Reklama

Dorwać katów

Dorwać katów

20.01.2020
Czyta się kilka minut
Trwający w Hamburgu proces byłego strażnika z KL Stutthof to jeden z ostatnich akordów sądowych rozliczeń z Holokaustem. Ich bilans pozostawia duży niedosyt.
Sędzia śledczy Jan Sehn (w kapeluszu, trzeci z prawej) na ruinach II krematorium i komory gazowej na terenie KL Auschwitz II-Birkenau, maj 1945 r.
B

Bruno Dey, rocznik 1926, porusza się na wózku inwalidzkim. Od ponad trzech dekad jest emerytem, przedtem pracował jako piekarz, kierowca ciężarówki i urzędnik bankowy. Jeszcze wcześniej, w latach 1944-45, jako młody strażnik z SS służył w niemieckim obozie koncentracyjnym Stutthof koło Gdańska. I to właśnie ta odległa przeszłość dopadła go u schyłku życia. Prokuratura zarzuca mu współudział w zamordowaniu 5230 osób, w tym zwłaszcza Żydów, którzy pod koniec wojny stanowili już większość więźniów KL Stutthof. Proces przed Sądem Krajowym w Hamburgu ruszył 17 października ubiegłego roku.

„Nikogo bym nie zastrzelił” – broni się oskarżony. Nie ma, jak dotąd, dowodów na to, że osobiście zabijał lub maltretował więźniów. Zdawał sobie jednak sprawę, co dzieje się w obozie. Przesłuchiwany jeszcze przed procesem, przyznał, że widział setki ciał i słyszał krzyki dobiegające z komory gazowej. Jako strażnik miał pilnować, by więźniowie nie zbiegli, nie wszczęli buntu. Według prokuratury był więc „trybikiem w machinie mordu” – niezbędnym do jej sprawnego funkcjonowania.

Dziś, 75 lat po II wojnie światowej, w Niemczech toczy się jeszcze prawie 30 postępowań w sprawie zbrodni nazistowskich. Nie można jednak wykluczyć, że proces Deya okaże się ostatnim. Chodzi oczywiście o zaawansowany wiek i zły stan zdrowia osób, które znalazły się pod lupą prokuratorów, a w niektórych przypadkach także o problemy ze zgromadzeniem przekonujących dowodów. Czas więc powoli na bilans sądowych rozliczeń ze zbrodniami III Rzeszy – na czele z zagładą ok. 6 mln europejskich Żydów.

Początki

Już w czasie wojny przywódcy koalicji antyhitlerowskiej zapowiadali ukaranie niemieckich zbrodniarzy wojennych. Mówiła o tym m.in. wspólna deklaracja Wielkiej Brytanii, USA i Związku Sowieckiego z 1 listopada 1943 r. Symbolem triumfu sprawiedliwości nad złem stał się proces czołowych dygnitarzy nazistowskich przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze w latach 1945-46. Zapadło wówczas 12 wyroków śmierci, w tym wobec Hansa Franka, generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich. Pomniejsze procesy – już nie tak głośne – toczyły się w poszczególnych strefach okupacyjnych Niemiec. W sumie alianci skazali w nich prawie 9 tys. Niemców i Austriaków – podaje amerykański historyk prof. Devin Pendas.


AUSCHWITZ: PYTANIA O PAMIĘĆ

27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej zajęli teren niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau, uwalniając ostatnich więźniów. W 75. rocznicę publikujemy dodatek poświęcony pytaniom o kształt pamięci o Holokauście >>>


Podejrzani byli też wydawani innym państwom. Polsce w latach 1946-50 przekazano ponad 1,8 tys. osób. Paradoksalnie, niemieccy zbrodniarze mogli tu liczyć na uczciwsze procesy niż polscy przeciwnicy reżimu komunistycznego: z dokumentów wynika, że liczono się m.in. z obecnością obserwatorów zagranicznych na procesach. Także dlatego prestiżowe dochodzenia powierzano nie brutalnym ubekom, lecz zdolnym prawnikom z przedwojennym doświadczeniem – jak krakowski sędzia śledczy Jan Sehn. Przesłuchiwany przezeń Rudolf Höß pisał w pożegnalnym liście do żony: „Dopiero tu, w polskich więzieniach, poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mnie, który jako komendant Oświęcimia sprawiłem narodowi polskiemu tyle bólu i wyrządziłem tyle szkód (...), okazywano ludzką wyrozumiałość, co mnie bardzo głęboko zawstydzało”.


Z lewej: Bruno Dey przed sądem w Hamburgu, 15 listopada 2019 r. Z prawej: egzekucja Rudolfa Hößa na terenie Auschwitz, 16 kwietnia 1947 r. / AXEL HEIMKEN / EAST NEWS // ARCHIWUM IPN

W przypadku Hößa wyrok śmierci nie budził żadnych wątpliwości: był on komendantem KL Auschwitz, w którym wymordowano ponad 1,1 mln osób (w ogromnej większości byli to Żydzi). Na szubienicy zawiśli też m.in. komendant KL Plaszow Amon Göth i Jürgen Stroop, odpowiedzialny za stłumienie powstania w getcie warszawskim. Szeregowych esesmanów, którym nie potrafiono udowodnić konkretnych zbrodni, często skazywano jedynie na 3-4 lata więzienia z powodu przynależności do NSDAP i SS.

Ekstradycje do Polski wyraźnie wyhamowały po 1947 r. W obliczu narastającej zimnej wojny alianci zachodni coraz mniej chętnie wydawali niemieckich zbrodniarzy państwom, które znalazły się w sowieckiej strefie wpływów. Sami – zajęci konfliktem z blokiem komunistycznym i szukający sojuszników przeciw Moskwie – też coraz mniej gorliwie ścigali katów spod znaku swastyki. Owszem, w bawarskim Landsbergu Amerykanie jeszcze do połowy 1951 r. wykonywali na nich wyroki śmierci. Ostatnim egzekucjom towarzyszyły jednak w Niemczech liczne protesty społeczne. Pomstowano na Siegerjustiz, czyli „sprawiedliwość zwycięzców”, rzekomo mściwą i niehumanitarną. O darowanie życia skazanym apelowali wpływowi politycy i duchowni. W końcu dopięli swego.

Niemieckie klimaty

Rozliczenie zbrodni nazistowskich stopniowo przechodziło w ręce niemieckich prokuratur i sądów – z korzyścią dla sprawców. Dla młodej Republiki Federalnej Niemiec, utworzonej w 1949 r. z zachodnich stref okupacyjnych, priorytetami były odbudowa gospodarcza kraju oraz integracja milionów uchodźców i wysiedleńców z dawnych ziem wschodnich Rzeszy. Społeczeństwo opłakiwało własne ofiary – poległych żołnierzy Wehrmachtu albo cywilów zabitych w alianckich nalotach – i nie było gotowe na narodowy rachunek sumienia. Impuls z góry zaś nie przychodził. W wymiarze sprawiedliwości RFN roiło się od byłych członków NSDAP, a nawet SS. Nie lepiej było w świecie polityki. Hans Globke, współtwórca norymberskich ustaw rasowych, został szefem Federalnego Urzędu Kanclerskiego w Bonn.

O klimacie do rozliczeń nie mogło być mowy: – Prokuratura zwykle zaczynała działać dopiero wówczas, gdy wpłynęło zawiadomienie od poszkodowanych. Panowała sprawiedliwość od przypadku do przypadku – tłumaczy „Tygodnikowi” dr Hans-Christian Jasch, prawnik i współautor (z Wolfem Kaiserem) książki „Der Holocaust vor deutschen Gerichten” (Holokaust przed niemieckimi sądami) z 2017 r.

Systematyczne ściganie brunatnych przestępców stało się możliwe dopiero po 1958 r., gdy w Ludwigsburgu powstała Centrala Krajowych Zarządów Wymiaru Sprawiedliwości ds. Wyjaśnienia Zbrodni Narodowosocjalistycznych. Jednak sprawców Holokaustu nadal sądzono w RFN na podstawie starego kodeksu karnego z 1871 r. – pisanego w czasie, gdy nikt nie mógł przewidzieć przemysłowego mordu na milionach ludzi. I tak, „zwykłe zabójstwo” z czasów II wojny światowej przedawniało się po 8 maja 1960 r., czyli 15 lat po kapitulacji Rzeszy.

Po burzliwych debatach Bundestag najpierw odsuwał, a następnie zniósł przedawnienie morderstw – czyli zabójstw szczególnie perfidnych i okrutnych. Jednak nawet człowiek, który osobiście zabił w komorach gazowych lub zastrzelił setki ludzi, mógł liczyć na łagodny wyrok, powołując się na rozkazy. Tylko jeśli sprawcy dopuszczali się ekscesów, tzn. wykraczali poza rozkazy i okazywali szczególną gorliwość, a nie tylko służyli jako trybiki machiny zagłady, byli skazywani na dożywotnie więzienie – wyjaśnia Jasch.

Taka interpretacja była korzystna dla osób nieobecnych na miejscu zbrodni, w tym tzw. morderców zza biurka. W efekcie sadystyczny więzień funkcyjny, czyli obozowy kapo, bywał traktowany surowiej niż wpływowy pracownik Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie. Ten ostatni odpowiadał co najwyżej za „pomocnictwo w morderstwie” – przedawniające się, o ile nie udowodniono, że działał „z niskich pobudek”.

Przełamywanie

Mimo to w RFN – inaczej niż w Austrii – doszło do spektakularnych procesów o zbrodnie nazistowskie, które kończyły się wyrokami skazującymi. Jasch wymienia proces w Ulm członków Einsatz­gruppen z 1958 r. (odpowiedzialnych za masowe egzekucje Żydów na zapleczu frontu), pierwszy frankfurcki proces oświęcimski z lat 1963-65 i proces załogi Majdanka, toczący się od 1975 do 1981 r. w Düsseldorfie.

– Spotkały się one z zainteresowaniem mediów, wstrząsnęły powojennym społeczeństwem i w istotny sposób przyczyniły się do tego, że w ogóle skonfrontowało się ono ze zbrodniami nazistowskimi – mówi Jasch. Pomogły też głośne produkcje filmowe, jak fabularny „Holocaust” Marvina Chomsky’ego (1978) i dokumentalny „Shoah” Claude’a Lanzmanna (1985).

Wcześniej w przełamywaniu zmowy milczenia obywateli i elit RFN ważną rolę odegrali ci, którzy nie bali się iść pod prąd dominujących nastrojów. Jedną z takich osób był Fritz Bauer, w latach ­1956-68 prokurator generalny landu Hesja. Ten prawnik żydowskiego pochodzenia miał wielki udział w przygotowaniu frankfurckich procesów oświęcimskich, a przedtem – w ujęciu w 1960 r. w Argentynie i postawieniu rok później przed izraelskim sądem Adolfa Eichmanna, nazywanego architektem Zagłady.

„Proces ten został przez izraelski wymiar sprawiedliwości zainscenizowany jako wydarzenie medialne, jako rozprawa z Holocaustem, która zerwała z dotychczas na ten temat panującym milczeniem w społeczeństwie” – pisze Ronen Steinke, autor biografii „Fritz Bauer. Auschwitz przed sądem” (wyd. polskie 2017). Znamienne, że Bauer kontaktował się z Izraelczykami bez pośrednictwa zachodnioniemieckich służb, dobrze wiedząc, że w przeciwnym razie Eichmann zostałby ostrzeżony przez życzliwych mu urzędników. „W aparacie państwowym dawni funkcjonariusze reżimu narodowosocjalistycznego utworzyli nie tylko pojedyncze sitwy; wręcz udało im się stworzyć szeroki front” – zauważa Steinke.

Po drugiej stronie muru

Ten stan rzeczy chętnie piętnowała Niemiecka Republika Demokratyczna – komunistyczne państwo utworzone w 1949 r. na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej. NRD, od początku ustępująca RFN pod względem gospodarczym i w dziedzinie praworządności, starała się przekonać świat, że jest moralnie lepsza, bo odwołuje się do dziedzictwa walki z faszyzmem, podczas gdy Republika Bońska to niejako przypudrowana III Rzesza.

Wschodnioniemiecki przekaz propagandowy miał jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością – przekonuje Henry Leide, autor monografii „Auschwitz und Staatssicherheit” (Auschwitz i służba bezpieczeństwa NRD), która ukazała się w 2019 r. W sowieckiej strefie, a później w NRD żyło około półtora miliona byłych członków NSDAP. Byli tolerowani, o ile wykazywali się lojalnością wobec nowego reżimu. Niektórzy z nich – jak ich koledzy w RFN – robili kariery w urzędach, a nawet zasiadali w parlamencie.

„Niemieckie państwo robotników i chłopów” bardzo niekonsekwentnie ścigało brunatnych zbrodniarzy. Zdarzały się drakońskie wyroki, które miały udowodnić, że NRD poważnie traktuje rozliczenia z dyktaturą Adolfa Hitlera. Przykładem mogą być tzw. procesy wald­heimskie, odbywające się w 1950 r. przed specjalnymi izbami karnymi Sądu Krajowego w Chemnitz. Oskarżono w nich ponad 3,4 tys. osób i prawie wszystkie skazano – bez prawa do uczciwej obrony. Byli w tym gronie ludzie faktycznie głęboko uwikłani w narodowy socjalizm – jak Ernst Heinicker, zastępca komendanta obozu koncentracyjnego Hohnstein – ale też niewinni lub tylko biernie wspomagający brunatną dyktaturę.

Tymczasem wielu bezspornych zbrodniarzy, w tym esesmanów z załogi Auschwitz, znalazło w NRD bezpieczną przystań. Jeśli niektórzy z nich stawali przed sądem, to często działo się tak wówczas, gdy dalsze zamiatanie sprawy pod dywan groziło międzynarodowym skandalem. Hans Anhalt, który w Auschwitz brał udział w selekcjach i gazowaniu ludzi, dopiero w 1964 r. zasiadł na ławie oskarżonych, choć już kilkanaście lat wcześniej władze znały jego przeszłość. Proces był tajny – zapewne po to, by uniknąć zarzutów o opieszałość. Pokazowy charakter miał za to późniejszy o dwa lata proces lekarza SS Horsta Fischera. Szybko wykonana kara śmierci mogła sugerować, że w sprawie zbrodni nazistowskich wymiar sprawiedliwości NRD jest szybszy i surowszy niż jego zachodnioniemiecki odpowiednik. Okazją do porównań był tu toczący się równolegle drugi frankfurcki proces oświęcimski, w którym zapadł tylko jeden wyrok dożywotniego więzienia.

Ścigani po świecie

Gdy Fischer był ścinany na gilotynie w lipskim więzieniu, w Ameryce Południowej od lat skutecznie ukrywał się Josef Mengele, inny lekarz SS z Auschwitz – niesławny „Anioł Śmierci”. Żył na wolności do 1979 r., gdy utonął podczas kąpieli w oceanie. Aribert Heim, „Doktor Śmierć” z obozu Mauthausen, zmarł w 1992 r. w Kairze. Alois Brunner, zwany „prawą ręką Eichmanna”, prawdopodobnie jeszcze na początku XXI w. żył w Syrii.

Opieszałych prokuratorów i polityków niechętnych rozliczeniom próbowali niekiedy wyręczać indywidualni łowcy nazistów, jak Szymon Wiesenthal czy Beate i Serge Klarsfeldowie. Bywało, że ich wysiłki pomagały dopaść zbrodniarzy. Franz Stangl, komendant obozów zagłady Sobibor i Treblinka, został w 1967 r. aresztowany w Brazylii, wydany RFN i trzy lata później skazany na dożywocie. Taki sam wyrok usłyszał „rzeźnik z Lyonu” Klaus Barbie, w czasie wojny szef tamtejszego gestapo. Osądzono go w 1987 r. we Francji po tym, jak został wytropiony w Boliwii.

Wielu zbrodniarzy szukało po wojnie schronienia także w USA. Stany poważniej zajęły się ich tropieniem dopiero w 1979 r., gdy utworzono Biuro Dochodzeń Specjalnych (OSI) Departamentu Sprawiedliwości. OSI zdołało doprowadzić do pozbawienia obywatelstwa i/lub deportowania ponad stu osób. W niektórych przypadkach otworzyło to drogę do procesów w innych państwach. Przykładem John (Iwan) Demianiuk, który najpierw, w latach 80., był sądzony w Izraelu, aż wreszcie w 2011 r. został skazany w Monachium na 5 lat pozbawienia wolności.

Nowa interpretacja

Sprawa Demianiuka – byłego żołnierza Armii Czerwonej, który w niewoli przeszedł na stronę III Rzeszy – interesowała media nie tylko dlatego, że przed niemieckim sądem odpowiadał za zbrodnie nazistowskie cudzoziemiec. Była to sprawa precedensowa, gdyż zwyciężyła w niej rygorystyczna interpretacja prawna, jaką postulował już w latach 60. – wtedy bezskutecznie – Fritz Bauer (iż każda służba w obozie zagłady to pomocnictwo w morderstwie). Choć więc nie było dowodów, że Demianiuk, były strażnik w obozie zagłady Sobibor, bezpośrednio brał udział w zabijaniu, to niemiecka prokuratura zarzuciła mu, że przyczynił się do zamordowania prawie 28 tys. ludzi.

Dawniej niemieckie sądy żądałyby twardych dowodów. Tymczasem teraz ścieżkę do osądzenia Demianiuka przetarł... jeden z procesów po zamachach terrorystycznych w USA z 11 września 2001 r. Marokańczyk Mounir al-Motassadeq został w 2007 r. skazany w Niemczech na 15 lat więzienia za pomocnictwo w zamordowaniu 246 osób. Nie uczestniczył bezpośrednio w zamachach, ale – zdaniem sądu w Hamburgu – „na najniższym szczeblu hierarchii” brał udział w ich przygotowaniu.

Na podobnej zasadzie sąd w Monachium uznał, że Demianiuk był „częścią machiny zagłady” i współodpowiadał tym samym za jej sprawne funkcjonowanie. „Jego przypadek stanowi dla niemieckich sądów precedens w postępowaniu z coraz mniejszą liczbą podejrzanych o zbrodnie w czasie II wojny światowej” – pisze Andrew Nagorski w książce „Łowcy nazistów” (2016). Rzeczywiście, w kolejnych latach wyroki skazujące usłyszeli m.in. „księgowy z Auschwitz” Oskar Gröning i Reinhold Hanning, który w tym samym obozie pełnił służbę wartowniczą. Teraz może do nich dołączyć Bruno Dey.

Kraj, który długo zaniedbywał ściganie brunatnych sprawców, stara się pokazać jako ten, który nie wypiera się odpowiedzialności za przeszłość.

Dwojaka wina

– Za mało, za późno – kwituje te wysiłki Hans-Christian Jasch. Według niego ­bilans rozliczeń ze zbrodniami III Rzeszy nie jest – niezależnie od ostatnich procesów – zadowalający.

Dziś szacuje się, że tylko w Holokauście bezpośrednio uczestniczyło ­200-250 tys. Niemców i Austriaków. Do tego należy doliczyć obcokrajowców, którzy dobrowolnie lub pod przymusem pomagali w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Większość z nich uniknęła sprawiedliwości.

Dobrze to widać na przykładzie ­Auschwitz. Wspomniany już Henry Lei­de podaje, że wojnę przeżyło ok. 6,5 tys. członków załogi tego obozu. Do odpowiedzialności pociągnięto ok. 800 z nich (większość w Polsce w pierwszych latach powojennych). Ralph Giordano, nieżyjący już niemiecki publicysta o żydowskich korzeniach, w książce wydanej w 1987 r. nieprzypadkowo pisał o „drugiej winie” Niemców. Pierwszą był Holokaust, drugą – jego kolektywne wyparcie i pobłażliwość dla sprawców w imię społecznego pokoju.

Wkrótce sądowe rozliczenia ze zbrodniami III Rzeszy będą rozdziałem definitywnie zamkniętym. W 2010 r. zapytałem Efraima Zuroffa, znanego izraelskiego tropiciela nazistów, co będzie robił za kilka lat, gdy umrą ostatni sprawcy. – Już teraz coraz bardziej koncentruję się na walce ze zniekształcaniem historii Holokaustu – odpowiedział.

Gdy odejdą ostatni świadkowie Zagłady, ich miejsce jako strażnicy pamięci będą musieli zająć historycy, dziennikarze, edukatorzy. Dziś na szczęście mają do dyspozycji ogromny materiał archiwalny: niemiecką korespondencję urzędową, protokoły z powojennych wizji lokalnych, z przesłuchań katów i ich ofiar. Znaczna część tej dokumentacji została zgromadzona w toku dochodzeń przeciwko zbrodniarzom.

Nawet więc te postępowania, które nie doprowadziły do wyroków skazujących, odegrały pożyteczną rolę dla przyszłych pokoleń. ©

Dr FILIP GAŃCZAK jest pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie. Autor książek: „Polski nie oddamy: władze NRD wobec wydarzeń w PRL 1980–1981”, „Filmowcy w matni bezpieki”, „Erika Steinbach: piękna czy bestia?”. Wkrótce ukaże się jego nowa książka „Jan Sehn. Tropiciel nazistów”.

 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]