Mój ulubiony artysta wydał nową płytę. Czy spotkamy się na jego koncertach?

„Grande Bunbury”, jak mawiają o nim fani – w tym niżej podpisany – to geniusz, który ze swobodą porusza się po najrozmaitszych muzycznych terytoriach. Jego muzyka stała się niezbędną częścią mojego życia.
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek

Po raz pierwszy usłyszałem Héroes del Silencio w dobrym roku 1993. Nie tylko dlatego dobrym, że miałem 15 lat i wkraczałem w tyleż trudny, co pełen emocji, zachwytów i fundamentalnych doświadczeń czas, ale również dlatego, że ukazało się wtedy wiele płyt prawdziwie przełomowych. Przykłady? Proszę bardzo: „In Utero” Nirvany albo „Rid of Me” PJ Harvey. Ale przede wszystkim – ma się rozumieć – „Songs of Faith and Devotion” Depeche Mode. Majstersztyk, w którym każdy utwór jest osobną rzeczywistością, a teksty, melodie i aranżacje splatają się w całość o bez mała hipnotycznej mocy.

Jako zapamiętały i ortodoksyjny depesz nie uznawałem oczywiście innych muzyków, niemniej w naszym małym depeszowskim gronie z Chomiczówki, którego liderem był mój serdeczny kolega, a zarazem trochę guru Maciek Więckowski, dopuszczało się pewne zróżnicowania. W szczególności wolno nam było słuchać Soft Cellu oraz Marca Almonda solo, ba, nie tylko słuchać, lecz także się do tego przyznawać.

Zamiłowaniem do twórczości Almonda zaraził nas Michał, brat Maćka, depesz starszy i bardziej doświadczony, a skoro on twierdził, że nie ma tu żadnej moralnej dwuznaczności – po prostu musiało tak być. Sympatii do powszechnie granego i hołubionego wówczas rocka à la Guns’n’Roses czy grunge’u raczej nie odczuwaliśmy – z wyjątkiem może Nirvany oraz Soundgarden – ale otwarcie ceniliśmy Elvisa Presleya i Beatlesów oraz niektóre kapele grające rockabilly.

Héroes del Silencio spod Pałacu Kultury

Nic już jednak nie wyglądało jak wcześniej, odkąd to pewnego dnia nasz przyjaciel Hubert Panowski przyniósł kasetę hiszpańskiego zespołu o wspomnianej nazwie: Héroes del Silencio (Bohaterowie ciszy). Okładka utrzymana była w tonacjach czerwieni i upstrzona dziwnymi symbolami, a tytuł brzmiał nader dostojnie: „El espiritu del vino” („Duch wina”).

Owszem, zagadkowa obecność tej kasety w ofercie sprzedawców urzędujących pod Pałacem Kultury – bo to od nich ją Hubert nabył – nie była taka znowu zagadkowa. Ówczesne okno na muzyczne światy, czyli stacja MTV, od trzech lat grało regularnie utwór „Entre dos tierras” („Między dwoma światami”). Wielki hit lat 90., który sprawił, że Enrique Bunbury, Juan Valdivia, Pedro Andreu i Joaquin Cardiel – z obiecującego i dobrze w rodzinnym kraju przyjmowanego zespołu grającego najpierw pop-rocka, a potem, stopniowo, sięgającego po brzmienia coraz cięższe – stali się nagle międzynarodowymi gwiazdami. 

Do dziś zresztą żadna hiszpańska grupa nie pobiła parametrów ich globalnej popularności. Jeśli ktoś chciałby usystematyzować wiedzę na ten temat, polecam dokument „Héroes: Silencio y Rock’n’Roll” dostępny na platformie Netflix.

A co nam się wtedy w HdS najbardziej spodobało? Za innych nie będę się wypowiadał, ale mnie momentalnie zafascynowały m.in. utwory „La herida” („Rana”), „La sirena varada” („Syrena wyrzucona na brzeg”), „El camino del exceso” („Droga nadmiaru”) czy „La apariencia no es sincera” („Pozory mylą”; znana też ze ścieżki dźwiękowej do filmu Wima Wendersa „Lisbon story”).

Może sprawiły to wykwintne melodie, a może mocny i oryginalny baryton Bunbury’ego – który tak naprawdę nazywa się Enrique Ortiz de Landázuri Izarduy, a pseudonim wziął ze sztuki Oscara Wilda „Bądźmy poważni na serio” – wraz z jego unikalną charyzmą. Zaczęliśmy więc z przyjaciółmi-depeszami na potęgę słuchać HdS, a, nie ma co ukrywać, pewnego smaku dodawał temu fakt, że, po pierwsze, nie rozumieliśmy wówczas, o czym oni śpiewają, a po drugie, że w naszych kręgach nikt poza nami ich nie znał.

Muzyka Bunbury’ego to niezbędna część mojego życia

Ale nie piszę tego wyłącznie w ramach sentymentalnych wspomnień. Zespół Héroes del Silencio przestał istnieć w 1996 r., a Bunbury z powodzeniem rozwija solową karierę. Nie tylko muzyczną skądinąd, w ostatnich latach opublikował również trzy znakomicie przyjęte książki poetyckie.

Znany jest w zasadzie wyłącznie w kręgu hiszpańskojęzycznym, w Hiszpanii czy Ameryce Łacińskiej ma status twórcy wielkiego i kultowego. Fani – w tym i niżej podpisany, oczywiście – mawiają o nim nie inaczej, jak „grande Bunbury”. I bardzo słusznie, jest to bowiem artysta wybitny, bez żadnej przesady mówiąc: geniusz, który ze swobodą porusza się po najrozmaitszych muzycznych terytoriach i trajektoriach.

Jego pierwszy solowy album „Radical sonora” z 1997 r. to alternatywna muzyka elektroniczna, a ostatni – czternasty, który ukazał się 17 kwietnia br. pod tytułem „De un siglo anterior” („Z poprzedniego wieku”) – to z kolei klasyczne hiszpańskie i latynoamerykańskie rytmy, do których nawiązywał już na poprzednich płytach. Warto tu jeszcze dodać, że osobną zupełnie jakością są jego koncerty, rozpoczynające się punktualnie co do sekundy, świetnie przygotowane, zapięte na ostatni guzik.

Co tu dużo mówić, muzyka Bunbury’ego stała się niezbędną, integralną częścią mojego życia. Łączy mnie z nim przedziwna więź, za którą stoi osobliwy przypadek – przecież gdyby Hubert nie trafił na tę kasetę pod Pałacem Kultury, być może nigdy bym się nie dowiedział, że ktoś taki w ogóle istnieje. No ale, jak wiadomo, życie składa się w większości z takich koincydencji. Być może więc – kto wie, kto wie – dla ciebie, drogi czytelniku, niniejszy felieton również okaże się podobnym zbiegiem okoliczności – i któregoś dnia spotkamy się na koncercie wielkiego Bunbury’ego? 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 18/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Wielki Bunbury