Oto – wydawałoby się – teza najbardziej oczywista spośród wszystkich oczywistości. Ocena moralna śmiercionośnego strzału oddanego 10 września na kampusie uniwersytetu w Utah przez 22-letniego Tylera Robinsona, strzału, który rozerwał szyję Charliego Kirka na oczach jego żony i dwójki dzieci, nie ma żadnego związku z poglądami politycznymi zamordowanego.
Byłaby identyczna, gdyby zamiast niego zginął ktoś o innych poglądach. Nieważne: prawicowych czy lewicowych, skrajnie prawicowych czy skrajnie lewicowych, liberalnych, demokratycznych, anarchistycznych, anarchosyndykalistycznych czy socjalistycznych. I tak dalej. Byłaby identyczna także wówczas, gdyby każda, bez wyjątku każda skandaliczna wypowiedź przypisywana Kirkowi okazała się rzeczywiście jego wypowiedzią.
Piszę „gdyby”, ponieważ niektóre z tych najbardziej radykalnych i skandalicznych to, jak się okazuje przy bliższym zbadaniu, produkty zabiegów typowych dla mediów społecznościowych – wycinania z kontekstu, przekręcania, stosowania najbardziej nieżyczliwej interpretacji. Ot, choćby rzekome stwierdzenie, że „biblijna kara śmierci dla gejów przez kamienowanie jest właściwa”.
Za post łączący ten pogląd z Kirkiem przeprosił już Stephen King, ale rzecz nadal reprodukuje się w wiralowych wpisach krążących po internecie. Klasyka: ktoś gdzieś sypnie jakimś linkiem, który ma ponoć czegoś tam dowodzić, wygląda to z oddali na „fact-checking”, więc nikt już nic nie sprawdza, wirtualna kula oburzenia i afektu toczy się coraz szybciej, aż w końcu nabiera monstrualnego gabarytu.
Ale powtórzę: nawet gdyby Kirk rzeczywiście głosił wszystkie te tezy, nie zmieniałoby to oceny czynu Robinsona. W kulturze, w której żyjemy, nie uzależnia się bowiem etycznej, prawnej oraz dowolnej innej kwalifikacji morderstwa od światopoglądu ofiary. Jest wręcz na odwrót. Gwarantowana w demokracji – między innymi – wolność słowa to praktyczna możliwość swobodnego artykułowania swoich przekonań bez ryzyka, że się zostanie za to zamordowanym.
Z tej właśnie wolności słowa korzystał Kirk, który zarabiał na życie artykułując swoje przekonania – na piśmie, w podkastach, podczas spotkań na żywo. A przy tym nieustannie, na różne sposoby i w różnych okolicznościach, debatując i dyskutując z ludźmi o przekonaniach odmiennych.
Niezależnie od tego, czy nam się poglądy Kirka podobają, czy nie podobają, czy nas oburzają, czy nie oburzają – był to człowiek, który mnóstwo czasu poświęcał na publiczną dyskusję z tymi, którzy myślą inaczej. I właśnie podczas jednej z takich dyskusji, jednego z takich pojedynków na słowa, a nie pięści czy kule karabinowe, został brutalnie zabity.
Tej zbrodni zaś, powtórzę, nie usprawiedliwiają ani nie relatywizują żadne jego faktyczne lub wymyślone poglądy i wypowiedzi. Podobnie jak nie usprawiedliwiają i nie relatywizują jej żadne – prawicowe lub lewicowe – poglądy, wypowiedzi czy też polityczno-rodzinne koneksje mordercy. Oto – wydawałoby się – teza najbardziej oczywista spośród wszystkich oczywistości.
Napisałem „wydawałoby się”, ponieważ przeczy temu fala postów, memów, grafik czy nagrań usprawiedliwiających tę zbrodnię, dowodzących, jak niegodziwym człowiekiem był Kirk, wyrażających radość czy wręcz euforię z powodu jego śmierci. Autorami tych memów i wpisów oraz entuzjastycznych pod nimi komentarzy, udostępnień czy serduszek, bywają ludzie zazwyczaj czujni na najdrobniejsze przejawy werbalnej agresji, krzyczący „przemoc!”, kiedy tylko ktoś powie coś niesłusznego lub niepoprawnego.
Ci sami ludzie przywołują dziesiątki argumentów mających pokazać, jak bardzo ofiara sama sobie na to, co ją spotkało, zasłużyła. Jak złym była człowiekiem, jak zdeprawowane poglądy głosiła, jak nie ma co po niej płakać.
Doprawdy – podobnie jak natychmiastowe obwinianie tych lub tamtych za śmierć Kirka – są to jakieś ciężkie powikłania, a może raczej rozległe przerzuty toczącej nas wszystkich polaryzacji. Pogłębiający się trybalizm, w ramach którego współczucie, zasady moralne, prawo i reguły życia społecznego – w tym jedna z tych fundamentalnych: zachować powagę wobec śmierci, nie tańczyć na grobach, nie cieszyć się z cudzego nieszczęścia – stosują się wyłącznie do „naszych”. Do „nich” natomiast – tej amorficznej, strasznej grupy „nie-nas” – aplikują się selektywnie albo wcale.
Usprawiedliwianie i relatywizowanie realnej przemocy; deprecjonowanie ofiar; gloryfikowanie zideologizowanych socjopatów à la Taylor Robinson, à la Luigi Mangione, à la Janusz Waluś i robienie z nich bojowników o sprawiedliwość, bohaterów walki z systemem; a także odruchowe, natychmiastowe przerzucanie odpowiedzialności za rozmaite zbrodnie i katastrofy na przeciwników politycznych – to w dzisiejszym świecie dawno już nie jest margines, lecz coraz szerszy strumień płynący wartko w mediach społecznościowych. W tym zwierciadle odbijającym zbiorową świadomość i nieświadomość.
Nie wiem, gdzie nas ten nurt porwie, a może już porywa, jedno mogę jednak powiedzieć z pewnością – miejsce to jest ciemne, ponure i groźne. Zawracajmy, póki jest jeszcze czas. Bo przecież mamy gdzie zawracać, wszystkie potrzebne przystanie są w historii, kulturze, cywilizacji, starczy się tylko otrząsnąć, odetchnąć, otrzeźwieć.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















