Dariusz, lat około 40, uważa się za ateistę. Mówi:
– Europa ma dwa filary: antyk i właśnie chrześcijaństwo, które kształtuje nas jako społeczeństwo. Nawet osoby niewierzące czerpią z tej spuścizny.
Podkreśla, że choć instytucja Kościoła zasługuje na krytykę z powodu skandali, to wiele z głoszonych przez nią norm należy przyjmować i realizować w życiu. Takie ideały jak pomoc bliźniemu, uznawanie przyrodzonej godności człowieka czy dobra jako wartości obiektywnej nie straciły na aktualności.
– Wciąż stanowią fundament prawa. Dla mnie jako kryminologa to ważne, bo kierując się etyką chrześcijańską, odnoszę się do karania czynów, a nie ludzi – wyjaśnia. Katolicyzm widzi jako fundament tożsamości kulturowej, dlatego nie chce o tej tradycji zapominać, ale ją zachowywać i pielęgnować. Nawet jeśli nie wiąże się to z zaangażowaniem religijnym.
Przy czym dla Dariusza katolicyzm nie służy do walki z innymi religiami czy wpływami kulturowymi. Wręcz przeciwnie – uważa go za spoiwo wspólnoty europejskiej. Uniwersalny koncept, odpowiedni jako podstawa funkcjonowania społeczeństw.
Poglądy Dariusza są świadectwem żywotności i kulturowej siły chrześcijaństwa. Ale czy to wystarczy, by zahamować sekularyzację polskiego społeczeństwa? Zatrzymanie się na kulturowej wartości katolicyzmu dla wielu nominalnych katolików okazuje się etapem na drodze do zerwania związków z Kościołem. Proces ten widać zwłaszcza w perspektywie kilku pokoleń.
Wartości tak, rytuał nie
Polacy nadal w większości czują się katolikami. Według CBOS za „wierzących” albo „głęboko wierzących” uważało się w 2024 r. ok. 90 proc. społeczeństwa, liczba ta jednak spadła w czasie pandemii. Związany z nią lockdown dodatkowo rozluźnił i tak już osłabione więzi z religią.
Odchodzenie od praktyk religijnych u wielu „deklaratywnych” katolików nie dzieje się bowiem od wczoraj. Udział w mszach czy nabożeństwach spada od dekad, podobnie liczba chrztów, ślubów kościelnych czy deklaracji, że wiara definiuje człowieka.
30-letnia Katarzyna z Krakowa niedawno została matką. Już od dawna nie uczestniczy w życiu Kościoła, ale czuje presję teściowej i babci od strony męża, by ochrzcić dziecko.
– Protestowałam. To od dziecka będzie zależało, czy kiedyś zechce być ochrzczone – oponuje.
Obecność religii w jej domu rodzinnym wyglądała dość standardowo: coniedzielna msza, modlitwy, nabożeństwa. Sam Kościół pamięta przez pryzmat strachu i oceniania. Denerwowała ją hipokryzja „spektaklu”, w którym uczestniczyła przez lata. Drażniły złoto i przepych świątyń. Rozczarowywali duchowni. Stopniowo oddalała się od religii. Jej „ostatki” w Kościele przypadły na czas bierzmowania.
– Wiedziałam, że większość osób z mojego kręgu rodzinnego chodziła do kościoła tylko dlatego, by to odhaczyć. Bo nie wypadało inaczej – mówi.
Problem pojawił się przy ślubie. Rodzina nalegała, by wzięli go w kościele. Katarzyna czuła jednak, że to byłoby oszustwo, zarówno względem siebie, jak i Boga.
Ale mimo że nie chce funkcjonować w religijnym kołowrotku kulturowym, napędzanym hasłem „tak trzeba” – ochrzcić dziecko, iść do komunii, wziąć ślub kościelny – wie jednocześnie, że chrześcijaństwo jest wciąż ważnym elementem jej tożsamości. Nie wypiera się korzeni.
– Uznaję, że zostałam w tej wierze wychowana, że to część mnie. Część, której nie da się tak po prostu usunąć – mówi.
Dla Katarzyny ta tożsamościowa więź z chrześcijaństwem jest jednak czymś innym niż praktykowanie religii wedle reguł dyktowanych przez instytucję. Od Kościoła się dystansuje. Dzisiaj w nabożeństwach nie uczestniczy właściwie wcale. Lubi święta Bożego Narodzenia, ale nie obchodzi ich po katolicku. Dziecka nie chce wychowywać religijnie, ale uznając wartościowe elementy w religii, które sama przejęła, przewiduje, że niektóre z nich mogą mu się przydać w życiu.
– Samo wybierze. Chciałabym, żeby przede wszystkim było dobrym człowiekiem. Bycie dobrym kojarzy mi się z chrześcijaństwem – mówi.
Religia z rozpędu
W coraz większym rozdźwięku między deklaracją przynależności religijnej a praktyką dostrzec można narastające nad Wisłą zjawisko katolicyzmu kulturowego. Większy nacisk kładzie się w nim na rytuał niż na duchowe przeżywanie wiary czy zaangażowanie we wspólnotę. Prowadzi to do stopniowego porzucania praktyki religijnej, przy zachowaniu pewnych tradycji katolickich, jak święcenie pokarmów czy posyłanie dzieci do komunii.
– Robi się coś tylko dlatego, że tak postępowali ojciec, matka, babcia – mówi Radosław Tyrała, socjolog religii z Wydziału Humanistycznego krakowskiej AGH. – To coś, co zostało mi wpojone i co uznałem za słuszne, ale niekoniecznie zostało przeze mnie zinternalizowane. To nie jest religijność wynikająca z pogłębionej refleksji czy doświadczenia. Raczej coś, co można by nazwać katolicyzmem inercyjnym, opartym na rutynie.
Sęk w tym, że w dłuższej perspektywie takie podejście pogłębia pokoleniowe oddalanie się od religii, nawet w jej wymiarze kulturowym. Właśnie ta zmiana może najmocniej napędzać sekularyzację.
Wiara jako kulturowy nawyk
Na ten stan rzeczy złożyło się wiele czynników. Część wynika z kontekstów globalnych, takich jak kształtowanie się światowych trendów kulturowych i nowych prądów duchowych, ogólny wzrost dobrobytu czy narracje emancypacyjne. Jest też wiele problemów typowych dla polskiego krajobrazu. Słabość intelektualna i teologiczna tutejszego Kościoła, ujawniane skandale czy instrumentalne wykorzystywanie religii przez polityków.
– To właśnie czynniki lokalne w dużej mierze decydują o tym, jak przebiega sekularyzacja w Polsce – przekonuje Tyrała. – Przykładowo, po śmierci Jana Pawła II eksperci zastanawiali się, czy ten moment coś zmieni w naszej religijności. Początkowo sekularyzacja została jakby „zamrożona”, ale kilka lat później zaczęło się to odwracać. Podobny efekt przyniosła pandemia. Pokazała, jak bardzo praktyki religijne były oparte na rutynie. Wystarczyło, że przez rok ktoś nie chodził do kościoła, i potem okazywało się, że nie czuje potrzeby powrotu – mówi socjolog.
Katolicyzm sprowadzony niemal wyłącznie do kulturowego nawyku, pozbawiony głębi i regularnej praktyki, to efekt postępującego osłabiania znaczenia religijności. Gdy rozmawia się z młodszymi osobami o ich doświadczeniach z wiarą, można dostrzec pewien pokoleniowy schemat.
Na jego szczycie są dziadkowie, z reguły mocno wierzący. Dla nich religia wciąż jest nie tylko rytualnym obowiązkiem, ale też realnym odniesieniem w życiu codziennym.
Dalej są rodzice – ci wierzą już mniej. Udział w obrzędach czy praktykach religijnych nie ma dla nich tak fundamentalnego znaczenia duchowego. Niemniej dla wielu z nich wiara pozostaje silnym elementem tożsamości, co starają się przełożyć na wychowanie dzieci. Te jednak nierzadko z czasem porzucają religię albo praktykują ją tylko podczas świąt czy wyjątkowych chwil, jak podjęcie decyzji o chrzcie własnych dzieci.
Młodzi definiują duchowość na nowo
Katolicy kulturowi, nawet ci śladowo uczestniczący w życiu Kościoła, zawsze mogą do niego wrócić czy odwołać się do własnych korzeni. Ich dzieci natomiast, często niewychowane według katolickiej wykładni, są już tej drogi pozbawione. To właśnie najmłodsze pokolenie odchodzi od religii najszybciej.
Wynika to ze zmiany społecznej percepcji: jeszcze kilkadziesiąt lat temu bycie praktykującym katolikiem w Polsce było domyślne. Odstępstwo od normy wiązało się z ostracyzmem i niezrozumieniem. Dziś coraz częściej jest odwrotnie – brak religijnej identyfikacji mieści się w społecznej normie.
– Przez lata funkcjonował u nas model katolicyzmu ludowego. Ludziom nie tłumaczono Ewangelii. Albo chodziłeś do kościoła, albo czekało cię piekło – tłumaczy ks. Grzegorz Strzelczyk, teolog i prezbiter archidiecezji katowickiej. – Taka opowieść o religii działała w warunkach monokultury, gdy wierni nie mieli dostępu do innych źródeł informacji. Dziś to się załamało. Ludzie konfrontują się z innymi modelami myślenia i proste przekazy im nie wystarczają. Jeśli wiara nie stanie się doświadczeniem, relacją z Bogiem i wspólnotą, to zostanie odrzucona jako zbędny balast. I to właśnie się dzieje w Polsce. Ludzie „strząsają” z siebie rytualizm i otoczkę wierzeniową, bo zaczęli widzieć w tym coś infantylnego – dodaje.
Nie znaczy to, że młodzi porzucili duchowość. Definiują ją jednak zupełnie inaczej niż starsze pokolenia. W raporcie przygotowanym przez Uniwersytet SWPS i agencję They.pl „Jakie są polskie zetki?” czytamy, że 64 proc. młodych nie uczestniczy w obrzędach religijnych, ale już dla co trzeciej osoby rozwój duchowy pozostaje ważny.
Zetki nie są jednak religijne w sensie instytucjonalnym. Duchowość oznacza dla nich pracę nad sobą, dbanie o dobrostan psychiczny i fizyczny, określanie celów w życiu czy postępowanie w zgodzie z własnymi wartościami.
Jak podkreśla Radosław Tyrała, jest to odbiciem rozwoju indywidualnej duchowości. W takim modelu rytuał wspólnotowy nie jest już konieczny. Oznacza to, że dziś można uważać się za osobę duchową bez uczestnictwa w tradycyjnych obrzędach.
– Istnieje stereotyp, że osoba niereligijna jest „pusta” duchowo. To niesprawiedliwe. Jeśli znika religijność w tradycyjnym sensie, nie znika to, co duchowe. Duchowość może się przejawiać w emocjach, w sztuce, w doświadczeniach. Nawet pójście ateisty do kościoła w ciszy, bez udziału w mszy, może być doświadczeniem duchowym. Religijność i duchowość mogą się częściowo pokrywać, ale nie są tym samym – tłumaczy socjolog.
Uczciwość wobec siebie i Boga
Marta (imię zmienione na prośbę rozmówczyni) tak definiuje duchowość:
– Dla mnie życie duchowe istnieje, ale zupełnie gdzie indziej. To kontakt ze sztuką, muzyką, teatrem. To zachwyt nad przyrodą, pójście do lasu. Nie potrzebuję do tego religii – argumentuje.
Pochodzi z warszawskiego Bródna, z rodziny o silnych katolickich korzeniach. W tym środowisku i w czasie jej dzieciństwa – w latach 70. – było oczywiste, że wszyscy praktykują.
– Jeśli nie poszlibyśmy do kościoła, to byłby grzech, tak to mnie i mojemu bratu tłumaczyła mama – wspomina Marta. – Coniedzielne msze były więc obowiązkowe, do tego różne nabożeństwa. Byliśmy bardziej zaangażowani religijnie niż inne rodziny, ale przyjmowałam to jako coś normalnego – dodaje.
Religijność mamy określa jako dogmatyczną i mocno trzymającą się zasad – przykładowo rezygnacji ze spożywania mięsa w piątek czy słuchania muzyki w trakcie Wielkiego Postu. Ale Marta z czasem nie chciała podporządkowywać życia religijnym regułom. Jednym z impulsów było poznanie przyszłego męża. Matka nieprzychylnie patrzyła na to, że trzymają się za ręce albo że chcą gdzieś razem wyjechać. Marta nie rozumiała, dlaczego religia tak restrykcyjnie podchodzi do sfery seksualności.
– Podważałam takie podejście. Dlatego w wieku 19 lat poszłam na pielgrzymkę do Częstochowy. Ale była ona tylko pretekstem, żeby spotkać się z chłopakiem. Umówiliśmy się na dworcu w Częstochowie, spędziłam z nim dzień – opowiada.
Po trzydziestce była już właściwie, jak mówi, „jedną nogą po drugiej stronie wiary”. Odchodziła bowiem stopniowo. Zrobiłaby pewnie to szybciej, ale na świecie pojawiły się jej dzieci, nie było więc czasu na rozważanie wątpliwości duchowych.
Efektem było to, że obrzędy praktykowała niejako z rozpędu. Ochrzciła dzieci, chodziła z nimi do kościoła, posłała do komunii. Robiła to też dla „świętego spokoju”, by nie urazić rodziców. Zachowywanie rytuałów jednak nie zatrzymało jej odsuwania się od Kościoła.
Dziś Marta nie czuje się ateistką, woli się określać jako racjonalistka. Nie praktykuje już żadnych obrzędów religijnych, nawet przygotowywania tradycyjnej kolacji wigilijnej. Dla niej sytuacja, gdy uczestniczy się w praktyce religijnej, robiąc jednocześnie rzeczy, których wyznawana religia zabrania, jest niedopuszczalna.
– Wolę być uczciwa względem siebie – zaznacza.
Nowe pokolenia poza Kościołem
Jaka jest więc rola Kościoła w kształtowaniu religijności w czasie, gdy kultura stopniowo odrywa się od katolicyzmu, a sekularyzacja przyspiesza? Zdaniem ks. Strzelczyka zmiany muszą dokonywać się na trzech poziomach budowania wiarygodności: instytucji Kościoła, wspólnot parafialnych i samych katolików, którzy powinni być świadkami Ewangelii. Teolog uważa jednak, że odpływu wiernych się nie powstrzyma.
– Jeśli młody człowiek nie trafi na dobrą wspólnotę, mądrego duszpasterza albo nie ma świadomych w wierze rodziców, to jest właściwie skazany na odejście. Nawet jeśli tempo sekularyzacji spadnie, to nie znaczy, że katolicyzm się utrzyma. Równie dobrze ludzie mogą pójść w zupełnie inne formy duchowości albo całkiem z niej zrezygnować – twierdzi.
Słychać już jednak głosy wskazujące na coś przeciwnego, a więc stopniowe lokalne odradzanie się chrześcijaństwa. Na Zachodzie widać pierwsze sygnały takiego zwrotu. Rośnie zainteresowanie religią wśród młodych Brytyjczyków, zwiększa się co roku liczba chrztów dorosłych we Francji. Dla niektórych to religia staje się odpowiedzią na wyzwania współczesności: rozpad więzi wspólnotowych, poczucie chaosu i bezsensu.
– To pokazuje, że procesy nie są jednokierunkowe. Żyjemy w czasie dużej niepewności: wojny, migracje, napięcia społeczne. To wszystko może wpływać na powrót do religijności, która jest dla wielu znaną i bezpieczną przestrzenią – mówi dr Tyrała.
Faktem jednak jest to, że Katarzyna i Marta są dziś poza Kościołem. Szanse na powrót są niewielkie. Prawdopodobnie w przypadku ich dzieci zerwanie z religią przestanie być etapem w życiu, a stanie się domyślnym kierunkiem. Dariusz wierzy w tożsamościową rolę katolicyzmu w Polsce i regionie, ale czy sama kulturowa pamięć wystarczy, by kolejne pokolenia chciały sięgać do chrześcijańskich korzeni?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















