W amerykańskiej tradycji politycznej istnieje coś takiego jak „październikowa niespodzianka”, czyli wydarzenie, które w ostatnim pełnym miesiącu kampanii wyborczej zmienia jej dynamikę: sprawia, że załamuje się poparcie kandydata, który prowadzi w sondażach. W epoce mediów operujących dwadzieścia cztery godziny na dobę i wiecznie głodnych nowych „łamiących wiadomości” wszystko może być okrzyknięte mianem „październikowej niespodzianki”, nie musi się nawet wydarzyć w październiku – nie brakuje przykładów, że końcówka września i początek listopada też wchodzą w grę.
Październikowe niespodzianki w wyścigach do Białego Domu
W 2008 r. kampanię miała zmienić informacja z 1 listopada, że przyrodnia siostra ojca kandydata Demokratów, Baracka Obamy, mieszka w Bostonie bez legalnych dokumentów migracyjnych. I jakby tego było mało, mimo że tylko amerykańscy obywatele i posiadacze tzw. zielonych kart mogą dokonywać datków na kampanię wyborczą, nielegalnie wpłaciła na kampanię wyborczą swojego bratanka 265 dolarów. Oczywiście nijak to nie wpłynęło na wynik wyborów, Obama bez problemu pokonał Johna McCaina.
Kolejne „październikowe niespodzianki” miały już większe znaczenie, zwłaszcza w 2016 r., który wprost w nie obfitował. 7 października do mediów wyciekła tzw. taśma Access Hollywood (od nazwy telewizyjnego programu plotkarskiego) z 2005 r., na której Donald Trump – gospodarz reality show „The Apprentice” mówi prowadzącemu (skądinąd kuzynowi prezydenta George’a W. Busha), że – nieco upraszczając – „kiedy jesteś gwiazdą, możesz robić z kobietami co ci się żywnie podoba, nawet łapać je za cipki”.
Wydawało się, że Trump jest skończony: oto kandydat konserwatywnej partii de facto przyznaje się do seksualnych napaści. Część polityków republikańskich wezwała go do rezygnacji z wyścigu, inni publicznie wycofali swoje poparcie. Tego samego dnia gruchnęła jednak inna niespodzianka: WikiLeaks zaczęło publikować e-maile wykradzione przez hakerów (rosyjskich, jak się okazało) z konta szefa kampanii kandydatki Demokratów. 20 tysięcy e-maili – ważnych i nieważnych, dało wgląd w trzewia kampanii Hillary Clinton, często stawiając w złym świetle kierownictwo Partii Demokratycznej.
Wreszcie największa z niespodzianek – i to taka, która faktycznie mogła mieć wpływ na ostateczny wynik wyborów prezydenckich. 28 października James Comey, dyrektor FBI, powiadomił Kongres, że pojawiły się nowe dowody w sprawie tzw. e-maili Hillary. Jako sekretarzyni stanu Clinton używała swojego prywatnego e-maila do załatwiania niektórych spraw – nierozsądnie i niezgodnie z przepisami, ale jeszcze w lipcu FBI uznało, że nie ma podstaw do postawienia Clinton zarzutów.
List Comeya sprawił, że na dwa tygodnie przed dniem wyborów cała sprawa wróciła na pierwsze strony gazet. Wprawdzie dwa dni przed wyborami, 6 listopada, Comey znów potwierdził, że Clinton nie złamała prawa, ale ogólnokrajowe poparcie dla demokratki spadło o 3 punkty procentowe – co w kluczowych stanach mogło okazać się decydujące.
Donald Trump w filmie „Wybraniec”
W tym roku znowu mamy wybory i znów trwa poszukiwanie „październikowej niespodzianki”: czy tym razem ma nią być film biograficzny? 11 października do amerykańskich kin wszedł film „Wybraniec” (tytuł oryginalny „The Apprentice”) w reżyserii Alego Abbasiego, twórcy fantastycznego „Holy Spider” sprzed dwóch lat. Opowiada o początkach kariery Donalda Trumpa (Sebastian Stan) – jego przemocowym małżeństwie z Ivaną Zelnickovą (Maria Bakalova), ale przede wszystkim o relacji z jego prawnikiem i mentorem, Royem Cohnem (znany z „Sukcesji” Jeremy Strong).
Cohn był w latach 50. głównym współpracownikiem senatora Josepha McCarthy’ego i pomógł mu rozpętać antykomunistyczną panikę, której skutkiem były m.in. „polowania na czarownice”, nagonka na komunistów prawdziwych i urojonych. W 1953 r. pomógł posłać na krzesło elektryczne małżeństwo Juliusa i Ethel Rosenbergów, oskarżonych o szpiegowanie na rzecz Związku Radzieckiego. Julius był winny – to nie ulega dziś wątpliwości, ale Ethel, choć wiedziała o działalności męża, nie była agentką i na pewno nie zasługiwała na najwyższy wymiar kary. Cohnowi zależało jednak na straceniu Rosenbergów, żeby wysłać sygnał: w walce z komunizmem nie ma miejsca na kompromisy.
Elementem „czerwonej paniki” była też „lawendowa panika” – nagonka na homoseksualistów, która zniszczyła karierę wielu pracownikom państwowej administracji. Ironia (ale też tragedia) polega na tym, że Cohn miał kontakty seksualne z mężczyznami, choć sam nigdy nie określiłby się mianem „geja”. To słowo kojarzyło mu się ze słabością, podczas gdy jego największymi fetyszami były siła i władza.

Po odejściu z Waszyngtonu Cohn został wpływowym nowojorskim prawnikiem: bezwzględnym „fixerem”, czyli „załatwiaczem”, znanym z kontaktów w przestępczym półświatku – w pewnej chwili był prawnikiem pięciu głównych mafijnych rodzin Nowego Jorku. W latach 70. wziął pod skrzydła młodego Donalda Trumpa, który usiłował wydostać się spod kurateli despotycznego ojca i zrobić samodzielnie (choć za ojcowskie pieniądze) karierę w świecie nowojorskiej deweloperki. „Ludzie są albo zwycięzcami, albo przegrywami”, mówi Donaldowi ojciec, Fred (Martin Donovan).
Tym, co interesuje Abbasiego, jest właśnie relacja dwóch mężczyzn, która trwała do śmierci Cohna z powodu AIDS w 1986 r. To Cohn ukształtował Trumpa jako bezwzględnego przemocowca, który idzie do celu po trupach; to on nauczył swojego podopiecznego trzech najważniejszych zasad, którymi przyszły prezydent miał się kierować przez całe swoje życie – jako biznesmen, celebryta, a wreszcie polityk. Po pierwsze: atakuj, atakuj, zawsze atakuj. Po drugie: jeśli cię złapią: zaprzeczaj. Po trzecie: nigdy nie przyznawaj się do porażki. Właśnie tak postępował Donald Trump w ostatnich wyborach prezydenckich. Jak to ujęła kiedyś jego obecna żona, Melania: „Jeśli zaatakujesz Donalda, odda ci dziesięć razy mocniej”.
Relacja z Cohnem ma być też powodem Trumpowej fascynacji „silnymi mężczyznami”, którzy nie przestrzegają reguł, ale sami biorą siłą to, co im się rzekomo należy – i może tłumaczyć jego stosunek do dyktatorów: Kim Dzong Una, Xi Jinpinga czy, zwłaszcza, Władimira Putina. Trump po prostu zazdrości im władzy – a co za tym idzie: swobody, z jaką mogą działać.
Jako szef Trump Organization był do tego przyzwyczajony: otoczony lojalnymi podwładnymi gotowymi wykonać jego każde polecenie, z pomocą zdolnych i bezwzględnych prawników mógł naginać (a nawet łamać) przepisy, a przyłapany stosować swoje trzy zasady: zaprzeczać, atakować i zasypywać przeciwników kontrpozwami. Władza, jaką dysponuje prezydent Stanów Zjednoczonych, rzekomo najpotężniejszy człowiek na świecie, okazała się dla niego pewnym rozczarowaniem. „Gdzie jest mój Roy Cohn?” – pytał retorycznie w 2017 r., kiedy okazało się, że ani dyrektor FBI, ani prokurator generalny nie zamierzają pełnić roli Trumpowego „załatwiacza”.
Donaldowi Trumpowi film się nie podoba
Po premierze „Wybrańca” na festiwalu w Cannes w maju tego roku (przyjętej ośmiominutową owacją) prawnicy Trumpa wysłali list domagający się wstrzymania amerykańskiej premiery filmu pod groźbą pozwów – czyli stosując w praktyce jedną z zasad, jakie wpoił Trumpowi Roy Cohn. Groźby zadziałały: „Wybraniec” – mimo że jest dziełem uznanego reżysera, występują w nim cenieni i nagradzani aktorzy – miał poważne problemy ze znalezieniem dystrybutora w Stanach Zjednoczonych. Obawiając się nie tylko pozwów, ale potencjalnych bojkotów, utraty klientów, a zapewne też zemsty Trumpa, jeśli zwycięży w listopadzie, firmy zaczęły dystansować się od projektu.
Premierę „Wybrańca” próbował też zablokować miliarder Daniel Snyder, którego spółka Kinematics sfinansowała prawie połowę budżetu filmu. Kiedy puszczono mu wczesną wersję, miał wzburzony wyjść z sali kinowej. Miliarder twierdzi wprawdzie, że jego sprzeciw bierze się wyłącznie z „różnic artystycznych”, ale trudno w to uwierzyć, zważywszy na to, że Snyder jest sympatykiem Trumpa oraz darczyńcą jego kampanii prezydenckiej.
Bogaci poplecznicy Trumpa już wcześniej stosowali taktykę „przechwyć i zabij”, np. w przypadku historii romansu Trumpa z modelką Karen McDougal. Wyłączne prawo do jej opowieści wykupił wydawca tabloidu „National Enquirer” po to, żeby nigdy nie ujrzała światła dziennego – a przynajmniej nie przed wyborami prezydenckimi w 2016 r. Ostatecznie Snyder sprzedał swoje udziały w „Wybrańcu”, a prawo do dystrybucji filmu nabyła spółka Briarcliff, która swego czasu rozprowadzała w Stanach filmy lewicowego dokumentalisty Michaela Moore’a, a w 2020 r. uratowała przed wylądowaniem na półkach film dokumentalny „The Dissident” o zamordowanym przez Saudyjczyków dziennikarzu Jamalu Khashoggim. Ale i tu w grę wchodzi także polityka: właścicielem Briarcliff jest milioner Tom Ortenberg, zwolennik lewicowego senatora Berniego Sandersa.
Kiedy okazało się, że premiery nie da się jednak powstrzymać, rzecznik kampanii Trumpa, Steven Cheung, wydał oświadczenie: „Ten szmelc to czysta fikcja, która jedzie na kłamstwach dawno już obalonych”. Kampania byłego prezydenta oficjalnie określiła „Wybrańca” mianem „filmu” (w cudzysłowie), który „nie nadaje się nawet na półkę z przecenionymi DVD w likwidowanym sklepie, tylko powinien trafić prosto do śmietnika”.
Skąd taka niechęć sztabu byłego prezydenta do „Wybrańca”? Nie chodzi tylko o ukazanie relacji Donalda Trumpa z Royem Cohnem, która przecież nigdy nie była tajemnicą. O liposukcji i przeszczepie włosów, jakim miał się poddać w latach 80., też donosiły już biografie, ale niewątpliwie jest to cios w ego Trumpa, obsesyjnie skupionego na swoim wizerunku. Przede wszystkim jednak kontrowersje wzbudza scena gwałtu małżeńskiego na Ivanie Trump – oparta na zeznaniach samej Ivany, które złożyła pod przysięgą w trakcie postępowania rozwodowego w roku 1990. Później się z tych twierdzeń wycofała, twierdząc, że słowa „gwałt” nie należy rozumieć „dosłownie” i „w znaczeniu procesowym”. Wiadomo, że Snyder bezskutecznie domagał się usunięcia tej sceny z ostatecznej wersji filmu.
Trump oraz jego kandydat na wiceprezydenta, J.D. Vance, przedstawiają się jako zwolennicy bezwzględnej wolności słowa. W trakcie kampanii bez przerwy oskarżają Demokratów o próby cenzurowania Internetu i blokowania prawicowych treści. Teraz Trump, grożąc pozwami, usiłuje zablokować film. „Jest to próba wpłynięcia na wynik wyborów przez hollywoodzkie elity”, oświadczył rzecznik Cheung, „tak samo jak [wytoczone Trumpowi] nielegalne procesy”.
Amerykańskie filmy w służbie kampanii wyborczych
Historia kontrowersyjnych premier w okolicach wyborów prezydenckich sięga aż roku 1932, kiedy w szczycie Wielkiego Kryzysu o Biały Dom walczył Franklin Delano Roosevelt. William Randolph Hearst, medialny potentat i sprzyjający Demokratom populista, sfinansował film „Gabriel nad Białym Domem” – opowieść o fikcyjnym prezydencie, który w środku kryzysu gospodarczego ratuje kraj, wprowadzając rządy żelaznej ręki, m.in. zawiesza Kongres, aresztuje przestępców bez zgody sądu itd. Premiera miała miejsce dwa tygodnie po inauguracji Roosevelta – miał oswoić Amerykanów z silną, aktywną prezydenturą. Roosevelt widział wczesne wersje filmu, proponował pewne zmiany scenariuszowe i ostatecznie zaaprobował film jako „bardzo pożyteczny”.
W styczniu 1964 r. do kin weszły filmy stanowiące reakcję na groźbę nuklearnej zagłady, przed którą stanęła Ameryka niecałe dwa lata wcześniej, w trakcie kryzysu kubańskiego: „Czerwona linia” („Fail-Safe”) Sidneya Lumeta oraz „Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę” Stanleya Kubricka. Kandydat Republikanów, senator Barry Goldwater, z dużą dezynwolturą mówił o perspektywie wojny ze Związkiem Radzieckim czy „zrzuceniu bomby na toaletę na Kremlu”, co Demokraci skrzętnie wykorzystywali. Kampania Lyndona Johnsona niezbyt subtelnie ostrzegała Amerykanów przed „szaleńcem” w Białym Domu, wiedząc, że ci dopiero co widzieli w kinach „Doktora Strangelove” i „Czerwoną linię” – w których nie udaje się uniknąć atomowej katastrofy.
W roku wyborczym 2008 – także w październiku – do kin wszedł „W” Olivera Stone’a, złośliwy komediodramat o wciąż jeszcze wówczas urzędującym republikańskim prezydencie George’u W. Bushu. Wprawdzie kandydatem Republikanów był wówczas John McCain, znany z niełatwych relacji z administracją Busha, ale część prawicowych komentatorów twierdziła, że film Stone’a mógł nakłonić wyborców do głosowania na kandydata Demokratów, Baracka Obamę. Być może z tego powodu cztery lata później Steven Spielberg zażyczył sobie, żeby premiera jego „Lincolna” miała miejsce w listopadzie – już po głosowaniu – żeby nikt nie próbował wpisywać jego biografii Lincolna w kontekst wyborczy.
Czy premiera „Wybrańca” tuż przed wyborami jest celowa? Scenarzysta filmu, Gabriel Sherman, podkreśla, że pierwszą wersję scenariusza napisał już siedem lat temu. Może i tak, ale faktem jest, że zdjęcia ruszyły dopiero w listopadzie ubiegłego roku – kiedy już wiadomo było, że Trump zamierza ubiegać się o republikańską nominację prezydencką. Trudno też uznać za przypadek, że trailer filmu wypuszczono akurat 10 września, w dzień debaty prezydenckiej między Trumpem a Kamalą Harris. Sherman zapewnia jednak, że film jest przede wszystkim ponadczasową opowieścią o uczniu, który prześciga swojego mistrza, a także komentarzem na temat darwinizmu społecznego, który jest bardzo głęboko zakorzeniony w amerykańskim społeczeństwie.

Filmy o prezydentach: święty Reagan i wielowymiarowy Trump
Wypuszczanie politycznych filmów w roku wyborczym jest normalną praktyką. Niecałe dwa miesiące temu – ostatniego dnia sierpnia – do amerykańskich kin wszedł przecież także „Reagan” (reż. Sean McNamara) z Dennisem Quaidem w roli tytułowej: hagiograficzna opowieść o bożym pomazańcu, w pojedynkę walczącym z komunizmem. Republikański polityk Mike Huckabee, były gubernator Arkansas, wezwał konserwatystów do „buycottu”: zamiast kupować bilety na „Wybrańca”, powinni chodzić do kina właśnie na „Reagana”. O kiepskie wyniki finansowe tego filmu oskarżył przy okazji Facebooka, który ma jakoby wyciszać wszelkie doniesienia na temat reaganowskiej hagiografii.
W „Reaganie” Reagan jest świętym – w „Wybrańcu” Trump jest wielowymiarową, pod pewnym względem nawet tragiczną postacią: skrzywdzonym i skrzywionym przez ojca niepewnym siebie młodym człowiekiem, który pod wpływem konkretnych ludzi i konkretnego ducha czasu stopniowo traci człowieczeństwo i zmienia się (także fizycznie) w potwora, „istotę doktora Frankensteina/Cohna”. Z tego powodu na lewicy pojawiły się nawet głosy, że film Abbasiego jest… niedostatecznie krytyczny wobec przyszłego/byłego prezydenta, nadmiernie go humanizujący, a nawet rzekomo „pro-Trumpowski” (sic!).
Czy jakikolwiek film może naprawdę być „październikową niespodzianką” i realnie wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich? W sytuacji, gdy sondaże w kluczowych stanach idą łeb w łeb, a o rezultacie wyborów może zdecydować kilkanaście tysięcy głosów, nie jest to nie do pomyślenia. Badania pokazują w końcu, że niezdecydowani wyborcy czasem podejmują decyzje pod wpływem impulsu. Być może ktoś obejrzy „Wybrańca” w weekend przed dniem głosowania i wyjdzie z kina zniesmaczony tym, czego się dowiedział o początkach kariery Trumpa?
Wyobrażam sobie jednak, że ktoś inny może w „Wybrańcu” zobaczyć młodego, idealistycznego przedsiębiorcę, który na przekór wszystkim wierzy w Nowy Jork i w to, że da się go znowu „uczynić wielkim” – i uznać, że dzisiejszy Trump jest wciąż tamtym człowiekiem.
PIOTR TARCZYŃSKI jest amerykanistą, pisarzem i tłumaczem. Współprowadzący „Podkastu amerykańskiego”. Niedawno wydał książkę „Rozkład. O niedemokracji w Ameryce”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















