Colm Tóibín: jak oswoić konserwatywny kraj z głosem gejowskiego pisarza

Colm Tóibín, autor „Brooklynu” i „Czarodzieja”, pokazuje, że wielka literatura rodzi się z małych doświadczeń. To proza intymna, a zarazem poruszająca czytelników na całym świecie.
Czyta się kilka minut
Colm Tóibín z egzemplarzem swojej książki „Hołd dla Barcelony”. Hiszpania, 20 czerwca 2025 r. // Fot. Toni Albir / EPA/ PAP
Colm Tóibín z egzemplarzem swojej książki „Hołd dla Barcelony”. Hiszpania, 20 czerwca 2025 r. // Fot. Toni Albir / EPA/ PAP

Na początku zawsze jest cisza – to dopiero w niej może pojawić się głos, subtelny i cichy, a jednocześnie wyrazisty, mocny, z każdym kolejnym słowem coraz bardziej pewny siebie. Nie służy on artykułowaniu abstrakcyjnych tez ani jednoznacznych osądów – czy to o rzeczywistości zewnętrznej i publicznej, czy o tej wewnętrznej, intymnej. To głos ostrożny, uważnie wsłuchany w samego siebie; oszczędny, wręcz powściągliwy, który niczego nie udowadnia i do niczego nie przekonuje. To głos, który próbuje opowiedzieć indywidualną, jednostkową historię – tylko tyle. A raczej aż tyle.

Taka jest bowiem za każdym razem prawdziwa stawka literatury w prozie Colma Tóibína – irlandzkiego pisarza o stylu tak niepowtarzalnym, że łatwo się w nim zakochać, jeśli tylko pozwolimy sobie na uważne w niego wsłuchanie. Dużo trudniej natomiast uchwycić jego specyfikę. Krytycy na całym świecie zgodnie nazywają go pisarzem ciszy, zawieszenia i niedopowiedzeń. I, jak rzadko, w tym przypadku nie jest to jedynie efektowna fraza, a raczej zaskakująco precyzyjny opis sposobu, w jaki Tóibín wyczarowuje przed nami swoje opowieści.

Jeśli za dużo myślisz, masz przerąbane

W jednym z wywiadów Tóibín powiedział: „Jeśli zaczynasz się zastanawiać, co jakaś historia znaczy – przestań! Złap obraz. Podążaj za przedmiotem. Ale nie próbuj na siłę wydzierać z niego znaczenia. To przyjdzie samo. Jeśli za dużo myślisz, masz przerąbane”. Choć mówił wówczas o procesie pisania, ten postulat można rozciągnąć także na akt lektury.

Czytanie Tóibína wymaga uruchomienia rzadziej używanych pokładów intuicji. Nie chodzi przy tym o otwarcie się na proste, a przez to naiwne afekty, lecz o subtelne przestrojenie wrażliwości – żeby lepiej radzić sobie tam, gdzie analityczny intelekt gubi się w nadmiarze szczegółów. To czujność pozwalająca wychwycić znaczenie na obrzeżach percepcji, jakby muśnięcie samymi opuszkami palców albo słaby rozbłysk światła dostrzeżony kątem oka.

Proza Tóibína odsłania się w pełni dopiero wtedy, gdy pozwalamy sobie na taki rodzaj uważności. Bez wątpienia mamy tu do czynienia z pięknem literackim dookreślanym często jako „samo w sobie”, ale też chodzi o coś więcej – o wyprawę w rejony doświadczenia, do zakamarków rzeczywistości, dla których brakuje gotowych form opisu.

To przestrzenie szczelin i zatopionych w wiecznym półcieniu kątów, wypełnionych nieistotnymi (na pierwszy rzut oka) drobiazgami. Chaotycznym szumem rzeczywistości, z którego jednak da się wyłowić okruchy sensu. Odkładane latami, nabierają coraz boleśniejszego ciężaru, którego pozbyć można się jedynie przekuwając je w opowieści.

Dorastanie w katolickiej Irlandii

Colm Tóibín przyszedł na świat w 1955 r. w Enniscorthy, miasteczku w południowo-wschodniej Irlandii, które będzie potem nieustannie portretował w swojej prozie. Małe irlandzkie miejscowości w ogóle mają szczęście do swoich kronikarzy (choćby John McGahern, Claire Keegan czy Sebastian Barry – żeby wymienić tylko najwybitniejszych).

Wczesna śmierć ojca, nauczyciela i działacza politycznego, sprawiła, że dzieciństwo Tóibína upłynęło w cieniu straty i żałoby. Z czasem temat ten stanie się jednym z najważniejszych motywów jego prozy. Ojcowie pojawiają się w niej rzadko – co najwyżej jako odległe figury porządku, który przepadł na zawsze.

Jako nastolatek trafił do szkoły z internatem w Dublinie, a potem rozpoczął studia anglistyczne na University College Dublin. Wkrótce po ich ukończeniu wyjechał do Barcelony – miasta, które w latach 70. wciąż żyło pod rządami Franco. Młody Tóibín angażował się tam w ruchy antyfaszystowskie, a samo doświadczenie okazało się formujące i powróciło w jego debiutanckiej powieści „Południe” (1990). To właśnie tam po raz pierwszy „irlandzkość” staje się istotnym problemem – kolejnym, obok samotnego dzieciństwa, brzemieniem, które dźwigają niemal wszyscy bohaterowie jego prozy.

Po powrocie do Irlandii zajął się dziennikarstwem. Pisał reportaże, recenzje, był krytykiem i redaktorem, zanim w pełni zwrócił się ku literaturze. Dwa lata po debiucie zdobył pierwszą poważną nagrodę. Z każdą kolejną książką coraz mocniej zaznaczał swoją obecność, zdobywając nominacje i laury we wszystkich najważniejszych nagrodach anglosaskiego świata literackiego.

Równolegle prowadził życie akademickie – wykładał na amerykańskich i europejskich uniwersytetach, był gościem wielu instytucji literackich. W jego twórczości często powraca temat tożsamości i dorastania w katolickiej Irlandii, z całym bagażem jej surowych nakazów i przemilczeń. Dziś mieszka w Dublinie, choć wciąż dużo podróżuje, przede wszystkim do USA, gdzie jego książki, uwikłane w skomplikowaną historię irlandzkiej emigracji, mają szczególnie silną recepcję.

Nie bez znaczenia jest także fakt, że Tóibín od początku mówił otwarcie o swojej homoseksualności – początkowo w esejach i wywiadach, później coraz wyraźniej także w powieściach. Nie był to jeden głośny coming out, raczej proces spokojnego, ale konsekwentnego oswajania konserwatywnej Irlandii z obecnością głosu gejowskiego pisarza. W kraju, w którym dopiero w 1993 r. homoseksualizm przestał być przestępstwem, miało to wymiar niemal polityczny.

Tóibín nigdy nie uczynił z tego programu ani manifestu, lecz swoją powściągliwą obecnością wyznaczał nową przestrzeń – literacką i publiczną – w której można było mówić o doświadczeniu milczenia, pragnienia i samotności bez skrótów i uproszczeń. Co istotne, eksplorowanie seksualności – zwłaszcza tej nieakceptowanej społecznie, niezależnie od orientacji – powraca w jego prozie nieustannie, stając się jednym z najbardziej rozpoznawalnych wątków jego twórczości.

„Nora Webster” i „Testament Marii” – portrety matek

I tu wracamy do ciszy, bez której głos nie może zabrzmieć – zwłaszcza tych, którzy nigdy go nie mieli albo byli go konsekwentnie pozbawiani. Bohaterowie Tóibína to ludzie ignorowani przez społeczeństwo, prawo czy historię, spychani na margines, a jednak cierpliwi i uparci, czekający na chwilę, by opowiedzieć własną historię. Na początku – samym sobie.

Najlepiej widać to w powieści „Nora Webster”. Tytułowa bohaterka, kobieta w średnim wieku (oczywiście z miasteczka), właśnie straciła męża. Aby utrzymać siebie i dwóch dorastających synów (córki już się usamodzielniły), musi podjąć się wyczerpującej i słabo płatnej pracy, próbując jednocześnie zastąpić chłopcom ojca. Najtrudniejsza okazuje się jednak cicha, konsekwentna presja otoczenia, by zachowywała się jak „właściwa” wdowa. Nora krok po kroku odkrywa, że nie chce się na to zgodzić – nie chce być na zawsze pogrzebana w żałobie, chce jeszcze żyć, i to tak, jak wcześniej nie miała okazji. Ku oburzeniu wszystkich kupuje gramofon, farbuje włosy, wyjeżdża na wakacje. Ma odwagę i czelność być szczęśliwą.

Dodajmy, że to właściwie powieść autobiograficzna, a jej bohaterka to matka samego Tóibína, więc rzecz dzieje się na początku lat 70. na głębokiej, konserwatywnej prowincji. Nie jest to jednak panorama społeczno-historyczna (u Tóibína właściwie ich nie ma, choć niemal zawsze pisze o przeszłości), a raczej uważna, choć oczywiście prowadzona z pełnym szacunku dystansem wiwisekcja Nory, kobiety przeżywającej codzienne olśnienia tym, co odkrywa w zakamarkach własnej duszy. I oczywiście przepełniony miłością portret własnej matki.

W tym kontekście trudno nie wspomnieć o wydanej w 2012 r., a więc dwa lata wcześniej, noweli „Testament Marii”, którą można potraktować jako studium przygotowawcze do opowieści o Norze. Tóibín opowiada tu historię dobrze znaną z Ewangelii, ale z perspektywy matki Jezusa. Ta niemal odarta z transcendencji narracja, skupiona wyłącznie na cierpieniu starszej, samotnej kobiety próbującej poradzić sobie ze śmiercią syna, to bodaj najczystszy przykład literackiej empatii w jego dorobku.

Książka wzbudziła kontrowersje: w Irlandii i w Polsce bywała nazywana bluźnierczą, ponieważ Maria całkowicie odrzuca w niej religijny projekt Jezusa i jego towarzyszy. Tóibín odpierał jednak zarzuty, podkreślając, że tekst wyrósł z pełnej szacunku kontemplacji ewangelicznej sceny, w której Maria, zmuszona przez okoliczności, porzuca ciało swego jedynego syna. To nie ideologia ani teologia, lecz nieskończenie intymny dramat – a te nigdy nie rozgrywają się w przestrzeni wielkiej historii.

„Czarodziej”: Tóibín o Thomasie Mannie

I, jak zdaje się twierdzić Tóibín, od tej reguły nie ma wyjątków. Najlepiej pokazuje to powieść „Czarodziej”, fabularyzowana biografia Thomasa Manna. Śledzimy jego losy od dzieciństwa, naznaczonego śmiercią ojca – podobnie jak u samego Tóibína motyw utraty i żałoby powraca tu z całą siłą – aż po decyzję młodego Manna, by wbrew oczekiwaniom rodziny nie podążyć drogą prawniczą czy kupiecką, lecz zostać pisarzem.

Później przychodzą pierwsze sukcesy, które szybko lokują go w centrum niemieckiej literatury i życia kulturalnego. Towarzyszy mu niezwykłe małżeństwo z Katią Mann – inteligentną i silną kobietą, która z wielkim zrozumieniem traktuje fakt, że spojrzenia jej męża często zatrzymują się na młodych i atrakcyjnych mężczyznach. Z tego związku przyszło na świat sześcioro dzieci, każde z własną, często burzliwą i dramatyczną drogą, która sama mogłaby stać się materiałem na powieść.

W tle rozgrywają się największe dramaty XX wieku. Pierwsza wojna światowa, wobec której Mann nie chce zajmować żadnego konkretnego stanowiska – podobnie jak w 1919 r., gdy Monachium, w którym mieszka, ogarnia rewolucyjna gorączka. Z czasem nadchodzą nowe wybory i nowe konflikty, a wraz z nimi konieczność emigracji, doświadczenie wygnania i konfrontacji z totalitaryzmem.

Nobel, przyznany w 1929 r., ugruntował jego pozycję jako najwybitniejszego pisarza niemieckiego tamtego czasu. Stał się jednak brzemieniem, ciążącym mu do końca życia, jako że nieustannie każdy, aż do śmierci, wymagał od niego nieustannego zaangażowania politycznego – jasnych i czytelnych deklaracji, które miały pomóc słusznym sprawom: najpierw alianckim wysiłkom wojennym, później wzmacnianiu zimnowojennego porządku w Europie. Mann nigdy nie porzucił wiary w humanistyczne wartości literatury i kultury, nieustannie próbował też niuansować i redefiniować swoją niemiecką tożsamość. To sprawiało, że był pogardzany – a nierzadko i gorzej – przez niemal wszystkich ówczesnych aktorów politycznych.

Uparcie wierzył, że prawdziwie wielka literatura (i tworzący ją pisarze) nie jest od tego, aby rozstrzygać, jak powinien wyglądać świat. I nie chodziło tu o żaden eskapizm ani bezpieczną apolityczność – wręcz przeciwnie, konsekwencja, z jaką Mann odmawiał prostego i bezpośredniego zaangażowania, wymagała samozaparcia i odwagi. W ten sposób próbował chronić to, co uważał za jeden z największych skarbów ludzkości – literaturę jako przestrzeń, gdzie ludzkie głosy mogą wybrzmiewać w całej złożoności, zachowując jednocześnie swoją bezcenną, polifoniczną strukturę.

Literatura, która kształtuje sny

Trudno się dziwić, że właśnie jego Tóibín uczynił bohaterem swojej chyba najwybitniejszej powieści. Bo przecież w gruncie rzeczy zawsze pisze także o sobie.

Gdy 8 lat temu irlandzki pisarz gościł po raz pierwszy na Festiwalu Conrada, zapytałem go (teraz dostrzegam naiwność tej prowokacji), czy czuje się pisarzem politycznym. Z właściwym sobie tajemniczym, ale jednocześnie pogodnym uśmiechem wykręcił się od jednoznacznej odpowiedzi jednym zdaniem, które jednak zapadło mi w pamięć: „Literatura nie ma bezpośredniego wpływu na realną politykę, może jednak kształtować nasze sny”. I niech tak zostanie.

 

Colm Tóibín (ur. 1955) – irlandzki pisarz, eseista, wykładowca, jeden z najważniejszych współczesnych autorów. Debiutował powieścią „Południe” (1990; wyd. pol. 2006; wszystkie polskie edycje w tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego). Napisał m.in. „Brooklyn” (2009; wyd. pol. 2010), „Testament Marii” (2012; 2014), „Nora Webster” (2014; 2015), „Czarodziej” (2021; 2022), „Mistrz” (2004; 2006). Już w październiku 2025 r. ukaże się w Polsce jego nowa powieść „Long Island” (2024), kontynuacja „Brooklynu”.

Colm Tóibín w swojej prozie oddaje głos ukrytemu ciężarowi życia – drobnym porażkom, cichym tęsknotom i chwilom, które z pozoru wydają się zbyt małe, by stać się literaturą, a jednak pozostają w pamięci. Jego pisanie jest oszczędne i wyciszone, a zarazem gęste od znaczeń, które trudno uchwycić wprost. Podczas spotkania z pisarzem, które poprowadzi Michał Sowiński, porozmawiamy o tym, jak literatura potrafi wydobywać sens z codziennych szczelin i półcieni.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Czarodziej z małego miasta

Artykuł pochodzi z dodatku Magazyn Conrad nr 3/2025