Edward Augustyn: Ile dywizji ma papież?
Bp Antonio Staglianò: Siły papieża nie mierzy się dywizjami czołgów ani procentami poparcia. Raczej zdolnością nazywania tej ciszy, która poprzedza wybuchy bomb. Ale wiem, że nawiązuje pan do pytania zadanego przez Stalina.
Dziś to pytanie pobrzmiewa w słowach Donalda Trumpa o słabym papieżu.
Stalin był cynicznym realistą, a Trump jest realistą wulgarnym. Obaj wierzyli, że siłę można policzyć. Ale papież posiada moc, której nie ma żaden arsenał. Może powiedzieć „dość”, a wtedy ktoś gdzieś na świecie przestaje zabijać.
Nie zawsze.
Nie zawsze i nie wszędzie. Ale wystarczająco często, by budzić lęk u możnych tego świata.
Jego siłą jest kruchość. Jego bronią są łzy matek. Jego armią – pamięć o sprawiedliwych. Jak napisał pewien teolog: „ostatecznie tylko miłość jest wiarygodna”. A miłości, jak wiadomo, się nie liczy – ją się waży. Ciężar właściwy słów papieża jest dziś ciężarem głosu, którego nie da się ani kupić, ani rozstrzelać. Dlatego Trump tak się go obawia. Bo nie wie, gdzie uderzyć.
Papieska Akademia Teologiczna zdaje się jednak być jedną z tych „dywizji”. Ostatnia wypowiedź Księdza Biskupa, zatytułowana „Pijany król i trzeźwy pasterz”, odnosi się wprost do zachowań Trumpa. Dlaczego wdajecie się w takie polemiki z politykiem?
To nie jest polemika. To czuwanie. Teologia nigdy nie była neutralna: albo stoi po stronie prawdy, albo staje się kurtyzaną. My wybraliśmy prawdę. Kiedy prezydent atakuje papieża, nazywając go „słabym”, nie wyraża opinii politycznej: dopuszcza się bluźnierstwa przeciwko obrazowi Boga, który jest w każdym człowieku odrzucającym przemoc. Akademia nie odpowiada Trumpowi – ona odpowiada na bluźnierstwo.
Czyli to była reakcja nie na słowa Trumpa, ale na ilustrację przedstawiającą go jako Jezusa?
Na jedno i drugie. Ale to prawda: obraz wstrząsnął mną bardziej. Zwykły tweet tego typu to polityczna wulgarność: widzi się go i się o nim zapomina. Obraz Trumpa-Jezusa to akt bałwochwalstwa. To zamiana człowieka – z wszystkimi jego ograniczeniami, winami i arogancją – w świętą ikonę. Jako teologa przeraża mnie to bardziej niż jakakolwiek obelga. Obelga obraża osobę, bałwochwalstwo zaś obraża Boga.
Kiedy naród zaczyna mówić o swoim przywódcy jako o Zbawicielu, jest zgubiony. Bo nie będzie miał już kryteriów, by przywódcę osądzać, a jedynie kolana, by go adorować. Wcześniejszy tweet Trumpa obrażał papieża, ale obraz robi z politycznego przywódcy mesjasza. Fałszywego mesjasza, a przeciwko takim teologia ma obowiązek krzyczeć. Choćby to się komuś nie podobało.
Do tej pory Akademia rzadko wdawała się w takie spory.
Nie możemy już sobie pozwolić na luksus milczenia. Po prostu. Mamy do czynienia z kryzysem edukacyjnym, duchowym i antropologicznym. Władcy mówią językiem siły, my musimy mówić językiem sumienia. „Pijany król i trzeźwy pasterz” to nie atak, to akt jasności. Jeśli bierze się to za polemikę, oznacza to, że świat zapomniał, czym jest proroctwo.
Jednak wielu Amerykanów naprawdę uważa Trumpa za postać mesjańską. Jaka religijność lub teologia kryje się za tym zjawiskiem?
Chrześcijaństwo bez krzyża. Bez przebaczenia. Bez nieprzyjaciół, których należy kochać. To religijność, która zamienia Ewangelię na hymn narodowy, wiarę na siłę, a nadzieję na lęk przed „innym”. Kryje się za tym wszystkim teologia chwały, nie krzyża. Głosząca Boga, który błogosławi zwycięzcom, miażdży wrogów, gwarantuje dobrobyt i potęgę.
To chrześcijański Bóg?
Bóg Jezusa Chrystusa taki nie jest. Bóg Jezusa Chrystusa przegrywa na krzyżu i tam właśnie zwycięża. Amerykańska „teologia sukcesu” to karykatura chrześcijaństwa, religia stworzona na obraz i podobieństwo imperium. Nie żąda nawrócenia, tylko lojalności. Nie oferuje przebaczenia, tylko ochronę. Jest pogańska, nie chrześcijańska. I jak każde bałwochwalstwo, w końcu pożre własnych wyznawców.
Chodzi nie tylko o „teologię sukcesu”. Także o usprawiedliwianie wojny czy nazywanie organizacji pokojowych Antychrystem.
Tak. To gorzej niż karykatura. To parodia chrześcijaństwa.
Chrześcijaństwo zaczęło się od nagiego człowieka, przybitego do belki krzyża. Od człowieka, który wybaczał swoim oprawcom. Czy ma skończyć na kaznodziei w garniturze pod krawatem, błogosławiącym rakiety? „Teologia sukcesu” mówi, że Bóg chce z nas zrobić bogaczy. A zaraz słyszymy, że wojna jest święta, że ONZ to Antychryst. Tymczasem Jezus mówi: „biada wam, bogaczom”. Albo: „miłujcie waszych nieprzyjaciół”. Albo: „błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”.
Mamy do czynienia z nową herezją?
Starą. Tylko powracającą w nowym wydaniu. Dawny bóg-wojownik nigdy nie umarł w sercach ludzi. Ale czy opowieść o nim można nazywać chrześcijaństwem? To przecież tak, jakby nazywać brudną wodę winem. My tego nie robimy. Wierzymy, że Chrystus zmartwychwstał, by tego boga-wojownika pokonać raz na zawsze.
Tydzień wcześniej opublikował Ksiądz Biskup dwie obszerne wypowiedzi o Peterze Thielu i jego wykładach. I znów: dlaczego Akademia recenzuje prywatne wystąpienia kalifornijskiego biznesmena, który nie jest katolikiem ani nie powołuje się na naukę Kościoła?
Bo Thiel nie jest tylko biznesmenem. Jest intelektualistą „organicznym” nowej, technokratycznej gnozy, która przepisuje na nowo obraz człowieka. A gdy ktoś – nawet nie katolik – mówi o „technologicznej nieśmiertelności”, o „transhumanizmie”, o „bogu rynku”, teologia ma obowiązek tego wysłuchać i odpowiedzieć. Nie potępiać, lecz rozpoznawać.
Thiel organizuje konferencje, na których mówi, że wojna jest narzędziem oczyszczenia. To nie są „prywatne opinie”: to doktryny publiczne, które kształtują zbiorową wyobraźnię. Ignorowanie ich oznaczałoby porzucenie tej dziedziny i pozostawienie jej tym, którzy chcą zastąpić Ewangelię oprogramowaniem. Teologia nie jest wieżą z kości słoniowej, ale jej strażnikiem. A strażnicy mają ostrzegać, nie pytając wroga o pozwolenie.
Dlaczego wojna, nacjonalizm i fanatyzm przebierają się dziś w religijne szaty? Dlaczego zlaicyzowany świat szuka religijnego uzasadnienia?
Ponieważ ten zlaicyzowany świat odkrył, że nie ma odpowiedzi na śmierć. Technika przedłuża życie, ale nie nadaje mu sensu. Rynek dostarcza towarów, ale nie daje pocieszenia. Wobec tej pustki powraca się więc do dawnych bogów. Ale nie do Boga Jezusa Chrystusa, który jest zbyt wymagający, bo zbyt pokojowy. Sięga się więc po boga plemiennego, po boga, który nienawidzi naszych wrogów, po boga, który obiecuje zemstę.
Nacjonalizm potrzebuje otoczki sakralnej, by żądać ostatecznych poświęceń. Wojna potrzebuje błogosławieństwa, by przemienić krew w chwałę. Fanatyzm potrzebuje absolutu, by uzasadnić grozę. „Świat świecki” nie stał się religijny, stał się zabobonny. A zabobon jest zawsze bardziej okrutny niż wiara, bo nie zna przebaczenia.
Czy takie zwracanie się ku kategoriom religijnym, nawet karykaturalnym, to szansa dla teologii? Albo wręcz dla ewangelizacji?
Paradoksalnie – tak. Ponieważ każda karykatura zdradza jakieś autentyczne pragnienie, choćby nawet było ono zdeformowane. Kiedy człowiek szuka boga-wojownika, szuka w istocie ochrony absolutnej. Kiedy szuka boga sukcesu, szuka potwierdzenia własnej wartości. Pytania są prawdziwe, tylko odpowiedzi fałszywe.
Ewangelizacja nie może wyśmiewać tych karykatur, musi potraktować je poważnie. Musi pokazać, że Bóg Jezusa Chrystusa jest większy: że nie jest wojownikiem, lecz ojcem, który płacze nad martwym synem. Nie jest przedsiębiorcą, lecz sługą, który obmywa stopy. Nowa ewangelizacja nie zaczyna się od triumfu, lecz od kruchości. I być może dzisiaj świat jest już wystarczająco zdesperowany, by wysłuchać słowa, które nie obiecuje potęgi, lecz oferuje pokój.
Jest szansa. Pozostaje tylko pytanie, czy my, chrześcijanie, będziemy mieli odwagę, by ją wykorzystać.
Jak uprawiać teologię we współczesnym świecie?
Teologia, która przemawia do współczesnego świata, nie może być dyskursem specjalistów: musi stać się opowieścią. Musi nauczyć się języka obrazów, historii, poezji – tak jak próbowaliśmy to zrobić w liście o „Pijanym królu i trzeźwym pasterzu”. Musi umieć płakać z płaczącymi i mieć nadzieję, gdy wszyscy inni już ją porzucili. Teologię uprawia się na kolanach. I na ulicy. Już nie tylko w książkach, lecz we łzach.
Ale przede wszystkim teologia musi się wyrzec wszelkiej żądzy władzy. Nie może stawać po stronie zwycięzców, musi słuchać pokonanych. Nie powinna też dawać łatwych odpowiedzi, tylko stawiać prawdziwe pytania. Musi mieć odwagę powiedzieć „nie wiem” w obliczu tajemnicy zła. Tylko teologia pokorna, zraniona, a nawet niepewna może zostać usłyszana w świecie, który widział zbyt wiele krwi przelanej w imię Boga.
Skoro dzisiejsze wojny usprawiedliwiane są religią, czy można powiedzieć, że są to wojny religijne?
Nie. To nie są wojny religijne. To wojny o tożsamość, które używają religii jako sztandaru. Różnica jest zasadnicza. Prawdziwa wojna religijna byłaby toczona po to, by narzucić jakieś wyznanie. Tutaj nie chodzi o wiarę, ale o strach.
Przed czym?
Przed innym. Przed utratą władzy. Przed nowoczesnością.
To już nie Trump, a Putin i Cyryl?
Patriarcha Cyryl błogosławi czołgi nie dlatego, że wierzy, iż Ukraina musi nawrócić się na prawosławie, ale dlatego, że potrzebuje wroga, by utrzymać jedność własnej trzody. To ten sam mechanizm, co w radykalizmie islamskim: sekularyzuje się sacrum, by legitymizować przemoc. Religia staje się paliwem, a nie celem. To dużo poważniejsze niż wojna religijna – to profanacja. Używa się imienia Boga, by przykryć chciwość, pychę i lęk. A imienia Bożego nie można bezkarnie bluźnierczo nadużywać.
Przypominam, co mówił papież Franciszek: „działanie z przemocą w imię Boga jest satanistyczne”. To jest właśnie powrót do panowania Antychrysta pod pretekstem czynienia czegoś chrześcijańskiego.
Gdzie popełniliśmy błąd? My, wychowani w pamięci o żołnierzach, którzy mieli napisane na pasach „Gott mit uns”. I w pamięci Holokaustu...
Popełniliśmy błąd wierząc, że sama pamięć wystarczy. Nie. Nie wystarczy. Pamięć bez nawrócenia staje się muzeum. Zapomnieliśmy, ponieważ przestaliśmy opowiadać. Pokolenia, które przeżyły Holokaust, odeszły, a my nie potrafiliśmy przekazać tego przerażenia kolejnym. Zastąpiliśmy blizny podręcznikami. A podręczniki nie budzą lęku. Dziś „Gott mit uns” wraca na klamry pasów zapisane innym alfabetem: Bóg jest z nami, inni są przeciwko nam.
Popełniliśmy też błąd, nie ucząc wątpienia, krytycznego myślenia i współczucia. Popełniliśmy błąd, wierząc, że demokracja jest celem, podczas gdy ma być codzienną praktyką. A kiedy przestaje się ją praktykować, potwór powraca. W innym przebraniu, ale pachnie tak samo.
Czy da się zatrzymać to szaleństwo? Czy papież może zmienić układ sił? Czy Ewangelia ma jeszcze szansę w starciu z wszechpotęgą pieniądza?
Ewangelia ma szansę, ponieważ pieniądze nie dają szczęścia. Wszyscy o tym wiemy, nawet bogacze. Tylko boimy się do tego przyznać. Ewangelia to jedyny głos, który mówi: możesz zostawić wszystko i być wolnym. To nie jest łatwe, to nie jest dla wszystkich, ale to prawda.
Szaleństwo kończy się wtedy, gdy ktoś ma odwagę nie oddać ciosu. Gdy matka wybacza mordercy swojego syna. Gdy żołnierz odrzuca karabin.
Papież nie powstrzyma tego szaleństwa sam. Może jednak sprawić, że ktoś gdzieś przestanie być szaleńcem. Nie zmieni układów władzy, ale może poruszyć serce człowieka. A z przemienionego serca przemienia się świat.
Powtórzę: nie zawsze.
Nie zawsze. Nie wszędzie. Ale niekiedy. To nie cuda. To Ewangelia. A Ewangelia, gdy się nią żyje, jest silniejsza niż jakakolwiek armia. Spróbujmy w to uwierzyć.
Czy konsultował Ksiądz Biskup swoje ostatnie polemiki z papieżem?
Nie. Nie dlatego, bym go nie szanował, ale dlatego, że papież ponosi odpowiedzialność uniwersalną, a ja – jako teolog – jedynie osobistą. Ale jest to odpowiedzialność za głoszenie prawdy, nawet niewygodnej. A prawda nas wyzwala.
Nie prosiłem go więc o pozwolenie, bo wiem, że on wcale nie chce teologów, którzy proszą o pozwolenie. Chce teologów, którzy głoszą Ewangelię. Moje słowa nie są „polemiką”. Są wyznaniem miłości do prawdy. A jeśli czasem wydają się twarde, to tylko dlatego, że twarde jest zło.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















