A wstydliwa to była chudzina, nieśmiało przybył między nas w środku dnia, tak żeby nikt nie zauważył – poza astronomami i astrologami. Ci pierwsi budują coraz dłuższe teleskopy, by przenikliwie zaglądać w wielką kosmiczną dziurę, obojętną na nasze tu przygody z istnieniem. Ci drudzy, wyposażeni w tabelki po tysiąc razy kserowane, od kiedy je dawni magowie babilońscy ułożyli, usiłują wmówić nam, że obroty ciał są jedyną prawdziwą ramą, w jaką należy wpasować wszystkie nasze dzienne sprawy.
Tamci mówią, że jesteś nieistotną pestką w pustce, owi zaś wkładają ci na głowę koronę mądrości i władzy nad faktami. Mącą pod czaszką, aż chciałoby się jednych i drugich pogonić precz z dworu, gdyby się posiadało takowy wraz z odpowiednio obszernym pałacem. Ale może to i lepiej, że mamy tylko standardowe mieszkanka z balkonem i ewentualnie domek gdzieś w ciepłym kraju, zważywszy na to, jakimi generalnie świniami się okazują bardzo liczni wielcy tego świata.
Nów Księżyca łączy Ramadan, Chiński Nowy Rok i karnawał – kalendarz tradycji i postów
Księżyc na pewno się z ostatnim nowiem na naszym niebie nie afiszował, a mógłby tym razem wkroczyć z fanfarami. Na jego dyskretnym rogaliku zawisły bowiem w tym miesiącu zarówno nowy chiński rok, jak i święty miesiąc Ramadanu. O równoczesnym wejściu w znak Wodnika nawet nie wspominam, bo nigdy mnie zodiak nie fascynował. W dodatku new-age’owi wyznawcy kojarzą mi się raczej z moczeniem kryształów w dzbanie wody i pojadaniem suchej kaszki niż dobrym jedzeniem i piciem.
A to wszystko działo się w jeden i ten sam wtorek, cóż to były za ostatki! No właśnie, bo jeszcze do tej koniunkcji różnych rytmów cywilizacyjnych przecież dochodzi i nasz koniec karnawału przed Wielkim Postem, także przecież podpiętym pod kalendarz księżycowy.
W prasie poświęconej jedzeniu i obyczajom w krajach bardziej przemieszanych od naszego czytam przepisy na iftar, czyli wieczerzę po zmierzchu, kiedy wyznawcy Allaha mogą uzupełnić zapasy kalorii i się nawodnić (a trzeba to czynić rozsądnie, żeby nie rozhuśtać za bardzo organizmu) oraz rady dotyczące chińskich uczt.
Obok także cenne porady, jak uniknąć napięć w środowisku np. biura, gdzie jedna grupa chce radośnie się napchać łakociami, a druga musi pościć od świtu do zmierzchu. O dochowujących postu chrześcijanach tam się nie wspomina, trochę może dlatego, że ich po prostu prawie nie ma, a trochę dlatego, że nasz post jest jednak znacznie bardziej po ludzku elastyczny.
W sytuacji biurowej lub towarzyskiej wolno nam sięgnąć po ciasteczko, którym poczęstuje chiński kolega. Byle się nie cieszyć zanadto i nie rozkoszować. Z multikulturalnej uprzejmości, nie z łakomstwa.
Postne tradycje kulinarne – jak post łączy duchowość, kulturę i dobre jedzenie
Co roku zresztą, gdy próbuję sobie coś poczytać o jeszcze mi nieznanych potrawach postnych z tradycji tych krajów, które szanuję za akcent kładziony na dobre życie, albo po prostu obdarzonych takimi warunkami przyrodniczymi i rolnictwem, że nawet pokarm dla umartwienia wychodzi tak czy owak smacznie – otóż gdy przeczesuję te różne obyczaje, przepisy, zawsze uderza mnie, jak bardzo Europa, zwłaszcza jej część bliższa słońcu, była uprzejmą krainą łagodności.
Z roztropnym sceptycyzmem podchodzącą do tego, na jak długo ludzie w imię celów duchowych potrafią odłączyć się od swojego ciała i od więzów społecznych, które narzucają nam przecież namiętności wręcz ostrzejsze od tych cielesnych. Bo o ile prosty fizjologiczny głód, znany nam (oby jak najrzadziej) jako ssanie w żołądku i mdłości, można ugasić dosłownie byle czym, co jest jadalne, tak potrzeba statusu, życia „jak należy” i szacunku dla siebie, jest znacznie trudniejsza do zaspokojenia.
Tyle że mniej gwałtowna, może chwilę poczekać. Ale tylko chwilę, nie całe 40 dni. Dlatego chciałem donieść stosownej władzy, że postne jedzenie w większości tradycji europejskich, kształtowanych przez nauczanie moralne matki Kościoła, oddaje hołd skromności, ale poza tym pozostaje bardzo przyjemne.
Jeśli zaś w pewnych kulturach postny jadłospis zakładał potrawy ściśle roślinne, to raczej w kontekście biedy, która usuwa z pola widzenia produkty zwierzęce przez większość roku. Dla regionów dostatniejszych wystarczał gest w postaci wyjęcia mięsa (oraz łoju i smalcu) z receptur. Z ryb zaś da się przygotować potrawy, które są tak intensywne smakowo, że faktycznie nie trzeba ich jeść dużo.
Parę kąsków baccalà alla vicentina, które w moich rodzinnych stronach się jada we wszystkie piątki aż do Wielkiej Nocy, wystarcza, by się najeść, jak naucza katechizm, do syta. Możecie sobie przypomnieć, co to takiego, pisaliśmy o tym przy okazji wesela Jeffa Bezosa w Wenecji, który kazał swoich gości sponiewierać tą tłustą rybą.
W Piemoncie lubią się w Poście umartwić jajkami faszerowanymi z domowym majonezem, które zwą Bella Rosin na cześć głównej kochanki (a potem morganatycznej żony) pierwszego króla zjednoczonych Włoch.
Imiona sławnych kobiet zapamiętane w nazwach potraw
Na pewno tego nie wymyśliła sama, ale mamy nieodpartą skłonność sklejania ważnych potraw i obyczajów z postaciami sławnych kobiet – Francuzi lubią przypisywać Katarzynie Medycejskiej połowę swoich sztandarowych, wyrafinowanych potraw, kompletnie bez podstaw historycznych.
Duby smalone na ten temat opowiadał nawet Diderot w „Encyklopedii”, przeciwstawiając rzekomej francuskiej skromności marne zbytki rodem z rozpustnej Florencji. Bo rozpusta i upadek zawsze przychodzą z jakiejś Florencji. To, że ona się dziś nazywa Bangladesz czy Somalia, to tylko różnica w detalach. O czym możemy pomyśleć w tych dniach, łagodnie płynąc środkowym nurtem między rygorem Ramadanu a obchodami Roku Konia.

Naleśnik cytrynowy w formie placka
250 ml mleka
1 cytryna niepryskana
4 jajka (rozdzielone)
250 g ricotty
100 g cukru
50 g stopionego masła
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
sól, olej
Z Katarzyną Medycejską wiąże się niesłusznie nawet takie, wydawałoby się, oczywiste rzeczy jak crêpes, czyli naleśniki. To bez sensu, bo tego nie trzeba uczyć. Każda znana mi kuchnia zawiera jakiś przepis w duchu „mleko-jajko-mąka – zmieszaj i wylej na patelnię”.
Czasem to bliższe omletu (jak cudowny austriacki Kaiserschmarrn), czasem tego, co byśmy zwali blinami – jak wszystkie anglosaskie pancakes z sodą (notabene właśnie ostatkowy wtorek był dawniej w Anglii i Irlandii dniem jedzenia naleśników, żeby zużyć przed postem jajka i masło). A tu przypomnę wam dzisiaj, bo warto do niego wrócić, przepis, który łączy puszystość pancakes z wygodą pieczenia jednego placka, zamiast smażenia trzech tuzinów.
Do dużej miski wlewamy mleko, wsypujemy skórkę cytrynową i sok z cytryny – mleko zacznie tworzyć skrzep. Kiedy to się stanie, dodajemy do niego żółtka, ricottę, cukier i stopione masło. Miksujemy na wolnych obrotach lub ręczną trzepaczką przez minutę, powoli dosypujemy mąkę zmieszaną uprzednio z proszkiem, sodą i solą.
Dodajemy po jednej łyżce ubite osobno na sztywno białka, łączymy delikatnie. Przelewamy do formy mniej więcej 30x40 cm, wysmarowanej olejem lub masłem. Pieczemy w 180 stopniach przez ok. 15 minut, aż placek będzie ścisły i zacznie się wybrzuszać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















