Mam wrażenie, że w Boże Ciało zawsze był upał, a po południu burza. Oraz jedne z pierwszych truskawek i lodów. Tak pamiętam to z dzieciństwa, ale pamięć z pewnością kłamie. Niemożliwe, żeby to wiosenne święto miało co roku pogodę jak żyleta. Niemniej kojarzy się ono z wiosną w rozkwicie, wyciągniętymi po zimie sukienkami w drobne łączki, beżami i jasnymi marynarkami mężczyzn. Bo Boże Ciało mojego dzieciństwa to było – zresztą zgodnie z długą, trwającą od średniowiecza tradycją – sąsiedzkie, społeczne święto. Religijne przy okazji też, ale nie wiem co bardziej.
Chyba nie było innego dnia, który gromadziłby prawie wszystkich. Przepełniona parafia, w jednym kościele łącząca dwa duże osiedla, gdy zeszła się na główną mszę przed procesją, nie mieściła się w obszernym budynku. Ołtarz więc wystawiano na szczyt wejściowych schodów, ławki na trawniki i parking. Już w samym piknikowym początku tego zgromadzenia było coś odświętnego i letniego.
Mało kto jeździł wtedy na długie weekendy czy miał dom za miastem, więc zdawało się, że tego dnia na tej mszy są właściwie wszyscy. Sąsiadki, nauczycielki mieszkające w okolicy, znajomi dalsi i bliżsi. Również ci, z którymi zerwało się kontakty, co zmuszało do dyskretnych manewrów w odświętnym tłumie.
Po polowej mszy tłum przeciskał się przez wąskie gardła bram i furtek kościelnego ogrodzenia i ruszał długą trasą przez osiedle. Trwało to wiele godzin, a może tak tylko zapisała to moja dziecięca pamięć. I znów: czy to było bardzo religijne, nie sądzę. W długaśnej procesji początek z baldachimem, monstrancją, śpiewem i obstawą liturgiczną uciekał i znajdował się wiele ulic dalej, gdy sąsiedzki wąż mijał kolejne ołtarze, rekonfigurując się w kolejne towarzyskie grupy, rozmowy, pozdrowienia, czasem i flirty. Wszystko to w marszu śladem zadeptanych płatków kwiatów, sypanych przez przejęte bielanki.
Raz byłam na przedzie, gdy jeszcze nie wyrosłam z komunijnej sukienki i, przećwiczona, mogłam być właśnie dziewczynką od kwiatków. Raz, dwa, trzy, sięgnięcie do koszyczka, dygnięcie z rozsypaniem – ćwiczyłyśmy z siostrą katechetką choreografię. To była inna perspektywa, w końcu zobaczyłam religijny rytuał, modlitwy przy kolejnych ołtarzach, które zwykle mijałam już opustoszałe. Wolałam jednak to społeczne święto na tyłach.
W Brukseli jedyna procesja, jaką widzę, to wieczorny przemarsz garstki lefebrystów pod moim balkonem. Takie społeczne święto, jak to, które wspominam, znajdzie się prędzej opisane w podręcznikach antropologii. Coś z przeszłości, coraz mniej zrozumiałego.
To zresztą bardzo ciekawe: jak opowiadać o potężnym kawałku dawnej europejskiej kultury religijnej w sposób, który angażuje i tłumaczy współczesnego zwiedzającego, coraz mniej rozumiejącego chrześcijaństwo? Mierzą się z tym europejskie muzea, których kolekcje pełne są obrazów z motywami biblijnymi i religijnymi. Zostawić to inteligencji i wykształceniu zwiedzających czy przyjąć, że przychodzą z bardzo różnym przygotowaniem, a czasem i Biblia, i chrześcijaństwo są im obce?
Czy będzie to zbytni dydaktyzm, jeśli zaczniemy tłumaczyć, czy skorzystają na tym wszyscy? Np. miejskie muzeum w Leuven, leżące tuż obok słynnego katolickiego uniwersytetu, dziedziczy wiele artefaktów z miejskich kościołów, dziś zamykanych lub przekształcanych. Ale jak pokazać współczesnym zwiedzającym to dziedzictwo, nie zanudzając kolekcją zdobnych monstrancji i relikwiarzy, które nic dla nich nie znaczą?
Lubię tam właśnie salę o procesjach. Są i monstrancje, ale w jej przestrzeni dominuje procesyjna Madonna na drągach, której odsłonięto konstrukcję pod sukienką. Obok wiele wariantów sukienek i koron, bo noszono ją w procesji na galowo, ubraną w haftowane szaty i biżuteryjne insygnia. Jedna z koron stała się wspaniałym źródłem wiedzy dla historyków biżuterii. Prywatna biżuteria zwykle wędruje po rodzinach, umyka zapisom historii. Tu jednak kolczyki z osobistych kolekcji oddawano Madonnie jako wota, w podziękowaniu za wysłuchane modlitwy czy uzdrowienia. Jeśli się dobrze przyjrzeć, w jej ażurową koronę wpleciony jest kawał lokalnej historii jubilerskiego rzemiosła. Ale to już osobna opowieść dla dobrego przewodnika.
Tę salę otwiera montaż filmów, pokazujących procesje z różnych religii i kultur. Najpierw wydało mi się to dziwne, może nawet przesadzone poszerzenie kontekstu. Jakby ktoś chciał wyjaśnić, że nie tacy ci katolicy dziwni, inni też tak mają. Ale po chwili, w tej przestrzeni, której kurator musiał wymyślić, jak na nowo opowiedzieć o tej tradycji, czuję jakąś świeżość. Coś o uniwersalnej potrzebie i nawyku chodzenia, wychodzenia, pokazywania, obnoszenia, obchodzenia, tłumnego gromadzenia się w ruchu. Coś, co pomaga spojrzeć ze świeżością również na bożocielny marsz przez osiedle. Społeczne, osiedlowe i religijne święto.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















