Werner Herzog: Pociąga nas nie przyroda, ale tajemnica

Dla Wernera Herzoga „Sny o słoniach” nie są filmem o dzikiej naturze, lecz o ludzkich marzeniach i potrzebie fantazji. To także opowieść o złudzeniach, podróży i świecie, który oddalił się od swoich korzeni.
Czyta się kilka minut
Werner Herzog // materiały prasowe Against Gravity
Werner Herzog // materiały prasowe Against Gravity

Łączy się ze mną z Los Angeles. Siedzi na tle dwóch masywnych regałów, półki uginają się pod ciężarem książek i segregatorów. Dopiero co wrócił z Austrii, gdzie skończył zdjęcia do kolejnego filmu. „Bucking Fastard” zainspirowała historia sióstr Grety i Fredy Chaplin, zagrają je Kate i Rooney Mara. 

To pierwszy film fabularny, jaki nakręcił od siedmiu lat, równolegle pracuje nad kolejnym dokumentem. Nie widać jednak po nim zmęczenia, tłumaczy, że pomimo nagromadzenia spraw, nie czuje się przepracowany. Po prostu szczerze kocha to, co robi. Jego życiorysem można by obdarzyć kilka, jeśli nie kilkanaście osób. 

Kiedy pytam, o czym będzie opowiadał jego kolejny dokument, słyszę, że o życiu, niczym więcej. Pytam więc dalej, czym dla niego jest życie. Werner Herzog z właściwym sobie przekąsem odpowiada: „zobaczysz, kiedy obejrzysz film”. Zanim do tego dojdzie, na festiwalu Millennium Docs Against Gravity odbędzie się polska premiera jego ostatniego dokumentu – „Sny o słoniach”. 

Sny o słoniach, Werner Herzog

Mateusz Demski: Co Pan myśli na widok słonia stojącego w Narodowym Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie? To obraz, który otwiera Pański nowy film.

Werner Herzog: Mam nieodparte wrażenie, jakbym patrzył na Moby Dicka – tego mistycznego, białego wieloryba z powieści Melville’a. Książkowi bohaterowie chcieli odnaleźć go za wszelką cenę, nie bacząc na jego rozmiary i niebezpieczeństwo. Wiedzieli, że mogą zginąć. Dla mnie to niezbity dowód na to, że w ludzkiej naturze tkwi niepohamowana ciekawość. To podstawa naszego istnienia. 

Kiedy poznałem dr. Steve’a Boyesa, odkrywcę i naukowca tropiącego największe istoty żyjące na Ziemi, czyli krewnych słonia z muzeum w Waszyngtonie, ujrzałem w nim kapitana Ahaba, który poszukiwał Moby Dicka. Ta analogia wydała mi się uderzająca. W jednym i drugim przypadku tematem jest wyprawa w poszukiwaniu nieznanego. Dziwna ludzka misja.

W 1955 r. na łamach amerykańskiej prasy pojawiło się zdjęcie kłusowników na tle zabitego słonia, tego samego, którego oglądamy w muzeum. Tytuł brzmiał: „Największy słoń, jakiego kiedykolwiek zabito”. 

Częścią tego, co czyni to zwierzę tak niezwykłym i rzadkim, jest aura tragedii. Hipnotyzuje, ale nie daje ukojenia. Narodowe Muzeum Historii Naturalnej to swoją drogą bogate źródło inspiracji. Ale to gigantyczne, majestatyczne zwierzę, które tam stoi, jest wypchane. 

Nadano mu imię Henry. 

W Angoli, a dokładnie w rejonie Płaskowyżu Bije, nazywanego „wieżą wodną” Afryki, gdzie powstawał nasz film, ludzie wierzą, że są spokrewnieni z tymi zwierzętami. Legenda ludu Nkangala głosi, że człowiek rodzi się ze słonia. 

Dawno temu jeden mały słoń odłączył się od stada, zanurzył w rzece, zrzucił skórę i oczom miejscowych łowców ukazała się kobieta, która dała życie przyszłym pokoleniom. 

Są to rzeczy dla nas dość abstrakcyjne, ale kiedy stajesz przed tym zwierzęciem, wyczuwasz w nim coś znajomego. Co to jest? To tajemnica. Wierzę jednak, że sama świadomość tego, że wywodzimy się z jednej linii, jest lepszym gwarantem bezpieczeństwa niż uzbrojony strażnik.

Zastanawia mnie, jak to możliwe, że ten słoń wciąż wita turystów. 

Wolę spojrzeć na to inaczej. Paradoksalnie, wystawienie na widok publiczny zwierzęcia, którego z premedytacją pozbawiono życia, powinno jeszcze wyraźniej uświadomić nam skalę tragedii. Dostajemy sygnał ostrzegawczy: to właśnie zniszczyliśmy. W pewnym sensie straciliśmy naszą przyszłość.

Nazwisko tego, który pociągnął za spust, jest znane światu. Był to Josef J. Fénykövi, inżynier i kłusownik węgierskiego pochodzenia, który polowanie uznawał za swoją pasję. Spotkał Pan kogoś takiego? 

Na Płaskowyżu Bije nie ma kłusowników. Polowanie na słonie zostało tam zabronione, miejscowi również tego przestrzegają i chronią ostatnie ślady dzikiej przyrody. Nawet ogromne, powalone drzewo ma tam swoich lokalnych strażników. 

Na Alasce spotkałem Inuitów, którzy mogą polować na wieloryby legalnie, ale tylko dlatego, że robią to z konieczności. Zwierzę jest dla nich źródłem pożywienia. Nie trofeum, nie rekordem do pobicia.

Niemal wszystkie Pana filmy opowiadają o ludziach sięgających po niemożliwe, dążących do urzeczywistnienia własnych fantazji. Kiedy patrzę w oczy doktora Boyesa, widzę człowieka owładniętego obsesją.

Obsesja nie jest właściwym słowem. Górę bierze tu ciekawość i szacunek wobec tego, co istnieje. Ważne, byśmy dokonali takiej oceny, zanim zdecydujemy się osądzić tego człowieka. Nie wyczuwam w nim chorobliwego popędu ku autodestrukcji. Wręcz przeciwnie – robi to, by chronić te zwierzęta. Tym, co napędza Boyesa, nie jest ambicja ani żądza zabijania, ale nienasycony głód życia.

I pokusa odkrywania.

Cóż, myślę, że poszukiwania nieznanego, tak samo jak dążenie do niemożliwego, to rzecz głęboko ludzka. Nie ma w tym nic złego, póki mamy pewność, że niczego nie niszczymy, nie odbieramy prawa do życia innym istotom. „Sny o słoniach” nie są filmem o dzikiej przyrodzie, a o naszych marzeniach i potędze fantazji.

W pewnym momencie pyta Pan Boyesa, jak duże dla niego ma znaczenie to, czy słonie są tylko jego fantazją, czy istnieją naprawdę. Odpowiada: „może to nawet lepiej, gdyby ta sprawa pozostała nierozwiązana, bo wtedy już zawsze będą żyły we mnie”. 

Powiem o czymś niezwykłym, o czym zwykle się nie mówi, a co dla mnie stało się sednem tej historii. Doktorowi Boyesowi udaje się w końcu sfilmować jednego ze słoni-duchów telefonem komórkowym, podczas gdy nasza główna kamera akurat towarzyszyła innej grupie tropicieli. Wreszcie ma niezbity dowód na poparcie swoich tez i poszukiwań. 

Komentarz, który napisałem do tej sceny, brzmi: „Steve Boyes będzie musiał teraz żyć ze swoim sukcesem”.

Ale pozbawiony marzeń.

To znaczy mniej więcej to samo, co powiedzieć: „teraz musisz żyć ze swoją porażką”. Bo w tym przypadku sukces może nie jest największą ze wszystkich rzeczy.

Pewnego rodzaju złudzeń potrzebujemy po prostu jako ludzkość. Zaczyna się w dzieciństwie, od baśni, które zajmują potem stałe miejsce w naszej psychice. W porządku jest wierzyć w świętego Mikołaja, kiedy jest się dzieckiem. Tak samo jak w elfy, liliputy i olbrzymy. 

Kadr z filmu „Sny o słoniach”, reż. Werner Herzog, dystr. Against Gravity // materiały prasowe

Ale wszystkie teorie spiskowe wyznawane przez dorosłych, wiara w obce istoty, są pewną koniecznością cywilizacji, która potrzebuje naiwnego, uproszczonego obrazu rzeczywistości. 

Warto zadać sobie kilka pytań, na przykład: czemu  miliony Amerykanów miały doświadczyć bliższego spotkania z kosmitami? Dlaczego 300 tysięcy Amerykanek miałoby zostać porwanych i wykorzystanych przez przybyszów z innej planety? I wreszcie – po trzecie – dlaczego nie słyszeliśmy o podobnych przypadkach w Etiopii?

Mówimy o mitologii Stanów Zjednoczonych?

To nie tylko amerykański mit. Pod tym kryje się coś więcej. Ma to związek z wysoce stechnicyzowaną cywilizacją, która odczuwa lęk i niepokój w systemie czystej logiki, komputerów i liczb. To swojego rodzaju eskapizm. W ten sposób pokazujemy gorączkową temperaturę społeczeństwa, które choruje.

Może po prostu potrzebujemy w coś wierzyć?

Nie przeczę, że jest w tym pewien urok, sam jestem opowiadaczem historii. Ale nie oferuję gotowych recept. Zastanawiam się nad tym, co widzę dookoła. Nie mam w sobie pewności.

W „Inferno” pokazał Pan mieszkańców Vanuatu na Oceanie Spokojnym, którzy wierzą, że w ogniu pod wulkanem żyją duchy. W filmie „Ogniste kule: goście z odległych światów” poznajemy Aborygenów, dla których krater powstały po uderzeniu asteroidy to miejsce święte. Ich wiara jest powodowana siłami natury.

Ci ludzie nie wierzą w moc natury. Powiem więcej: nigdy nie mówią wprost o naturze, bo nie wiedzą, czym ona jest. Są po prostu częścią świata, a świat jest dla nich jednością. Nie tworzą rozgraniczenia na człowieka i całą resztę. „Natura” to tylko kolejny kulturowy konstrukt.

Mamy z nimi coś wspólnego?

Raczej nie, zbyt daleko odeszliśmy od naszych korzeni. Zacząłem to w pełni dostrzegać, kiedy spotkałem się z ludami koczowniczymi. Najprawdopodobniej wiele problemów z naszą cywilizacją, z jej destrukcyjną naturą, wynika właśnie z porzucenia wędrownego trybu życia. Nie możemy jednak cofnąć się w czasie i na powrót stać się koczownikami. O tym zaniechaniu wędrówki mówił pisarz Bruce Chatwin, ja widzę świat w podobny sposób.

Sam nie jestem zwolennikiem turystyki, za podróżami jako takimi – w rozumieniu przemieszczania się transportem dalekobieżnym – nie przepadam. To praca mnie do tego jeżdżenia zmusiła, to moje historie zagnały mnie w tak dalekie podróże. Niestety, niektórych odległości nie da się pokonać na piechotę, a już na pewno nie w moim wieku.

„Natura nasza jest w ruchu” – pisał Pascal.

Bo bycie w ruchu jest naturalnym sposobem połączenia ze światem. Świat otwiera się przed tymi, którzy podróżują pieszo. W ten sposób zostaliśmy stworzeni jako ludzie, robiliśmy to przez dziesiątki tysięcy lat. Teraz staliśmy się osiadli, rozrastamy się, rozwijamy miasta i technologie, ale to wszystko, jak sądzę, jest aktem samobójczym. 

Na Ziemi żyje 9 miliardów ludzi, potrzebujemy zasobów, które przewyższają to, co jest w stanie zaoferować nam planeta. Dlatego nasze istnienie, jako gatunku, nie będzie zbyt długie.

Potrafi Pan sobie wyobrazić świat bez ludzi?

Bez najmniejszego problemu. Pewnego dnia po prostu znikniemy jak dym, bez śladu. Nie spędza mi to snu z powiek, nie widzę powodu, dla którego miałoby mnie to niepokoić. 

Doktor Boyes twierdzi, że być może przyszłością wszystkich zwierząt i całej dzikiej przyrody jest bycie niczym więcej jak tylko snem.

W pełni się z nim zgadzam. Nie wiem, czy to się udało, ale próbowałem pokazać to w scenie, w której kamera patrzy na słonie spod wody. Widzimy tylko masywne nogi zatopione w mule, zwierzę jest niewyraźne, towarzyszy temu jakaś nieracjonalna aura. 

Film „Sny o słoniach”, reż. Werner Herzog, dystr. Against Gravity // Roger Horrocks / Skellig Rock, Inc / materiały prasowe Against Gravity

Czas zwalnia ponad wszelką miarę. Światło słońca odbija się w wodzie, migocze. Życie zamienia się w miraż. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego, tak przepięknego ujęcia. Nie zgodziłbym się go usunąć. Bez niego nie byłoby tego filmu.

Ale jednocześnie nie romantyzuje Pan natury.

Nie jestem zwolennikiem „disneyizacji” dzikiej natury. Ta nieznośna infantylizacja rzeczywistości pociąga masy, dostrzegam ją wszędzie, ale zajmuję zupełnie inne stanowisko. To zresztą główny temat mojego filmu „Grizzly Man”. Filozoficzne nieporozumienie, czym tak naprawdę jest świat wokół nas. 

Dzika natura jest po prostu dzika. Nie ma żadnych cech. Nie jest ani dobra, ani zła. Nie ma w sobie nic z harmonii, perfekcji. Po prostu istnieje. Kiedy więc spotykasz niedźwiedzia na swojej drodze, to nie jest to niedźwiadek z filmu animowanego. Nie nucisz mu piosenek, jak robił to Timothy Treadwell. Nie próbujesz go utulić. Lepiej, żebyś go szanował, jeśli chcesz ujść z życiem.

A Pan się boi?

Nic z tych rzeczy. Nie ma we mnie strachu, ale szanuję granice stada bizonów. Szanuję granicę lwa i niedźwiedzia grizzly. Nie naruszam wolności drugiego stworzenia.

„Sny o słoniach” to również opowieść o snach. Myśli Pan, że słonie też marzą? 

Nie wiem tego z całą pewnością, ale to całkiem prawdopodobne. Można to dostrzec, kiedy zasypiają na stojąco, wydają wtedy dźwięki, jakby coś widziały, ich świadomość przechodzi w inny stan. To bardzo tajemniczy widok. Ale o czym śnią te zwierzęta, jakie mają marzenia, tego zapewne się nie dowiemy. Tajemnica pozostanie tajemnicą.


Werner Herzog filmy dokumentalne realizuje od początku lat 60. Ostatni, „Sny o słoniach”, pokazywany w Polsce premierowo na festiwalu Millennium Docs Against Gravity (bilety dostępne od 23 kwietnia), opowiada o poszukiwaniach olbrzymich słoni-duchów w Angoli. Do polskich kin dokument trafi 12 czerwca.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Podróżuj pieszo, a świat się otworzy