Być może nawet i jego zwolennicy w pierwszej chwili zdziwili się tym, co czytali. „Dobrze, cieszę się, że nie żyje” – tymi słowy Donald Trump skomentował śmierć byłego dyrektora FBI Roberta Muellera, który z ramienia Departamentu Sprawiedliwości przewodniczył śledztwu w sprawie rosyjskich ingerencji w amerykańskie wybory w 2016 r.
„Nienawidzę moich przeciwników i nie chcę dla nich dobrze” – tak 21 września 2025 r., podczas pogrzebu Charliego Kirka, Trump wyłożył z kolei swoje antychrześcijańskie credo.
Nie są to jedyne wypowiedzi prezydenta USA i dalece nie jedyne jego zachowania, które prowokują do pytania: jak to się stało, że ktoś taki – by zacytować pamiętne dictum Trumpa ze spotkania z Wołodymyrem Zełenskim – „rozdaje karty” w międzynarodowej grze?
Jak to się stało, że ktoś taki decyduje – niemal jednoosobowo – o kształcie międzynarodowego ładu? Jak to się stało, że ktoś taki, kiedy chce, obala przywódców innych państw, kiedy chce, wypowiada wojny, a jeśli zechce, to – niewykluczone – zaatakuje albo zaanektuje każde terytorium, na które akurat będzie miał w danym momencie ochotę?
Donald Trump i narcyzm
„Prezydent Trump mówi to, co myślą wszyscy” – tak radość Trumpa ze śmierci Muellera skomentowała Laura Loomer, influencerka z ruchu MAGA. „Ma rację, nie powinniśmy się smucić, kiedy umierają źli ludzie” – dodała.
Wśród zwolenników Trumpa dominują takie opinie. Ale ze strony przeciwników – zarówno polityków, jak internetowego komentariatu – posypały się na niego gromy. Wprawdzie wśród oburzonych są i tacy, którzy wcześniej sami bronili prawa do ogłaszania radości, na przykład ze śmierci Kirka (prawicowego aktywisty, zastrzelonego przez zamachowca). Ale cóż, podwójne standardy są charakterystyczne dla każdej strony politycznego spektrum. Może więc Trump faktycznie mówi tylko to, co „myślą wszyscy”?
Mniej więcej w tym samym czasie publicysta „New York Times” Jamelle Bouie opublikował komentarz pod tytułem „Kiedy narcyz idzie na wojnę”. Postawił w nim tezę, że Trump jest „skończonym narcyzem” i bez wątpienia „najbardziej solipsystyczną osobą, jaka kiedykolwiek zasiadała w Gabinecie Owalnym”.
Solipsystyczną, czyli taką, dla której liczy się wyłącznie jej własny świat wewnętrzny, jej potrzeby, pragnienia i fantazje. I która ma innych za rekwizyty w swoim imaginarium, przeznaczone co najwyżej do tego, by spełniać jej oczekiwania i zachcianki. Jeśli odmawiają – odpowiedzią jest wściekłość, obraza i agresja.
Psychiatrzy przeciw Trumpowi
Nie jest to teza nowa. Już w 2017 r. kilkudziesięciu przedstawicieli środowiska psychiatryczno-terapeutycznego w USA opublikowało głośny list otwarty, w którym oznajmili, że Trump to człowiek zaburzony, pozbawiony empatii i tolerancji dla poglądów innych niż własne, i dlatego niezdolny do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji jak prezydentura USA.
Sygnatariusze złamali w ten sposób tzw. regułę Goldwatera, która zabrania diagnozowania „na odległość” osób publicznych; uzasadniali to dobrem ogółu.
Ten list otwarty oczywiście nic nie dał. Podobnie jak kolejna odezwa, opublikowana w „New York Times” w październiku 2024 r., niedługo przed ostatnimi wyborami.
Tym razem podpisało się pod nią ponad dwustu pracowników sektora zdrowia psychicznego. Ich tezy były jeszcze mocniejsze: Trump cierpi na „złośliwy narcyzm”, „nieuleczalne zaburzenie osobowości”, w związku z tym jest „całkowicie niezdolny do sprawowania władzy”.
Dlaczego Ameryka zaufała Trumpowi?
Sygnatariusze podkreślali przy tym, że od 1964 r., gdy senator Barry Goldwater wygrał proces z magazynem „Fact” – w którym ukazała się ankieta rozpisana wśród psychiatrów, określających go mianem m.in. „schizofrenicznego” i „psychotycznego” – wiele się w świecie i w psychiatrii zmieniło. W szczególności klasyfikacje zaburzeń psychicznych opierają się współcześnie na klarownych kryteriach behawioralnych. Te zaś narcystyczny i psychopatyczny Trump spełnia w sposób widoczny gołym okiem.
Powtórzmy: niewiele z tych wszystkich odezw i diagnoz wynikło. Niewykluczone, że przyczyniły się one wręcz – podobnie jak niewprawne próby wtrącenia Trumpa za kraty – do wzmocnienia jego wizerunku jako kogoś, kogo dotychczasowy „układ” próbuje za wszelką cenę zniszczyć.
Bo też i psychiatryczny wątek – abstrahując od aspektów etycznych – w dyskusjach o tajemnicy zwycięstwa i skuteczności „najbardziej solipsystycznego” prezydenta USA wydaje się sam w sobie niewystarczający.
Ostatecznie Trump jest fenomenem politycznym: udało mu się dwukrotnie wygrać wybory, a za drugim razem przekonać do siebie naprawdę mnóstwo ludzi.
Ktoś go zatem wybrał. Z jakichś konkretnych powodów.
Trump jako produkt epoki
Fakt, że jednostki o cechach narcystycznych i psychopatycznych osiągają we współczesnym świecie sukces, został dostrzeżony dość dawno temu. Jeszcze w latach 70. XX w. pisali o tym Robert Hare czy Christopher Lasch. Ten ostatni świetnie rekonstruował tę specyficzną dynamikę w kultowej i do dziś aktualnej książce „Kultura narcyzmu”.
Lasch pisał, że narcystyczna kultura – zorientowana na zewnętrzny pozór, niezdolna do uznania tragizmu, odwracająca się od przemijania, oparta na manipulacji, zapatrzona w siebie – zarazem produkuje, jak i premiuje jednostki o takich właśnie cechach.
Owszem więc, Trump jest narcystyczny, podobnie jak narcystyczny jest świat dookoła. W tym sensie – podążając tropem Lascha, Carla Gustava Junga czy Jamesa Hillmana, którzy na różne sposoby zwracali uwagę na psychologiczno-kulturowe tło procesów politycznych – jest on emanacją szerokich społecznych trendów, a nie trendsetterem.
Nie mamy tu więc do czynienia z przysłowiową małpą, która pochwyciła (atomową) brzytwę i sterroryzowała nią nobliwe salony, lecz z historią człowieka, który wygrał demokratyczne wybory, bo przekonał do siebie współobywateli. A teraz po prostu korzysta w pełni z prerogatyw, jakimi go hojnie obdarowali.
Słowem: to, że Trump stał się jednym z najważniejszych ludzi na świecie, więcej mówi o świecie niż o nim. Więcej o kulturze niż o psychologii jednostki. Więcej o społeczeństwie i jego elitach niż o konkretnej, poszczególnej biografii.
Dlaczego wyborcy zobaczyli w Trumpie swojego człowieka
O tych społeczno-politycznych powodach zwycięstwa Trumpa wiele już zresztą pisano. Głos zabierali tu m.in. liberalny publicysta Fareed Zakaria, socjolożka Arlie Hochschild (autorka znakomitych „Obcych we własnym kraju”) czy filozof i podkaster Sam Harris.
Z ich wypowiedzi wyłania się zgodny obraz: elity w USA przez dekady odwracały się od realnych problemów, z którymi borykali się zwykli ludzie, forsowały coraz bardziej odrealnione postulaty tożsamościowej lewicy, lekceważyły kwestie socjalne, nie doceniały, jak ważne są poczucie godności oraz przywiązanie do lokalnej historii i tradycji. Wskutek tego w pewnym momencie ostatecznie straciły wiarygodność.
Trump – gargantuiczny, pewny siebie, przekonany o własnej wspaniałości – stał się w tym układzie czymś na kształt „powracającego wypartego”. Jak mówi stara psychoanalityczna zasada: im bardziej uporczywie nie uznajemy pewnych aspektów rzeczywistości, z tym większym impetem przypomną nam one w końcu o swoim istnieniu.
Byłby więc Trump czymś na kształt nemezis dotychczasowych elit i dotychczasowego porządku. A karykaturalność jego postaci byłaby wprost proporcjonalna do ślepoty tych, którym wyborcy postanowili dać w końcu czerwoną kartkę. W tym konkretnym przypadku – ze szkodą dla samych siebie. Jednak z przekonaniem, że wreszcie ktoś ich rozumie, docenia i uznaje, a nie ignoruje lub traktuje jak ciemną masę, godną politowania lub pogardy.
A że Trump zachowuje się jak panisko, które za nic ma maniery i etykietę? Tym lepiej, skoro maniery i etykieta zespoliły się w zbiorowej wyobraźni z klasą polityczną, do której nie ma się już ani zaufania, ani cierpliwości.
Pęknięcia w świecie MAGA
Ktokolwiek chciałby lepiej zrozumieć ten mechanizm, niech zajrzy do kanału na YouTubie, który prowadzi Peter Santenello. Od wielu lat przemierza on Stany Zjednoczone z kamerą na wysięgniku i dokumentuje, jak tam ludzie naprawdę żyją i myślą.
Oczywiście, dziś poparcie dla Trumpa znacząco spadło – najpierw były ekscesy agentów ICE, a teraz wojna z Iranem osłabia jego pozycję również wśród zwolenników. Niektóre emblematyczne dla ruchu MAGA postacie, jak były dziennikarz Fox News Tucker Carlson, wprost wypowiedziały mu posłuszeństwo i lojalność.
Czy więc tym razem „solipsystyczna osoba” zderzy się jednak z rzeczywistością? Czy dosięgnie ją jej własne „wyparte”, które wróci pod postacią problemów na Bliskim Wschodzie i postępującej utraty zaufania? A może nawet spektakularnego kolapsu przed końcem kadencji, co niektórzy już teraz wieszczą?
Cóż, nadzieje, jakie żywią tu krytycy Trumpa, są ogromne. Ale poziom jego nieprzewidywalności jest tak wysoki, że nie sposób choćby w przybliżeniu stwierdzić, jak potoczą się zdarzenia w najbliższych dniach, o miesiącach i latach nie wspominając.
Z pewnością w jakimś momencie takie zderzenie nastąpi. Pytanie tylko, kiedy i jakim kosztem. Specyficzne napięcie – wewnętrzne i międzynarodowe – które wytwarzają Trump i jego administracja, w połączeniu z ich absolutnym przekonaniem o własnej racji, to (znów sięgając do psychoanalizy) gwarancja kolapsu. Mniej lub bardziej spektakularnego.
Magia władzy Trumpa
A na razie, cokolwiek by się działo, Trump zaklina rzeczywistość. Powtarza w kółko, co zrobi i co na pewno zrobią inni. Niczym mantrę albo zaklęcie repetuje zapewnienia o własnym sukcesie i wspaniałości.
I znowu: czy jest to wyłącznie symptom jego narcystycznego „ja”, upajającego się do niemożliwości dźwiękiem własnego głosu i opowieściami o własnej wspaniałości? Czy też może stoi za tym coś jeszcze? Coś, co nam umyka, gdyż nasza uwaga podąża po najbardziej konwencjonalnych, psychologicznych szlakach interpretacyjnych.
Na to „coś” zwraca uwagę Gary Lachmann. Ten były basista zespołu Blondie jest autorem książek o historii zachodniej tradycji ezoterycznej. W jednej z nich, opublikowanej w 2018 r. pod tytułem „Dark Star Rising. Magick and Power in the Age of Trump” (Wschodząca mroczna gwiazda. Magia i władza w erze Trumpa), Lachmann przygląda się osobliwym ideowym upodobaniom sztandarowych postaci z kręgu prawicy spod znaku alt-rightu w USA, takich jak Steve Bannon czy Richard Spencer.
Zamiłowanie tych dwóch dżentelmenów do dzieł zmarłego w 1974 r. barona Juliusa Evoli – tradycjonalisty integralnego z faszystowskimi inklinacjami, zafascynowanego ezoteryzmem – nie jest tajemnicą. Bannon sam się do tych inspiracji nieraz przyznawał.
Najciekawsze jednak w książce Lachmanna są te fragmenty, w których analizuje on owe przepełnione pychą autoinkantacje Trumpa. Nieustanne powtarzanie, jaki jest wspaniały, najlepszy, najdoskonalszy i jak wszystko, co zrobi, okaże się sukcesem. Powtarzanie, które nie ustaje nawet, gdy realia układają się inaczej.
Jak kształtował się świat dzieciństwa Trumpa
Lachmann uważa, że to zachowanie Trumpa wynika nie z jego narcyzmu, lecz raczej z pewnej doktryny, która w ciągu ostatnich kilku dekad lat zdominowała zachodnią kulturę i stała się dominującą ideologią w wielu nurtach rozwojowych, popterapeutycznych, popezoterycznych i biznesowych.
Różnie się tę doktrynę – czy też raczej: wiązkę idei – określa. Raz mianem „nowej myśli” (new thought), innym razem po prostu „pozytywnego myślenia” albo „prawa przyciągania”.
W latach 50. XX w. mały Donald (rocznik 1946) uczęszczał z rodzicami do Marble Collegiate Church, mieszczącego się przy Fifth Avenue w Nowym Jorku. Że było to dla niego ważne miejsce, świadczy fakt, iż wiele lat później wziął w tym kościele ślub ze swoją pierwszą żoną Ivaną.
W czasach dzieciństwa przyszłego prezydenta jedną z najważniejszych osób był tam wielebny Norman Vincent Peale, autor opublikowanej w 1952 r. bestsellerowej książki „Moc pozytywnego myślenia”. To klasyczna pozycja z dziedziny „nowej myśli”, której korzenie sięgają XIX w. i pewnego objazdowego hipnotyzera o dźwięcznym nazwisku Phineas Quimby.
Fred Trump, ojciec Donalda, był wielkim wyznawcą pastora i jego teorii. Ponoć mawiał, że z Peale’em „nikt nie może się równać”. Trumpowie świetnie znali się z charyzmatycznym kaznodzieją, który bywał częstym gościem w ich domu.
Podczas swoich kazań nauczał on, że sukces jest najważniejszą i niekwestionowaną wartością, do której należy nieustannie dążyć. Najlepszą zaś metodą jego osiągnięcia jest pozytywne myślenie. Niezachwiana, absolutna wiara w to, że rzeczywistość ułoży się tak, jak ją mentalnie zaprogramujemy. Myśli bowiem mają zdolność do kształtowania świata, duch realnie wpływa na materię, jego wehikułem są wola i intencja, a Bóg ochoczo współpracuje z kimś, kto nie wątpi w swoje powodzenie.
Donald Trump twierdzi, że Peale (zmarły w 1993 r.) uważał go za najlepszego ucznia, jaki mu się kiedykolwiek przydarzył. Być może więc te jego nieznośne przemowy są w istocie quasimagiczną praktyką, polegającą na zaklinaniu zdarzeń wedle własnych pragnień?
Być może te powtarzane nieustannie mantry nie są tylko efektem jego „narcyzmu”, lecz wynikają z wiary, że „programowanie rzeczywistości”, uporczywe powtarzanie, iż coś z pewnością się wydarzy, sprawia w jakiś tajemniczy sposób, że to się faktycznie wydarza?
Zwycięstwo za wszelką cenę
Jeśli to prawda, wówczas nie wiadomo, czy jest to zła, czy też bardzo zła wiadomość. Okoliczność, że prezydent mocarstwa, od którego decyzji zależą – dosłownie – losy świata, wyznaje cokolwiek niewyrafinowaną formę magicznego myślenia, napawa, muszę przyznać, niepokojem.
Z drugiej strony: może to jest odpowiedź na pytanie o źródła jego skuteczności? Nie w tym sensie, rzecz jasna, że wymyślił sobie i wyafirmował prezydenturę, lecz że swoim sposobem bycia wciela po prostu najbardziej rozpowszechnione dziś mity i obrazy sukcesu oraz skuteczności? Że zatem wszystko to działa na – w jakimś sensie faktycznie magicznej – zasadzie sprzężenia zwrotnego?
Narcystyczny styl bycia okazuje się efektywny w narcystycznej kulturze, przepojonej popterapeutyczno-rozwojowymi narracjami, których jednym z ojców chrzestnych był wszak pastor Peale.
Co podpowiadają te narracje? Wyrażaj siebie. Nie przejmuj się opinią innych. Mów zawsze to, co myślisz. Twoja wartość nie zależy od tego, jak postrzegają cię inni. Jesteś świetny, doskonały i wspaniały, musisz tylko w to uwierzyć. Idź do przodu, nie oglądaj się za siebie. Skrupuły są dla słabeuszy, człowiek sukcesu odrzuca fałszywą skromność i sięga po swoje. Myśl pozytywnie, zawsze bądź pewien tego, co robisz, stawiaj na swoim za wszelką cenę.
Stawiaj na swoim za wszelką cenę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















