Słoneczny letni dzień. Do pływalni nad rzeką przybywają ojciec z kilkuletnim synem. Ten pierwszy – niedźwiedziej postury, pewny siebie, władczy. Lekceważąc obiekcje ratownika, za chwilę wypchnie syna z pomostu w mętny nurt Wełtawy i będzie kazał mu pływać. Wątły Franz (takie imię nosi chłopczyk) zdobędzie tę umiejętność dopiero w przyszłości. Na razie przypomina ciężki kamień bez opamiętania ciśnięty w wodę. Ojciec zdaje się tym wcale nie przejmować, a zdezorientowanemu ratownikowi rzuca niedbale dwa słowa: „Poradzi sobie”.
To – tyleż przerażająca, co groteskowa – scena z najnowszego filmu Agnieszki Holland „Franz Kafka”. Współczucie dla sponiewieranego malucha, zbyt słabego, by przeciwstawić się ojcowskiemu despotyzmowi, miesza się z coraz silniejszym poczuciem absurdu. Ostatecznie zaś przeradza się w śmiech na widok rosnącego zakłopotania obu dorosłych mężczyzn. Widząc, że chłopak nie wypływa na powierzchnię, mimo wszystko próbują trwać przy swoim i odegrać wyuczone role twardzieli.
Franz Kafka: legenda czy ktoś bliski naszej codzienności?
Co ciekawe, Franz naprawdę sobie poradził. Jako pływak, a później, dorastając, w wielu innych jeszcze rolach napisanych dla niego przez życie. Mało tego, po śmierci radził sobie... jeszcze lepiej! Został nie tylko najpoczytniejszym autorem XX w., także mitem i ikoną. Trudno wskazać innego klasyka światowego pisarstwa, który od dekad towarzyszyłby nam z podobną intensywnością.
Jego biografia i twórczość przekroczyły horyzont literatury. Z jednej strony nabrały wszelkich cech legendy, z drugiej – stały się czymś nadzwyczaj bliskim naszej codzienności. Ba, w wielu wypadkach życie i spuścizna praskiego pisarza w widoczny sposób kształtują ludzkie charaktery, postawy, opinie. Są narzędziem, dzięki któremu próbujemy tłumaczyć sobie trudny świat. Kto nie zna określenia „kafkowski” i nie użył go choćby raz.
Dlatego wcale nie popełniamy nadużycia, myśląc o autorze z Pragi, zmarłym przed ponad stu laty, jak o kimś wciąż obecnym i niezwykle nam bliskim. Bliskim tak po ludzku. Sama Agnieszka Holland powtarza w wypowiedziach towarzyszących premierze filmu, że pisarz jest dla niej od dawna niczym starszy brat. To reakcja na świat taki jak nasz, w którym życie stało się nierzadko trudne do zniesienia. I w którym wyjątkowo potrzebujemy „bliskich”.
„Franz Kafka” Holland walczy ze stereotypowym wyobrażeniem pisarza
Lubię powtarzać, że istnieje coś takiego jak „kafkometr”, czyli urządzenie odmierzające skalę napięć, którym na co dzień usiłujemy sprostać. I tych lokalnych, i tych o zasięgu globalnym, a jednak w sposób przemożny oddziałujących na nasze jednostkowe losy. Wojny, epidemie, kryzysy polityczne, ekonomiczne, klimatyczne czy migracyjne – właśnie w tych okolicznościach powraca się do Kafki. To trochę tak, jakby szukano u niego nie tylko bliskości, lecz także kompasu w sytuacji, gdy wielu z nas staje nad przepaścią. Nie możemy odwrócić głowy, ale też nie potrafimy poradzić sobie z tym, co widzimy.
Tylko jak szukać „kompasu” u Kafki, skoro wciąż panuje przekonanie, że życie i twórczość tego człowieka były naznaczone nieusuwalną ciemnością? I że w związku z tym ostatnią rzeczą, której możemy od nich oczekiwać, jest zrozumienie lub nadzieja? Bodaj największą zaletą filmu Agnieszki Holland jest konsekwencja, z jaką walczy on z tym stereotypem, niewiele przecież mającym wspólnego z prawdą.
Scena nad rzeką, nakręcona w konwencji czarnej komedii, to tylko jeden z całego szeregu przykładów, które pokazują, że życia i spuścizny pisarza nie wolno sprowadzać wyłącznie do ciemności. Są tu przykłady inne: Kafka energicznie policzkujący strażnika. Kafka tańczący. Albo w nieskończoność przeżuwający każdy kęs jedzenia, co budzi u domowników na przemian irytację i wesołość. Do tego niezmordowany wioślarz i piechur. Flirciarz i czuły kochanek. Regularny bywalec domów publicznych. Wysublimowany elegant. Doskonały prawnik. Motocyklista. W wolnych chwilach także ogrodnik i stolarz. Wreszcie człowiek, który śmieje się często i chętnie.
Kafka przescrollowany: co zostaje na koniec?
Ukazując wszystkie twarze Kafki, Holland nie tylko zrywa z ogranym już do znudzenia repertuarem „kafkowskich” stereotypów, lecz także kwestionuje tradycyjną chronologię. Czyni to chyba w przekonaniu, że trzeba rozbić zwierciadło, które dotychczas więziło pisarza w uproszczonym wizerunku socjopaty, najchętniej chowającego się przed światem w mrocznych piwnicach literatury.
Kawałków rozbitego szkła Holland nie zbiera oczywiście z powrotem, nie składa w nowy, spójny obraz. Przeciwnie, puszczając oko, zwłaszcza do młodszej części widowni, raczej te kawałki scrolluje. Skomplikowane relacje rodzinne (przede wszystkim z ojcem), krytyczny stosunek do wykonywanego zawodu prawnika, związki z kobietami (liczne, niemal wszystkie trudne), przyjaźnie, które pozwalały przetrwać najgorsze chwile.
Wreszcie choroba, która ostatecznie przyniesie pisarzowi śmierć ledwo po czterdziestce – wszystkie te węzłowe punkty biografii Kafki Holland „przewija palcem” w tempie przyprawiającym niekiedy o zawrót głowy. I zostawia na koniec z poczuciem, że tajemnicy to myśmy ledwie dotknęli. No tak, ale czy da się w ogóle dotknąć tajemnicy czyjegoś życia?
Inna rzecz, że scrollowanie ma w tym filmie jeden efekt cokolwiek wątpliwy: nie pozwala zmierzyć się z kwestią, dlaczego Kafka w ogóle pisał i dlaczego była to dla niego najważniejsza rzecz na świecie. A chyba możemy tego oczekiwać po filmie o człowieku, który literaturę utożsamiał z życiem. Nie mówiąc o innym pytaniu: co sprawia, że dla kolejnych pokoleń twórczość Kafki pozostaje tak istotnym punktem odniesienia?
Wspólnota przeżyć, myśli i emocji
Agnieszka Holland robi w obu tych przypadkach unik trochę zbyt pośpieszny, może nawet zbyt łatwy. I skupia się na tym, co językiem współczesnej psychologii określilibyśmy mianem „atypowości” pisarza. W czym zresztą dostrzegam kolejny przykład puszczania oka do młodszych widzów, dla których zjawisko „nienormatywności” jest już na dobrą sprawę doświadczeniem pokoleniowym. Nie odmawiam temu doświadczeniu ważności, jednak wydaje mi się, że to za mało, by opowiedzieć historię autora takiego jak autor „Procesu”.
Toteż główne pytanie pozostaje. I pozostaje ważne: dlaczego Kafka w ogóle pisał i dlaczego skutki tego pisania z taką gwałtownością wykroczyły poza domenę literatury? Pisał, ponieważ utożsamiając literaturę z życiem, potrzebował literatury, by rozumieć i kształtować swoje życie.
A dlaczego ten rodzaj całkowicie „prywatnego” pisania zyskał popularność niemającą sobie równych w ostatnim stuleciu? Tutaj odpowiedź musi być bardziej złożona. Jeśli XX i XXI wiek przejdą do historii jako epoka globalizacji, to również jako epoka globalizacji doświadczeń egzystencjalnych. Przecież za sprawą bodaj żadnego innego twórcy ostatniego stulecia tak wielu ludzi w różnych miejscach świata nie poczuło autentycznej wspólnoty przeżyć, doznań, myśli, emocji.
A wszystko to niezależnie od własnego pochodzenia, pozycji społecznej, statusu ekonomicznego, wyznawanej religii, płci, orientacji seksualnej czy rasy. To tak, jakby w pochłanianych utworach Kafki, w jego zapiskach dziennikowych, listach, w świadectwach biograficznych oraz wielu innych odniesieniach do jego życia i twórczości poszukiwano detali, które pozwolą odkryć sekretny wzór życia.
Ojciec zostawia Franza w ciemnościach
Stara to prawda (powtarzał ją Benedetto Croce), że cała historia jest tak naprawdę historią teraźniejszości. Dlatego nasze lektury Kafki w istocie zawsze więcej mówią o nas samych niż o Kafce. Ale skoro tak, to głód poznania jego twórczości i jego historii jest głodem samopoznania.
Weźmy choćby słynny „List do ojca”, w którym pisarz przywołuje słynne „przeżycie na pawlaczu”. W czeskich domach mieszkalnych pawlaczem nazywano otwarte zewnętrzne korytarze, wiodące do poszczególnych mieszkań i ciągnące się wzdłuż ścian naokoło podwórza. Którejś nocy kilkuletni Franz nieustannie budzi rodziców, z dziecięcej przekory domagając się wody. Ojciec Hermann, wyczerpawszy wszystkie inne środki perswazji i w końcu doprowadzony tym do wściekłości, wynosi syna na pawlacz, po czym zostawia w ciemnościach na kilka chwil samego, w koszuli nocnej.

Być może dlatego niektórzy nazywają Kafkę Dantem epoki Freuda – w „Liście do ojca” daje on wyraz czemuś, co niemal dokładnie w tym samym czasie za sprawą twórcy psychoanalizy zyskało nazwę kompleksu Edypa. Iluż synów odnalazło się później w tej scenie! A także, z drugiej strony, jak wielu ojców! Synowie – ponieważ zrozumieli, że w pewnym sensie zawsze będą słabsi. Ojcowie z kolei pojęli, że odnoszą co najwyżej pyrrusowe zwycięstwa.
Niezależnie bowiem od tego, ile by później wyrządzili dobra swoim synom i jak bardzo ich wspierali, do historii przejdą wyłącznie jako brutalni despoci. Był to zresztą przypadek Hermanna Kafki: biografowie dostarczają wielu przykładów wsparcia, którego udzielał synowi i trzem córkom. Udzielał im także swobody niejednokrotnie większej niż w przeciętnych rodzinach mieszczańskich. Tylko co z tego? Nie na darmo Franz był przecież znakomitym prawnikiem i w „Liście do ojca” przykleił Hermannowi łatkę tępego brutala. Wierzymy w to do dziś.
Kobiety Kafki, prekursora relacji w przestrzeni wirtualnej
Innym wielkim tematem biografii pisarza są naturalnie kobiety. Najpierw matka, solidna mieszczanka, od świtu do nocy dbająca o gospodarstwo domowe i rodzinny interes. Przy tym bez reszty oddana mężowi i dlatego dość rzadko obecna w życiu czwórki swoich dzieci. Dorosły Kafka będzie jej zresztą czynił z tego powodu delikatne wyrzuty, nie dostrzegając wyjątkowej w tamtych czasach więzi, która łączyła jego rodziców. Wielką rolę w życiu Kafki odegrały, dalej, jego siostry, zwłaszcza najmłodsza z nich, Ottla. Z charakteru najbliżej jej było do starszego brata, ona też najlepiej rozumiała jego potrzebę tworzenia. Zdarzało się, że w późniejszych okresach wręcz zastępowała mu matkę, gościła u siebie, opiekowała się nim, troszczyła o wyżywienie, zdrowie.
A kobiety, w których się zakochiwał? Czy w nich również nie szukał przede wszystkim stabilnych punktów oparcia? Felicja Bauer, Milena Jesenská, Dora Diamant – by wymienić jedynie te najważniejsze. Jak piękne potrafił do nich pisać listy, jak pięknie do nich mówił.

Dopiero ostatnia miłość przyniosła mu spełnienie. To dla Dory zatwardziały kawaler wyprowadził się w końcu z rodzinnego domu, a następnie z Pragi, która przez całe dotychczasowe życie była zarazem jego klatką i schronieniem. Swój nowy dom i swoją nową rodzinę – małą, dwuosobową – budował odtąd przez pewien czas w Berlinie.
Wcale nie dziwi, że zwłaszcza życie uczuciowe Kafki budzi obecnie najżywszy oddźwięk wśród czytelników młodszego pokolenia. Całkiem niedawno dowiódł tego życzliwy odbiór, z jakim przyjęli oni powtórną edycję „Listów do Mileny”. W znacznej mierze przeniósłszy swoje życie emocjonalne w przestrzeń wirtualną (na przykład do mediów społecznościowych), odnajdują w pisarzu swojego prekursora.
Czy może raczej właśnie „starszego brata”, który przed stu laty słał do swych wybranek list za listem, a w każdym z nich żył nieledwie pełniej niż w „realu”. Odwracanie głowy od rzeczywistości? Manipulowanie cudzymi uczuciami dla własnych korzyści? Może i po części tak, trudno temu zaprzeczyć, znając charakter Kafki. Ale też głęboko ludzkie pragnienie bezpieczeństwa, gdy się stoi nad przepaścią, a rzeczywisty świat odmawia gościny.
Relacje z ciałem. Czym Kafka wzbudza dzisiaj zainteresowanie
Dla uczuć ostatecznie zawsze znajdzie się jakieś „wirtualne” schronienie, czy to w postaci tradycyjnych listów, czy w postaci emocjonalnych wpisów w mediach społecznościowych. Lecz jak ochronić swoją fizyczność? Oto kolejna kwestia, która przyciąga do Kafki. Jego ustawiczne perypetie z własnym ciałem obrosły już legendą. Największy cherlak w dziejach literatury. Mizerak, jakich mało. Wymoczek. Niezdara. Tak widziano go przez całe dekady.
Tymczasem dzisiaj wolimy postrzegać pisarza jako prekursora wegetarianizmu i nowoczesnych form pedagogiki ciała. Celują w tym znów przede wszystkim młodsi czytelnicy, nieobciążeni dawnymi stereotypami choćby dlatego, że w szkole rzadko dziś omawia się Kafkę.
Ci sami czytelnicy z wielką uwagą przyglądają się również ciałom portretowanym w tej twórczości, na przykład głównemu bohaterowi „Przemiany”. Jego niespodziewana metamorfoza w budzącego wstręt robaka stała się ważkim punktem odniesienia dla współczesnych debat o cielesności chcianej i niechcianej; o niezgodzie na własne ciało albo, przeciwnie, o jego akceptacji. A także o transpłciowości, tranzycji, gender. Wreszcie o tym, w jaki sposób – nierzadko przecież wrogi – reaguje na to wszystko najbliższe otoczenie. Trudno nie doszukiwać się czytelnych aluzji do „Przemiany” choćby w jednej z najbardziej wpływowych powieści ostatnich kilkunastu lat, „Wegetariance” koreańskiej noblistki Han Kang.
Już tylko te przykłady obecnego zainteresowania Kafką dowodzą, że pozostawionej przez niego spuścizny nie da się sprowadzić po prostu do literatury, do której świata – świata iluzji – jesteśmy zapraszani. Dużo bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że to my zapraszamy do naszego życia Kafkę. I czynimy go częścią realnego świata, w którym na co dzień mieszkamy; częścią prawdy o świecie „nad przepaścią”.
Ale też o takim świecie, w którym wciąż nie wyczerpały się wszystkie zapasy ciepła, zrozumienia, nadziei. W przeciwieństwie bowiem do wielu zasobów naturalnych te są odnawialne. „Świat jest smutny” – melancholijnie stwierdza Kafka w jednym z listów. Po czym od razu dodaje: „Ale przecież w tym smutku zarumieniony, a czy żywy smutek jest daleki od szczęścia?” (przeł. Robert Urbański).
Ruiny jako bezcenna oaza spokoju
Na dobrą sprawę świat Kafki to świat ruin. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, ponieważ w ciągu krótkiego życia pisarza rzeczywistość, którą znał, rozpadła się na jego oczach. Przede wszystkim za sprawą I wojny światowej i jej skutków. Europa legła w gruzach i ostatecznie zaczęła się z nich podnosić dopiero u schyłku XX wieku, gdy upadał komunizm. Ale świat pisarza jest też światem ruin w przenośni: Kafka, głęboko dotknięty wszechobecnym rozkładem, sportretował go słowami, których siła oddziaływania do tej pory nie ma sobie równych. „Wyrok”, „Przemiana”, „Kolonia karna”, „Proces”, „Zamek” – wszystko to są światy umierające.
Rodzi się zatem pytanie, jak to właściwie jest, że w Kafkowskich ruinach tak często poszukujemy dla siebie azylu? Że chcemy tam pobyć choćby przez chwilę? Że lubimy korzystać z gościny naszego „brata”? Nie da się ukryć, że naznaczone rozpadem życie i twórczość Kafki bezsprzecznie dają nam jakiś rodzaj chwilowego wytchnienia w obliczu wszechobecnych napięć. Czy to nie paradoks?
Sądzę, że odpowiedzi nie należy szukać zbyt daleko. Kto uwielbiał w dzieciństwie zwiedzać na przykład stare średniowieczne zamki, będące jedynie bladym wspomnieniem swojej dawnej chwały, ten doskonale wie jedno: że ruiny istnieją poza historią, w przestrzeni, gdzie nic się nie dzieje. Pośród ruin przeminęło wszystko, co miało przeminąć. Stojąc tam, wiemy, że niczego nie musimy. A zwłaszcza, że nie musimy dokonywać wyborów, do czego gdzie indziej co chwila się nas zmusza. W epokach historycznych napięć ruiny to bezcenna oaza spokoju, która pozwala zdjąć z naszych barków dotkliwy ciężar powinności i czasu.
Świat Kafki: mała, niedorzeczna nadzieja, której potrzebujemy
Nieprzypadkowo jednym z najczęściej używanych przez Kafkę słów jest spójnik „ale”. To spójnik przeciwstawny, którego rolą jest osłabianie pewników, stwierdzeń uchodzących za niepodważalne. W ruinach Kafki podważać można wszystko i wszystko kwestionować. I zawsze wtrącić „ale”. „Ale” jest przecież poza koniecznością, którą historia próbuje nam narzucić szczególnie wtedy, gdy stoimy nad przepaścią i gdy słyszymy, że nie ma alternatywy.
Oto powód, dla którego Kafkowskie ruiny potrafią dać wolność nieporównywalną z niczym: opuszczając ich przestrzeń i wracając do świata, jesteśmy innymi ludźmi. Co prawda w dalszym ciągu stoimy w obliczu przepaści, w pojedynkę nie odwrócimy losów świata. Ale uświadamiamy sobie, że gdzieś tam istnieje, być może, jakieś wyjście. Inny los i inny świat. Lub też, jak pisał Kafka w listach do swojej narzeczonej Felicji Bauer, szczęśliwa gwiazda. Trudna do znalezienia, lecz pod którą będzie można dalej żyć.
Czy nie dlatego swoją kapitalną powieść graficzną „Ameryka”, opublikowaną przed kilkoma tygodniami i luźno nawiązującą do „Zaginionego” Kafki [znanego kiedyś pt. „Ameryka” – red.], Piotr Dumała kończy portretem chłopca, który wpatruje się prosto w nasze oczy, ale robi to tak, że nie wiemy, czy uśmiecha się do nas, czy może jednak nie?
W gruncie rzeczy między tymi dwiema możliwościami zawiera się cały świat Kafki. Świat przegranych spraw, rozczarowań, ruin. Ale też świat ciszy. Świat nadziei – małej, niedorzecznej. Świat, w którym – przy wszystkich jego niedoskonałościach – można uspokoić oddech.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















