Najlepszą metodą uniknięcia błędu jest nieodpowiadanie na pytania. To truizm i praktyka stosowana przez każdego polityka. Nie tylko polityka zresztą. Psycholog Daniel Kahneman zwrócił uwagę, że człowiek gotów jest spożytkować nieograniczoną porcję energii, czasu i pieniędzy na to, by uniknąć rozwiązywania trudnych problemów. Weźmy np. skręt w lewo na skrzyżowaniu. Z naprzeciwka jadą samochody. Po co się męczyć, skoro wystarczy skręcić cztery-pięć razy w prawo i dojechać w to samo miejsce?
Infrastruktura iluzji
Dobrze postawione pytanie zmusza do konfrontacji z rzeczywistością i własnymi wyobrażeniami o niej, a unikanie takiej konfrontacji to popularny sposób na przetrwanie w życiu, które nieustannie wiąże się z niedogodnościami. Nasza zdolność wypierania, ignorowania i zaprzeczania równa jest chyba tylko potrzebie wiary w rzeczy nadprzyrodzone, nierealne i kompletnie pozbawione sensu.
Jak zauważył Nietzsche w „Poza dobrem i złem”, ignorancja daje „niemal niewyobrażalną wolność”: otwiera świat iluzji, który jest fascynującym polem doświadczalnym dla naszej wyobraźni i czyni życie szczęśliwym. Kto chciałby płacić cenę wolności i szczęścia w zamian za wymagające mnóstwa wysiłku dążenie do porządku ograniczonego zasadami rozumu?
W trzeciej dekadzie XXI w. tworzymy równoległe rzeczywistości, których nie umiemy od siebie odróżnić. Wymyślamy oddzielne zestawy faktów dla wsparcia wewnętrznie sprzecznych wniosków. Budujemy coraz bardziej wymyślną infrastrukturę iluzji, a wszystko po to, żeby życie w skomplikowanym otoczeniu uczynić bardziej przewidywalnym. W tym dziele wspiera nas technologia, oferująca bezproblemowe światy, w których wszyscy nas kochają i wszyscy się z nami zgadzają; światy, w których jesteśmy piękni i młodzi, nigdy nie popełniamy błędów i nie czynimy nikomu krzywdy.
Nic dziwnego, że w czasach dominacji głupoty zaprzęgniętej do przemysłowej produkcji szczęścia zadawanie pytań nie jest w modzie. Robimy to w zasadzie w dwóch przypadkach: jeśli czegoś nie wiemy i chcemy się dowiedzieć, albo kiedy wiemy i chcielibyśmy poznać opinię innej osoby na dany temat, żeby swoją wiedzę wzbogacić o inny punkt widzenia. Czasem jeszcze zadajemy pytania retoryczne, czyli takie, za którymi stoi ironia albo przekonanie, że wszyscy wiedzą, o co chodzi.
Ani niewiedza, ani zainteresowanie innym spojrzeniem nie są dziś popularne. Zwłaszcza w mediach: nikt nie zaprasza do rozmowy ludzi, którzy nie są pewni swego albo chcieliby poznać zdanie innych.
Jak kłamie Trump
Rozumieją to politycy, a trend wyznacza obecny prezydent USA. Donald Trump praktykowaną od wieków sztukę unikania odpowiedzi na pytania wyniósł na szczyty. On nie tyle unika odpowiedzi, co unieważnia sens zadawania pytań. Założenia tej praktyki sformułował Steve Bannon, jeden z ideologów MAGA, w wywiadzie dla PBS z 2019 r., w którym określił media jako „partię opozycyjną”:
„Są głupi, leniwi i nie potrafią ogarnąć więcej niż jedną rzecz na raz – mówił Bannon o dziennikarzach. – Powinniśmy po prostu rozlać się na ich terytorium. Bang, bang, bang i nigdy się nie podniosą. Ale trzeba zacząć z szybkością karabinu maszynowego”.
Jak to wygląda w praktyce? Gdy zaczynałem pisać ten tekst, obowiązywało ultimatum: w ciągu 48 godzin Iran zobowiązany jest otworzyć cieśninę Ormuz, albo Amerykanie unicestwią irańskie pola naftowe. Ale przecież kilka dni wcześniej sekretarz wojny Hegseth mówił, że cieśniną Ormuz można płynąć, jedynym problemem jest jej ostrzał ze strony Iranu.
Iranu, którego „możliwości rakietowe są całkowicie wyeliminowane”, a operacja „Epicka furia” przynosi „kolosalne rezultaty” (Biały Dom, 16 marca). Z tym, że przynosiłaby lepsze, a zwłaszcza doprowadziłaby do otwarcia cieśniny Ormuz, gdyby włączyły się w nią państwa NATO (Trump, 16 marca), choć Ameryka nie potrzebuje i nigdy nie potrzebowała pomocy „tchórzy” z NATO (Trump, 20 marca).
Gdy kończę ten akapit, Trump informuje, że odwołuje ultimatum, przynajmniej czasowo, bo przeprowadził „konstruktywne rozmowy” z Iranem na temat „całkowitego i pełnego rozwiązania konfliktu na Bliskim Wschodzie”. Trzy dni wcześniej mówił, że w Iranie nie ma liderów, z którymi można rozmawiać, bo wszyscy zostali zabici. Ciekawe, z kim teraz rozmawiał i o czym.
Choć właściwie to nieważne: słowa Trumpa wystarczyły, by ceny ropy spadły do 90 dolarów za baryłkę. Następnego dnia, gdy Irańczycy zaprzeczyli, jakoby rozmowy miały miejsce, znów skoczyły powyżej 100 dolarów.
Władza bez celu? To też jest strategia
W czym uczestniczymy? Jaki jest cel tego widowiska? Zniszczenie programu nuklearnego Iranu? Ale przecież został on zniszczony osiem miesięcy temu (Trump, 25 czerwca 2025). Zmiana reżimu? Tak, zmiana reżimu, twierdzi Trump 4 marca, zwracając się do irańskiego narodu: „Będziecie wolni”. „Zmiana reżimu nigdy nie była podstawowym celem ataku na Iran” – mówi Trump 20 marca.
„Zwijamy operacje wojenne” (Trump, 21 marca). Albo może nie, bo przenosimy oddziały piechoty morskiej z Indo-Pacyfiku na Bliski Wschód. To Izrael skłonił Amerykanów do interwencji (Marco Rubio, 2 marca). „Nie, to ja zmusiłem Izraelczyków” (Trump, 3 marca). Itd., itp.
Ha, ha, mówią eksperci od geopolityki, no i co z tego? To taka cecha jego stylu. Nie ma sensu zwracać uwagi na to, co mówi – ważne, co robi. Ale jak oceniać to, co robi, skoro nie wiadomo, po co to robi? „Jak to się skończy?” – pytał generał Petraeus po ataku na Irak w 2003 r. Co za pytanie! Nie wiadomo, jak to się skończy – jak się skończy, to będziemy wiedzieć.
Może jednak warto zwrócić uwagę na to, czym w istocie jest styl Donalda Trumpa? Codzienny zalew mediów wewnętrznie sprzecznymi komunikatami wygląda jak odruchy niestabilnej emocjonalnie grupy ludzi, która przypadkowo rządzi najpotężniejszym państwem świata.
Zmęczenie jako narzędzie polityki
Spotykam czasem osoby, które bez przerwy mówią – zapewne w obawie, że kiedy przestaną, prawda wyjdzie na jaw. Jednak strategia medialna Trumpa to coś więcej. Tworzenie sprzecznych komunikatów, podbijanych regularnie filmami zrobionymi przez sztuczną inteligencję, tworzy świat medialnej iluzji, w której każdy fakt i każde zdanie kreują odrębną rzeczywistość. Odróżnienie prawdy od fałszu jest praktycznie niemożliwe; wszystko, co pojawia się w sferze publicznej, to narzędzie politycznej manipulacji.
Przekonanie, że żyjemy w świecie, w którym każda wypowiedź i każde publiczne zachowanie pozostawiają nieusuwalny ślad w sieci, wydaje się oczywiste. Ale nie dla Trumpa. Trump i jego ludzie mówią: nieważne, co zostaje w sieci, nic nie jest trwałe, wszystko może zostać wymazane i przykryte nowym śladem. A ten kolejnym, i tak w nieskończoność. Jeśli zaczniesz grzebać w sieci, i tak się nie dogrzebiesz. A nawet jeśli się dogrzebiesz i opublikujesz, następnego dnia ludzie zapomną.
Dyskusja, czyli wymiana opinii na temat zaistniałych faktów, staje się niemożliwa również dlatego, że opinię publiczną zaczyna ogarniać potworne zmęczenie. Jak długo można analizować wypowiedzi, których sens zmienia się niemal codziennie i które nie niosą za sobą żadnych twardych znaczeń?
Amerykańscy psychologowie stworzyli już termin „zespół stresu potrumpowego” (Trump stress disorder). Lekarstwem ma być odstawienie mediów, nie trzeba psychoterapeuty: wystarczy zaangażowanie i regularna praktyka. „Ćwiczenia mindfulness i medytacja pomogą ci zachować spokój w tych czasach niepewności” – czytam na portalu anxietytozen.com.
Problemy nie znikną, gdy odwrócimy wzrok
Kiedy pytania zostają wykreślone z zestawu narzędzi do opisywania świata, wszystko staje się możliwe. Otwiera się droga do traktowania kłamstwa jak prawdy, fikcji jak rzeczywistości. Skąd brać informacje, komu wierzyć, komu nie, kogo traktować jak autorytet, kogo jak uzurpatora? W końcu wierzymy wyłącznie tym, z którymi się zgadzamy, a zdanie tych, z którymi się nie zgadzamy, traktujemy jak kłamstwo.
Hannah Arendt pisała w „Korzeniach totalitaryzmu”, że izolacja i samotność ludzi są warunkami wstępnymi totalitaryzmu. Dziś te warunki spełnione są w nadmiarze, dlaczego zatem nie bijemy na alarm?
Być może dlatego, że – jak wspomniałem wyżej – unikanie odpowiedzi na pytania jest całkiem niezłą strategią, jeśli chcemy przeżyć życie, niezbyt się męcząc. Problem w tym, że procesy mające wpływ na nasze życie nie znikną, kiedy przestaniemy się nimi interesować.
Nie chodzi tylko o regionalne wojny, które wywierają globalne skutki. Ponad 20 lat po wymyśleniu Facebooka rodzice w panice zauważają skutki działania tzw. mediów społecznościowych na dzieci. Rządy w pośpiechu próbują regulować gałąź przemysłu, która dla kilku firm generuje wyższe przychody niż PKB niektórych rozwiniętych państw Zachodu. Ale jak mają to robić, skoro sami są klientami technologicznych oligarchów?
Podaż informacji w skali globu została przejęta przez kilka osób niepodlegających jakiejkolwiek publicznej kontroli – większość z nich stała za Trumpem podczas inauguracji jego drugiej prezydentury. Orientujemy się poniewczasie, wszystkich nas to przeraża. Wywołujemy więc rwetes, zakazujemy dzieciom używania telefonów, które wcześniej sami im kupiliśmy, bo wszystkie inne dzieci i tak mają.
AI już zmienia reguły gry
Dario Amodei, szef Anthropic (czołowej firmy wytwarzającej modele sztucznej inteligencji) zapowiada w wywiadzie dla Axios, że AI wymiecie z rynku pracy połowę tzw. białych kołnierzyków, czyli menadżerów, konsultantów, programistów, prawników, pracowników finansów i administracji: wszystkich tych, którzy tworzą społeczną bazę współczesnego kapitalizmu. Amodei twierdzi, że praktycznie znikną możliwości pierwszego zatrudnienia dla osób z tych sektorów w wieku poniżej 30 lat.
Steve Bannon przewiduje z kolei, że bezrobocie spowodowane rozwojem AI będzie głównym tematem wyborów w USA w 2028 r., a Alex Karp, szef Palantir Technologies (firmy budującej AI dla Pentagonu) mówi wprost: „AI odbierze władzę wysoko kwalifikowanym pracownikom (często kobietom) głosującym na Partię Demokratyczną i odda ją pracownikom z wykształceniem zawodowym (często mężczyznom) głosującym na Partię Republikańską”.
Karp dodaje, że nowe technologie są „niebezpieczne”, a nawet „samobójcze”, a jedynym argumentem przemawiającym za tym, żeby je rozwijać, jest zagrożenie, że ktoś inny (Chiny) rozwinie je wcześniej. Co zresztą skłania go do współpracy z Pentagonem w celu nieskrępowanego wykorzystania AI przez wojskowych.
Podsumowując: sztuczna inteligencja właśnie zmienia cały system społeczny i mapę wyborczą Ameryki, przekształcając strukturę władzy w kraju, a sposobem na sprzedanie tej zmiany opinii publicznej jest przekonanie ludzi, żeby poparli przekazanie kontroli nad całym procesem Pentagonowi.
Niedawny spór Anthropic z administracją Trumpa trafnie ilustruje tezę Karpa. Pentagon zażądał od firmy zgody na wykorzystywanie jej technologii w każdym celu, który nie stanowi naruszania prawa. Amodei odmówił, obawiając się, zapewne słusznie, że administracja będzie chciała wykorzystać jego model do inwigilacji nie tylko „bad guys”, ale wszystkich, których władze uznają za wartych inwigilacji. Rząd Trumpa uznał firmę za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i zakazał urzędnikom państwowym korzystania z jej produktu.
Kilka godzin po wydaniu tej decyzji umowę z Pentagonem podpisał konkurent Anthropic, OpenAI. Jego szef Sam Altman przekonuje oczywiście, że zakaz masowej inwigilacji leży firmie na sercu, a Pentagon w pełni się z nim zgadza i odpowiednie ustalenia zostały wpisane do umowy. Ale przekaz jest jasny: słuchaj się nas, albo zostaniesz zastąpiony kimś, kto się z nami zgadza.
Można by oczekiwać, że miliony „białych kołnierzyków” wykażą zainteresowanie tak dramatycznym rozwojem wypadków. Nic z tych rzeczy. Dario Amodei twierdzi, że większość pracowników sektorów najbardziej zagrożonych bezrobociem (finanse, prawo, nowe technologie) nie ma pojęcia, co ich czeka: „To wygląda jak wariactwo, ale większość z tych ludzi nie wierzy, że to wszystko się wydarzy”.
Skroluj dalej, to tylko rewolucja
Wiara w to, że prawo Murphy’ego nie zadziała, czasem przenosi góry, zwykle jednak nie wystarcza. Narzędziem, które stosujemy od wieków, aby zabezpieczyć się przed nieoczekiwanymi skutkami zmian, jest zadawanie pytań. Donald Trump postanowił obejść problem wyjaśnienia, o co chodzi w wojnie z Iranem, po prostu wymazując potrzebę ich stawiania. Na własne ryzyko rezygnujemy z nich również w obliczu największej rewolucji technologicznej naszych czasów, czyli rozwoju sztucznej inteligencji.
A przydałoby się zadać kilka podstawowych. Dlaczego pozwalamy na tak wielką ingerencję w nasze życie technologii, której nie tylko nie do końca kontrolujemy, ale nawet nie wiemy, jak działa?
Dlaczego godzimy się na to, że bardzo niewielka grupa ludzi osiąga kosmiczne bogactwo powodując zmiany społeczne, gospodarcze, polityczne, których konsekwencji nie umiemy nawet przewidzieć?
Czy rozumiemy bilans zysków i strat, który wiąże się z rozwojem AI? Czy godzimy się np. na paradoks zaproponowany przez Dario Amodei: „Rak staje się uleczalny, gospodarka rośnie w tempie 10 proc. rocznie, budżet państwa jest zrównoważony, 20 proc. wszystkich ludzi nie ma pracy”?
Odpowiedź na to ostatnie pytanie wcale nie jest oczywista. Może cena za rozwój AI jest warta zapłacenia? Zapewne warto wziąć pod uwagę słowa Alexa Karpa, bo przecież Chiny stworzą świat oparty na AI według swoich kryteriów, nie pytając nikogo o zgodę. Jednak fundamentem demokracji i jednym z jej kluczowych warunków jest otwarta debata publiczna na zasadnicze tematy naszych czasów.
Demokracja zaczyna się od pytań
Bez stawiania trudnych pytań i (czasem bolesnego) konfrontowania się z odpowiedziami skazujemy się na życie w iluzji szczęścia, a największą staje się system nazywany przez nas demokratycznym. To na tej iluzji kwitnie władza manipulatorów, na jej fundamencie powstają autokracje i oligarchie.
Politycy i technologiczni baronowie budują nowe wspaniałe światy, a my mamy wybór: albo będziemy ich z tego rozliczać, albo pozostaniemy w ciepłej ułudzie, przeglądając sobie rolki na Instagramie. Nikt nie musi odpowiadać na pytania, gdy skrolujemy aplikacje z promienną twarzą oświetloną najnowszym modelem smartfona.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















