List biskupa Antonio Staglianò – przewodniczącego Papieskiej Akademii Teologicznej – w którym krytycznie przygląda się „chrześcijaństwu” propagowanemu przez Petera Thiela, Donalda Trumpa i J.D. Vance’a, zdaje mi się jednym z najważniejszych tekstów o współczesności, jakie w ostatnich latach napisano. Ten niepozorny dokument, opublikowany po włosku na stronie Akademii, po polsku zaś niedawno w „Tygodniku”, jest – formalnie rzecz ujmując – reakcją na ogłaszane przez Thiela profecje dotyczące rzekomego nadejścia Antychrysta.
Już od dłuższego czasu ów rzutki biznesmen, ekonomiczny i intelektualny filar ruchu MAGA – samozwańczo mieniący się kontynuatorem wielkiego antropologa i filozofa René Girarda – występuje z wykładami, w których prezentuje swoje apokaliptyczne dociekania. A przy okazji daje wyraz autorskiej interpretacji ewangelicznego przesłania, powołując się przy tym – powiedzmy od razu: bezzasadnie – właśnie na dzieła autora „Kozła ofiarnego”.
Między przemocą a jej odrzuceniem
W centrum tej interpretacji stoi zasadna skądinąd teza, że tradycja oświeceniowa de facto usunęła z antropologii zło i grzech. W szczególności, zdefiniowała te aspekty ludzkiej natury jako wynik społecznych bądź medycznych usterek, które da się wyeliminować poprzez przebudowę urządzenia społecznego, stosowne medykamenty lub interwencje terapeutyczne.
Starczy więc przeprowadzić rewolucję i zmienić kulturowe porządki (w duchu minimalizowania ograniczeń i represji, naturalnie), względnie wynaleźć cudowną pigułkę lub leczenie, a znaczna część problemów, z którymi się od niepamiętnych czasów borykamy, zostanie rozwiązana. Tymczasem – widzimy dziś coraz wyraźniej – przemoc i skłonność do zła zdają się na zawsze wpisane w nasz „system operacyjny”.
Owszem, struktura społeczna czy budowa mózgu sprzyjają im lub nie, ale szanse na to, że się dokona ich eradykacji, wypada uznać za naiwną iluzję. Z tego powodu – przekonują Thiel i Vance, Trump zaś praktycznie wciela to w życie – należy przemoc zaakceptować. I korzystać z niej otwarcie, bez hipokryzji, zgodnie ze swoją wolą oraz interesami.
Jest to filozofia w jakimś sensie spójna, niemniej stojąca na antypodach chrześcijaństwa. Bp Staglianò z tego rozróżnienia czyni oś swojego wywodu. Chrześcijaństwo uznaje ludzką skłonność do przemocy, rozumie, że ma ona uniwersalny charakter, dostrzega jej realność, ale poprzez figurę Chrystusa – który, przyjmując los niewinnej ofiary, po raz pierwszy w historii odsłonił faktyczne mechanizmy zła (o czym pisze Girard) – wskazuje drogę do jej przekształcenia i odrzucenia.
Chrześcijańska droga nie opiera się więc ani na negacji czy wyparciu, jak postoświeceniowy antropologiczny optymizm, ani też na bezrefleksyjnej apoteozie siły, jak propozycja Thiela, Vance’a, Trumpa et consortes.
Oto pierwszy fundamentalny wybór – między afirmacją przemocy a jej przekształceniem i odrzuceniem – przed jakim dziś stoimy. Wbrew tym, którzy chcą w Trumpie widzieć li tylko rozkapryszonego chłopca albo rozkochanego w sobie narcyza, stawka jest realna i niebywale wysoka. Rozszalała na poziomie globalnym polaryzacja prowadzi do wyboru przemocy także przez tych, którzy nominalnie się od niej odżegnują. Dokładnie tak działa klasyczne wyparcie – ktoś, kto nie przyjmuje do wiadomości własnej ciemnej strony, staje się jej bezwiednym narzędziem.
Którego boga wybieramy
Drugi wybór, na który zwraca uwagę bp Staglianò, jest równie fundamentalny. I ściśle powiązany z pierwszym. Wyraża go pytanie: którą teologię, czy raczej którego boga wybierasz? Staglianò słusznie – choć wbrew dominującym dziś tendencjom – zauważa, że niezależnie od powierzchniowej sekularyzacji, o polityce mówi się dziś językiem kryptoteologicznym. Dodam – nie tylko o polityce, lecz także np. o technologii.
Wypowiedzi speców od sztucznej inteligencji czy, nomen omen, proroków technozbawienia z Doliny Krzemowej pełne są nasyconych transcendencją symboli i pojęć. Trump, który w mediach społecznościowych publikuje atak na Leona XIV, a na tandetnym obrazku wygenerowanym przez AI pozuje na Chrystusa, jest tego zjawiska smutnym, a jednocześnie karykaturalnym przejawem.
Wracając jednak do wywodu Staglianò – wygląda na to, że przed nami palące decyzje: którą teologię przyjmiemy za własną, którą wartość umieścimy na szczycie hierarchii, którego boga uznamy za wzór? Czy tego, który na sztandarze niesie rewolwer i banknot, i bierze, co chce, nie bacząc na okoliczności? Tego, który zawsze jest pewien swego, zawsze z radością przygląda się klęsce swoich wrogów, tańczy na ich grobach?
Czy tego, który wzywa do porzucenia przemocy i sam siebie składa w ofierze na rzecz innych? Tego, który nie pognębia przeciwników, lecz dostrzega w nich człowieczeństwo i pozostawia im otwartą szansę na przemianę, zadośćuczynienie oraz pokutę? Tego, który po męczeńskiej śmierci zmartwychwstaje nie po to, żeby zemścić się na swoich oprawcach, lecz żeby im wybaczyć?
Którego boga wybieramy? Wbrew pozorom, wybór ten jest dziś wyjątkowo aktualny. Także z uwagi na bezprecedensowe środki masowej zagłady wypracowane przez ludzkość. Kto i w jaki sposób będzie nimi dysponował? Wyznawcy którego boga, zwolennicy której teologii?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















