Jedna trzecia wysokości butelki, wyżej nie wolno jej złapać, dłoń musi być jak najdalej od szyjki. Otwieracz do butelek również chwyć jak najdalej od krańca, którym będziesz podważać kapsel. I teraz już możesz podać ulubioną colę „diet” (u nas nazywała się „light”, ale już jej nie ma, została tylko „zero”, choć to praktycznie ten sam okropny napój) prezydentowi Donaldowi Trumpowi, który bardzo boi się zarazków, więc z biegiem czasu wprowadził ścisłe protokoły dotyczące kontaktu z jego żywnością i napitkami.
Ten akurat, spisany w czasach zamierzchłych, pochodzi z restauracji w jednym z jego hoteli w Waszyngtonie i przewidywał też, iż po zajęciu miejsca przy stoliku dostojny gość miał mieć dyskretnie podaną buteleczkę z żelem dezynfekującym – a było to w czasach na długo przed covidem, kiedy to było naprawdę dziwactwo.
Czy pizzę je się nożem i widelcem?
Oficjalnie pod przysięgą nigdy nie zeznam niczego innego niż to, że higiena w życiu domowym jest bezwzględnie pożądana, a w zbiorowym żywieniu konieczna, zbawienna, wręcz święta. Nieoficjalnie boję się trochę tego, co mają w głowach ludzie poświęcający temu bardzo wiele uwagi, nieumiejący wziąć gryza cudzej kanapki (jasne, prezydent Trump dostarcza wiele innych powodów, by się go bać, nie będziemy jednak dublować tu pracy naszego działu zagranicznego).
W rzadkich chwilach bezczynności na zapleczu baru nad moją duszą barmana i winiarza bierze górę druga dusza – ta redaktorska – i czytam po raz setny, literując cichutko srogie zdania, zawieszoną przepisowo na widocznym miejscu urzędową instrukcję mycia rąk, robiąc w myślach jej korektę i adiustację, bo językowo i edytorsko dokument ten, niestety, pozostawia dużo do życzenia.
Ktoś mógłby sarkać, dokąd jeszcze sięgnie pasja regulowania w podpunktach czynności, które każdy i każda wykonuje instynktownie. Instrukcja stawiania kroków albo protokół wydmuchiwania nosa… Po tym na pewno powinno się myć ręce, dla alergików w sezonie pylenia to kłopotliwe wyzwanie. Nie zawsze mam na to czas, przyznaję się bez bicia, myślę, że na pewno bym nie przeszedł testów sterylności, by obsługiwać prezydenta.
Ale to abstrakcyjny problem, bo Trump alkoholu nie tyka z powodu rodzinnej traumy związanej z chorobą jego brata i tego na pewno nie będziemy mu wypominać. Dość, że swoją wątrobę masakruje wspomnianą colą – co najmniej dwanaście butelek dziennie. Brr!
W kontekście tego, jak je i pije Ameryka bez względu na afiliacje partyjne, to i tak nie jest jakiś szczególny wyczyn. Większe dziwactwo, jeśli już mielibyśmy grzebać w archiwach, to używanie noża i widelca do jedzenia pizzy. Jednak to nie objaw klasistowskiego zadawania szyku, tego polityka akurat o to nie podejrzewamy. Wyjaśnienie jest inne: Trump sięga po widelec, żeby łatwo zeskrobać wyłącznie ser i dodatki, wierzchnią warstwę, a placka nie tknąć. Z powodu kalorii, podobno.
O dobre ciasto na pizzę trudniej niż o dobre składniki
Cóż, akurat dla mnie jakość ciasta, to, czy ono potem nie siada ciężkim kompresem na żołądku, jest w większym stopniu wyznacznikiem jakości pizzy niż dodatki. Te bowiem, jeśli ma się wysoki budżet (czyli odpowiednie ceny) i rozeznanie u dostawców, można mieć dowolnie dobre, na zawołanie, z dostawą za godzinę.
Ale zrobić ciasto o np. 90-procentowym nawodnieniu (z którego w piecu ta woda wyparuje, dając placek leciutki, lecz zwarty) to już jest wyższa sztuka, która nie toleruje pośpiechu. W godzinę ono nie urośnie. Zapytajcie w Krakowie na rogu Wiślnej i Gołębiej albo w ulubionej porządnej pizzerii – każde polskie miasto ma takich po kilka.
W Ameryce z dobrym ciastem, zwłaszcza w sieciówkach, jest chyba kiepsko, więc metoda „mięso zjedz, ziemniaczki zostaw” ma sens i nie musi być afrontem w oczach elektoratu. Takim był za to argument „dziadka z Europy”, którym pogrążył się onegdaj inny polityk przyłapany na jedzeniu pizzy nożem i widelcem – ówczesny burmistrz Nowego Jorku Bill di Blasio. Nowojorską się zwija w rulon, to wie nawet polskie dziecko! A ten jeszcze gadał, że jego włoska rodzina zawsze używała sztućców.
Trzeba uważać. Ostatnio młody, obiecujący kandydat Demokratów do Senatu z Teksasu musiał odpierać „zarzut” (tak dosłownie napisał), jakoby był weganinem. Nazywa się James Talarico i jeszcze o nim usłyszycie. Trochę napędził stracha rywalom, bo w stanie, który Republikanie uważają za swój, potrafi łączyć bardzo pobożny dyskurs – uczy się na pastora u prezbiterian – z progresywnymi hasłami z czołówki tematów wojen kulturowych.
Pawłowe słowa z Listu do Galatów „nie masz mężczyzny ni kobiety” cytuje, by podeprzeć swoje twierdzenie, iż nauka rozróżnia aż sześć płci i skoro „Bóg nie jest binarny”, to prawo stanowe nie może decydować o składzie drużyn koszykówki. Ale np. w kwestii przyjmowania imigrantów lepiej mu idzie z cytowaniem Pisma i coraz lepiej radzi sobie w sondażach. Z tej racji ostatnio sam Trump wygarnął do niego z grubej rury, wypominając mu, że jest ukrytą opcją wegańską.
Talarico wyczuł, że w Teksasie to może być gorszy cios niż liczenie płci. I błyskawicznie zareagował. Szczerość swoich słów podparł też czynem, publicznie zjadając pokaźne udo indycze. Z grilla, a jakże, w końcu to Teksas. Grilla już dawno przejęliśmy, to nasz narodowy wyznacznik męskiego dobrostanu. A mi szkoda, że w naszej polityce nikt aż tak obficie nie cytuje Biblii. Faktycznie jest niebinarna, ani lewicowa, ani prawicowa, bez względu na to, jak mocno ktoś ją naciąga.
Bakłażan z pak choi
Ile mam dokładnie lat, tego nie powiem, bo to nie jest pseudofamiliarny Instagram. Dość wam wiedzieć, że jeszcze miałem przyjemność słuchać na żywo prof. Marcina Króla, i to w czasach, zanim skonstatował, iż byliśmy głupi.
A że gotuję z pasją, a czasem nawet dla zarobku, już dłużej, niż trwa duopol PO-PiS, to czuję się tak samo głupi, że nigdy mi nie przyszło do głowy połączyć na jednej patelni botwinkę (krótko duszoną na oliwie z odrobiną czosnku) i szparagi, cienkie raczej, krótko zblanszowane. To jest taki romans, że Tristan z Izoldą wyglądają przy nim jak aranżowane małżeństwo. Nic wam nie mówię dalej, bo sam dalej badam potencjał tego połączenia.
Tymczasem jedzenie całkiem roślinne, jeśli ma być „syte” i nie zawierać dodatku glutaminianu sodu, który potrafi rzucić na mózg umamiczny urok, musi w przednówku korzystać z importowanych wypełniaczy, z których szczególnie lubię bakłażana. Łączę go już z czym się da, ale poniższa para jest warta zapamiętania.

- 2 małe bakłażany lub 1 duży
- 2 główki kapusty pak choi
- 1 łodyga selera naciowego
- 1 ząbek czosnku
- olej
- 50 ml białego wina
- ocet winny
- tymianek lub za’atar
Kroimy bakłażana w kostkę 1-1,5 cm. Jeśli jest bardzo duży, odrzucamy gąbczasty środek.
Obsmażamy na cienkiej warstwie oleju przez kilka minut na średnim ogniu, mieszając, aż się lekko ozłoci z każdej strony i zacznie trochę mięknąć, solimy, doprawiamy ziołami. Podlewamy winem, odparowujemy, dalej dusimy na wolnym ogniu pod przykryciem, aż całkiem zmięknie.
Na innej patelni podsmażamy najpierw łodygi pak choi i selera, posiekane na dość drobne kawałki, po 2-3 minutach dodajemy cieńszą część kapusty, solimy, wlewamy trochę wody, żeby się nam to ładnie połączyło i poddusiło parę minut, wciąż zachowując chrupkość.
Łączymy z bakłażanem, dusimy razem parę chwil, żeby się przegryzło, skrapiamy lekko octem lub sokiem z cytryny.
W wersji na zdjęciu dodałem trochę kaszy, żeby było bardziej pożywne. Najlepiej smakuje na zimno, po paru godzinach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















