Trzech Króli albo Gromniczna. Jaki jest w waszym domu właściwy moment na rozebranie choinki? Podejrzewam, że większość, ignorując solenne tradycje, wybiera dowolny punkt na osi pomiędzy tymi datami, kiedy się już się wszystkim znudzi zamiatanie igieł. Pragmatyzm pozwala utrzymać ład i ekonomicznie zarządzać ogniskiem domowym, kosztem jednak sensu i symboliki. Choćby zupełnie niezrozumiałej dla użytkownika: ktoś wie, dlaczego np. należy zawinąć bombki w stare gazety i wywalić suchy drapak przez balkon akurat w dzień, gdy idzie się do kościoła ze świecą?
Na głód sensu jeszcze nie wynaleziono odpowiedniego psycho-ozempicu, więc przez szczeliny pragmatycznego istnienia wkradają się narracje nadające zwykłym czynnościom pozorną głębię. Oto magistrat miasta Gandawa wydał okólnik, w którym radził, by mieszkańcy zjedli niepotrzebną choinkę, przez co zmniejszy się ilość odpadów. Nie całą, tylko igły: po zblanszowaniu miałyby być użyte do aromatyzowania masła, bo „tak robią Skandynawowie” – głosił tekst zawierający też garść rad bardziej oczywistych, typu „zamroź beszamel na potem”.
Nie wiem, jak z drogą do piekła, może go wcale nie ma, ale dobre intencje urzędników na pewno mogłyby wybrukować drogę na oddział toksykologii. W szkółkach choinkarskich nie ma żadnych ograniczeń obowiązujących przy uprawie żywności. Nikt przy zdrowych zmysłach dotąd nie badał obecności pestycydów w świerczku czy jodełce, ale można spokojnie założyć, że aparatura piszczałaby z przerażenia. Nie dość tego. W wielu krajach istnieje obowiązek nasączania drzewek przeznaczonych do mieszkań substancją przeciwpalną. Belgijski sanepid się obudził i kazał zmienić poradnik. W obecnej wersji ostało się tylko, że tak robią Skandynawowie.
Na co oburzyli się z kolei duńscy i szwedzcy historycy obyczaju, twierdząc, że w badanych przez nich tradycjach igły świerkowe pojawiają się z rzadka, a Belgowie powielają stereotyp dzikusa pożerającego każdy napotkany zielony pęd. Ktoś jednak zauważył, że korzenie przekłamania mogą nie być wcale archaiczne i związane z głodem, lecz wyrastać ze zgoła luksusowego nurtu „nordyckiej kuchni”, którą przez dobre dwie dekady próbowano nam kolanem wciskać jako ideał dobrego i pięknego jedzenia.
To w posiłkach sławnej niegdyś kopenhaskiej Nomy i jej naśladowników (w typie naszego Atelier Amaro) podawano padlinę na jedlinie, bebechy dziwnych zwierząt na leśnym „łóżeczku” z gałęzi podlane wyciągiem z porostów. Nie kto inny, jak guru tej kuchni, szef Nomy René Redzepi, w 2010 r. drukował na łamach „New York Timesa” pean na cześć zjadania choinek, twierdząc, że gałązka świerka zastąpi rozmaryn, i nie przejmując się takimi drobiazgami jak pestycydy.
Jak się potem okazało, nie przejmował się również prawami pracowniczymi, ale to inna historia, którą znacie z tych łamów. Pozostańmy przy iglakach. Owszem, nawet w polskich przekazach mamy niszowe przepisy na wykorzystanie np. zmielonych igieł świerka do aromatyzowania masła lub oleju. Każdy i każda, kto kiedykolwiek miał katar w naszej strefie klimatycznej, zna dobroczynne działanie syropu z pędów sosny. No i faktycznie, „żywiczność” tych składników trochę przypomina rozmaryn. Ale to rozmaryn, a nie karłowaty świerk rośnie na parapecie prawie każdej kuchni. Z jakiegoś powodu... kto wie, może dlatego, że jest smaczniejszy? Nie bronię nikomu eksperymentów, tylko ścinajcie gałązki w jak najgłębszym lesie. A najlepiej uszanować drzewa i pójść po prostu na spacer.
Cytrynowy naleśnik z blachy
Nie wiem, kiedy najlepiej zjadać świerk, ale za to wiem, że teraz najlepszy moment na dania z cytrynami – nawet w dyskontach łatwo dostaniemy te niepryskane (a tylko z takich można zetrzeć skórkę). Będę was zanudzał cytrynowymi przepisami. Dziś podpatrzony u Amerykanów placek przypominający ich pancake, czyli puszysty naleśnik.
- 250 g mąki
- 250 ml mleka
- 5 jajek
- 80 g cukru
- 250 g ricotty
- duża cytryna lub dwie małe
- 1 łyżeczka sody
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 5 łyżek masła
Startą skórkę z cytryny i wyciśnięty z niej sok dodajemy do mleka (które się od kwasu zetnie). Rozdzielamy żółtka od białek, które ubijamy na sztywno. Do miski z żółtkami dodajemy ricottę, stopione wystudzone masło, ścięte mleko i cukier, mieszamy porządnie. Dosypujemy stopniowo mąkę z sodą i sporą szczyptą soli, dalej mieszamy (trzepaczką lub mikserem), aż wyjdzie gładka, gęsta masa. Dodajemy po trochu ubite białka, delikatnie łączymy. Wylewamy masę na dużą blachę (35x45 cm) lub dwie mniejsze wyłożone papierem do pieczenia. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 st. C na 12-15 minut, aż się lekko zarumieni. Można jeść po amerykańsku, z boczkiem i syropem klonowym, albo po polsku, z twarożkiem i dżemem.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















