić, i chce spełnić warunki, o których wspominałem, a my mamy narzędzia, żeby to kontrolować, dlaczego mamy go nie wpuścić? Dlaczego mamy odmówić lepszej przyszłości człowiekowi, który ucieka ze swego kraju nie dla kaprysu, ale by zapewnić przyszłość swoim dzieciom?
Tylko tych ludzi jest coraz więcej. W samej Afryce żyje 1,5 miliarda ludzi. Nawet niewielki procent chętnych daje kilkadziesiąt milionów osób u granic Europy.
I to jest problem, na który musimy już teraz zacząć reagować. A nie widać żadnych działań w tym kierunku. Dlatego papież mówi, że muszą zostać podjęte wysiłki na płaszczyźnie międzynarodowej, by stworzyć mechanizmy legalnej, regulowanej migracji.
Jakie mogą być legalne metody migracji dla kilkuset milionów ludzi?
Przede wszystkim musimy tworzyć mechanizmy zatrzymania ich w Afryce, stworzenia dla nich perspektyw na przyszłość. Ale to nie jest zadanie dla Kościoła, przepraszam bardzo. To zadanie dla polityków, ludzi biznesu, korporacji. To oni są głównymi sprawcami nieszczęścia, jakim jest migracja. Oni doprowadzają do tego, że ludzie uciekają ze swoich krajów. Kościół nie jest od formułowania technicznych rozwiązań.
A co może zaproponować?
Moim zdaniem najlepszym i najbardziej ewangelicznym podejściem są „korytarze humanitarne” stworzone przez wspólnotę Sant’Egidio. To nie tylko ratowanie ludziom życia, wydobywanie ich z piekła wojny, ale także przygotowywanie ludzi, którzy zechcą się nimi opiekować. Każda sprowadzona rodzina jest przypisana do konkretnej rodziny, która towarzyszy im przez kilka lat, pomaga w edukacji, pracy, odnalezieniu się w lokalnej społeczności. W ciągu 8 lat tylko do Włoch udało się legalnie sprowadzić 7,5 tys. osób. To jest niesamowita liczba. Korytarze działają w czterech krajach: Włoszech, Francji, Belgii i Andorze.
My jednak mówimy o milionach imigrantów. Skąd wziąć tyle rodzin, które ich przyjmą?
Zgoda. Ale mówię o mechanizmie, nie o liczbach, które dla wielu mogą się wydać nieznaczące. Nie możemy mówić, że skoro nie da się przyjąć wszystkich, to nie przyjmujmy nikogo. Znamy wezwanie Jezusa z Ewangelii św. Mateusza, rozdział 25: „byłem obcy, a przyjęliście mnie”. Lub nie przyjęliście. Uważam, że „korytarze humanitarne” to model, który powinno się powielać, by ratować życie. Zupełnie inny, niż przyjęto na Zachodzie, gdzie myśli się tylko o demografii i ekonomii.
Model niemiecki czy francuski oparty jest na pracy. Jeden ze szwajcarskich filozofów powiedział: „ściągnęliśmy siłę roboczą, a okazało się, że przyjechali ludzie”. Ludzie – mający rodzinę, żonę, dzieci, tradycję, kulturę. Zbagatelizowano fakt, że ludzie oprócz pracy potrzebują też pielęgnować swoje tradycje, a przede wszystkim poznać miejsce i społeczeństwo, które ich przyjęło. Korytarze humanitarne Sant’Egidio polegają na budowaniu relacji.

Dlaczego w Polsce nie udało się ich wprowadzić?
Już w 2015 r., w odpowiedzi na apel papieża, by każda plebania przyjęła jedną syryjską rodzinę, przyjęliśmy na konferencji episkopatu projekt „Rodzina rodzinie”, by pomóc syryjskim uchodźcom materialnie. Potem pojawiła się kwestia korytarzy humanitarnych, ale została kategorycznie odrzucona przez rząd. Przez następny również. Wtedy to było niemożliwe.
Mówimy o rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. A czy przy rządzie Donalda Tuska jest to możliwe?
Mam wątpliwości, czy dziś w ogóle znaleźliby się chętni do włączenia się w taki projekt, gdybyśmy nawet znowu go ogłosili. Jest zupełnie inna atmosfera. Bardzo nad tym boleję. Pozostają rozwiązania populistów.
Kontakty Księdza Biskupa z obecnym rządem są łatwiejsze?
Czekamy na jeden bardzo ważny krok, czyli dokument o polityce migracyjnej państwa polskiego. Myślę, że dopiero z czasem zobaczymy, jak ten rząd sobie radzi z imigracją. Wspólnota chrześcijan, podobnie jak organizacje pozarządowe, mogą podejmować swoje wysiłki na rzecz integracji po działaniach rządu i samorządów. Nie jesteśmy od tworzenia alternatywnych modeli imigracyjnych. To kompetencja państwa.
Za poprzedniego rządu po polskiej stronie granicy z Białorusią zginęło co najmniej kilkadziesiąt osób. Z powodu nieudzielenia im pomocy.
Ofiar było więcej. Ale nie tylko z tego powodu. Sytuacja nie jest czarno-biała. Część ludzi odmawiała złożenia wniosku o azyl w Polsce. Dlatego całkowicie lege artis byli zawracani. Niektórzy świadomie wybierali pushback, żeby spróbować jeszcze raz, bo może się uda przejść, zabiorą ich umówieni przemytnicy, dojadą do Berlina. Nie wszyscy więc zostali źle potraktowani czy odmówiono im pomocy. Niektórzy ryzykowali sami. Takie przypadki też mogły się zdarzyć.
Co Ksiądz Biskup czuł, słysząc o śmierci na granicy?
Byłem kilka razy na cmentarzu muzułmańskim w Bohonikach. Za każdym razem zadaję sobie to pytanie: czy zrobiliśmy wszystko – my, katolicy, chrześcijanie – żeby do tych śmierci nie dopuścić. Wiem, że na wojnie ludzie giną, a tu też mieliśmy fragment wojny, tak zwanej hybrydowej. Ale to nie może nas usprawiedliwiać.
A zatem: zrobiliśmy wszystko?
Na pewno mogliśmy zrobić więcej. Na pewno za mało o tym mówiliśmy. Choć w grudniu 2021 r. napisaliśmy apel o humanitarne traktowanie imigrantów na granicy. Podpisaliśmy go we czterech: Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, bp Jerzy Samiec, zwierzchnik Kościoła ewangelicko-augsburskiego, Tomasz Miśkiewicz, mufti Muzułmańskiego Związku Religijnego w Polsce, i ja. Złożyliśmy go w sekretariacie gabinetu prezydenta Andrzeja Dudy. Potem ten apel podjął jeszcze abp Wojciech Polak, kierując go do ministra Mariusza Kamińskiego.
Apele nic nie dały. Rząd zabronił udzielania pomocy na granicy.
Padły zapewnienia, że pomoc funkcjonariuszy jest wystarczająca. Uważam, że wybieg ze stworzeniem „strefy zero”, w której nie wolno było nikomu przebywać i nie można było uzyskać żadnych zezwoleń, nie był dobrą decyzją. Dla mnie ważne jest też pytanie, czy Caritas, nasza organizacja, zrobiła wszystko. Owszem, otworzyliśmy punkty z pomocą, tzw. namioty nadziei, ale mam wrażenie, że można było zrobić więcej. Na przykład pójść do lasu, tak jak wolontariusze z różnych organizacji pozarządowych.
To było traktowane jako przestępstwo.
Tak. Dlatego rozumiem ludzi, z Caritasu czy tamtejszych parafii, którzy nie poszli. Nie oceniam ich. Ryzykować więzienie, zostawić żonę i dzieci – to krok heroiczny. Ale dobrze, że znaleźli się tacy, którzy zostawili wszystko i poszli do lasu. W kilku przypadkach spotkało się to z represjami ze strony państwa i jego służb. Dotknęły choćby wolontariuszy z Klubu Inteligencji Katolickiej z Warszawy, ale nie tylko. Lista tych, którzy byli w jakiś sposób poddani represjom, jest dłuższa.
Dziś jest lepiej?
Z tego, co wiem, nastąpiła zmiana w podejściu do migrantów na granicy białoruskiej i do tych, którzy spieszą z pomocą humanitarną. Widać, że można to robić inaczej. Co prawda nadal jest strefa, ale mniejsza i jest możliwość dotarcia do potrzebujących przez organizacje humanitarne, które są tam obok służb, bo te przecież nie są w stanie wszędzie dojść z pomocą.
Natomiast ciągle zdarzają się przypadki, że ludzi, którzy pomagają na granicy, traktuje się jak zdrajców. To jest, według mnie, hańba. Powiedzieć, że ktoś, kto śpieszy z pomocą, jest zdrajcą albo ruską onucą, jest okrutne, niesprawiedliwe i nieodpowiedzialne.
Niepokoi mnie też sprawa tzw. patroli obywatelskich, które są już nie tylko na granicy, na Białostocczyźnie czy Podlasiu, ale także w innych miejscach w Polsce. Tego nie wolno przemilczeć. Ideologicznie motywowana wrogość wobec człowieka obcego przybiera strój patriotyzmu. To deformacja miłości bliźniego. Chrześcijańska miłość bliźniego nie może być adresowana jedynie do swoich. Jezus mówi w Kazaniu na Górze: „Jeśli pozdrawiacie tylko swoich braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5, 47).
Jak Kościół będzie reagować?
Powinniśmy o tym mówić, gdzie się da. Krążące w sieci obrazy przypominają samosądy. To zaprzeczenie cywilizacji chrześcijańskiej, naszej rodzimej kultury polskiej, którą w ten sposób broni się przed obcymi. Z drugiej strony jest pytanie: jak reagować na patologiczne, wręcz przestępcze zachowania obcokrajowców? Wyłudzanie pomocy społecznej, manifestowany nacjonalizm, przywieziony ze sobą z kraju pochodzenia, przestępstwa, nawet zorganizowane, połączone z agresją, przywileje kosztem naszych obywateli. To musi niepokoić, by nie powstało wrażenie tolerancji dla nieuczciwości.
Dlaczego nie było listu pasterskiego biskupów na temat kryzysu imigracyjnego?
Były komunikaty Rady ds. Migrantów i Uchodźców.
Ale nie są odczytywane w kościołach. Trzeba je sobie znaleźć na stronie internetowej episkopatu.
Są przekazywane do wykorzystania duszpasterskiego, czyli o tym, czy będą czytane, decyduje biskup, ewentualnie proboszcz. Listu pasterskiego rzeczywiście nie było. One w ogóle są bardzo rzadkie, kilka w roku. Poza tym myślę, że ludziom nie potrzeba listu biskupów, by zachowali się jak należy, co pokazała choćby reakcja społeczeństwa po wybuchu wojny w Ukrainie. Choć oczywiście chciałbym, żeby taki dokument powstał.
Reakcja na uchodźców wojennych z Ukrainy to inna sprawa.
Dlaczego?
To był piękny gest Polaków, który stał się wymówką, że skoro przyjęliśmy Ukraińców, to nie musimy przyjmować muzułmanów.
Owszem, jest problem z przyjęciem imigrantów obcych kulturowo. Tyle że oni w naszym społeczeństwie i tak już są. Mamy w Polsce Wietnamczyków, Koreańczyków, Chińczyków. Mamy 200 tys. muzułmanów z Azji i Afryki. Myślę, że oni są coraz bardziej akceptowani, że następuje proces uczenia się albo oswajania z nimi. Czy słyszał pan o jakichś incydentach na ulicach, manifestacjach, buntach?
Sam Ksiądz Biskup mówił o patrolach obywatelskich.
Incydenty są. Ale myślę, że naprawdę zdajemy w tym momencie egzamin z otwartości.
Polacy oglądają telewizję i widzą, co dzieje się w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii.
Tak. I te lęki należy poważnie traktować. Nie potępiać ich i w imię politycznych rozgrywek nie oskarżać się o ksenofobię. Ale też nie karmić społeczeństwa tylko takimi obrazami. Badania opinii społecznej pokazują, jak bardzo zmienia się nasz stosunek do imigrantów podczas kampanii wyborczej, gdy operuje się kliszami i propagandowymi hasłami. Nie słyszę odpowiedzialnego głosu w Polsce, czy chcemy budować przyszłość w społeczeństwie wieloetnicznym i wieloreligijnym. Kościół jest z natury powszechny i chce głosić Ewangelię wszystkim.
Kościół jest instytucją hierarchiczną, jak wojsko. Biskupi mają słuchać papieża, księża biskupów, a wierni – swoich proboszczów. Od tych proboszczów, księży pierwszego kontaktu, bardzo dużo zależy, bo oni co tydzień mówią ludziom, jak żyć. Jaki wpływ ma Rada, którą Ksiądz Biskup kieruje, na zwykłych księży? Na ich formację?
Dziwny model Kościoła pan ma, taki koszarowy. Tak, Polska katolicka to Polska proboszczów. Jeśli proboszcz jest wystarczająco przygotowany i chętny, aby być na bieżąco z nowymi wyzwaniami, otwarty na nauczanie Kościoła, to dzieją się rzeczy cudowne i wielkie. Ale jeżeli stracił tę otwartość i pojawiła się rutyna, to taka parafia staje się katolicką grupą rekonstrukcyjną. Czyli odtwarzamy modele z przeszłości, formy pobożności, które już nie przemawiają do współczesnego człowieka.
Niestety, mamy w Polsce tylko dwóch księży, którzy profesjonalnie, od strony naukowej, zajmują się sprawami imigracji. Do niedawna było trzech, kilka dni temu zmarł jednak ks. profesor Wojciech Necel, chrystusowiec, który zajmował się tą tematyką od strony prawa kanonicznego. Mamy mnóstwo księży doktorów habilitowanych, zajmujących się różnymi dziedzinami, ale sprawa migracji i uchodźców jest „gorącym kartoflem”. Nie ma specjalisty od teologii moralnej albo katolickiej nauki społecznej, który by się tą tematyką zajął bez uprzedzeń i ideologicznych afiliacji. Staram się często słuchać świeckich specjalistów, tych jest sporo, żeby nie uprawiać ideologii czy pobożnej propagandy. I apeluję, gdzie się da, o badania i pisanie doktoratów z tematyki imigracyjnej, bo ona będzie nas angażowała przez najbliższe kilkadziesiąt lat. Niestety, nie ma chętnych.
Mało jest też chętnych do pomocy imigrantom na co dzień. Czy każda diecezja ma duszpasterza imigrantów?
Nie, ale w kilku diecezjach są, na przykład w Łodzi, Przemyślu, Katowicach. Są też duszpasterze innych wyznań, bo przecież nie wszyscy imigranci są katolikami. A jeśli chodzi o działalność charytatywną, to od samego początku została zlecona naszemu Caritasowi. Mamy 27 punktów Caritasu opiekujących się imigrantami i uchodźcami. Działają od pięciu lat, udzielają np. pomocy prawnej, najbardziej poszukiwanej, poza lekcjami języka polskiego.
Jaki jest problem, by na rekolekcje parafialne zaprosić rodzinę uchodźców, która opowie ludziom o swoim życiu, jak się w Polsce znaleźli, skąd przyjechali. Mamy w kościołach świadectwa nawróconych, byłych narkomanów, alkoholików…
Żyjemy sprawami imigracji tak naprawdę dopiero od 10 lat. Nie da się w takim czasie zmienić mentalności. Wątek migrantów i uchodźców już się znalazł w ogólnopolskich programach duszpasterskich.
Rzeczywiście imponujące.
(śmiech) Ale niech pan będzie sprawiedliwy. Bo jednak stać nas na to, by powiedzieć szczerze, że przerabiamy zupełnie nową lekcję, której do tej pory w Polsce nie było. I chyba właśnie dzięki naszej chrześcijańskiej postawie nie ma w Polsce prowokacji, dyskryminacji, ataków, nienawiści. Wiemy, nawet intuicyjnie, że trzeba wobec drugiego człowieka być życzliwym, nawet jeśli jest od nas inny. Myślę, że to jest świadectwo naszej ogólnej wrażliwości – nie tylko humanitarnej, ale również chrześcijańskiej.
Oczywiście życzyłbym sobie, żeby na rekolekcjach parafialnych pojawiał się temat pomocy imigrantom, żeby katecheci dotykali go na lekcjach religii, zwłaszcza w starszych klasach. Przecież niemal w każdej szkole są dzieci imigrantów, w dużych miastach również muzułmańskie. Chciałbym, żeby to było robione odważnie i po chrześcijańsku. Takie inicjatywy już się pojawiają, ale ciągle za mało, to prawda. Jednak budowanie nowej mentalności, społeczeństwa otwartego na biedę drugiego człowieka i na to, że ten obcy będzie chciał tu u nas znaleźć nowy dom, to jest coś, co się rozkłada na lata, na dziesięciolecia. Na razie staram się karmić przede wszystkim tymi pozytywnymi sygnałami, że idziemy w dobrym kierunku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















