Co śmieszy Amerykę? Za kulisami amerykańskich late night shows

Dopóki Ameryka śmieje się ze swoich przywódców i siebie samej, dopóty nasza demokracja ma się całkiem nieźle. Przynajmniej tego wieczoru.
z Nowego Jorku
Czyta się kilka minut
The Tonight Show, prowadzący Jimmy Fallon i gość aktorka Margaret Qualley, 14 sierpnia 2025 r. // Fot. Todd Owyoung / NBC / Getty Images
The Tonight Show, prowadzący Jimmy Fallon i gość aktorka Margaret Qualley, 14 sierpnia 2025 r. // Fot. Todd Owyoung / NBC / Getty Images

Zimowy wiatr na nowojorskim Broadwayu naprawdę daje w kość. W kolejce do Ed Sullivan Theater, neogotyckiej świątyni telewizji, od prawie dwóch godzin stoi dobre kilkaset osób. Wszyscy przemarznięci i coraz bardziej zmęczeni, ale perspektywa udziału w nagraniu „The Late Show” pomaga przetrwać niedogodności. 

Program stacji CBS to jedna z żywych legend amerykańskiej popkultury. Podobnie jak „The Tonight Show”, w którego nagraniu wezmę udział kilka dni później. W teorii bliźniacze, w praktyce różnią się od siebie jak Manhattan od Brooklynu. 

Jest jednak coś, co je łączy – mają posprzątać bałagan zostawiony przez polityków i serwisy newsowe. Gdy nad Nowym Jorkiem zachodzi słońce, na scenę wchodzą komicy z late night shows, aby przetrawić informacyjny chaos i przemielić go w formę żartu, który pozwoli rozedrganemu narodowi zasnąć.

Tutaj Beatlesi debiutowali na żywo w telewizji 

Kwadrans przed czwartą ochrona otwiera drzwi Ed Sullivan Theater i kolejka formuje się w nową kolejkę, tym razem w wąskim hallu. Reprezentacyjne wnętrze ze sklepieniami krzyżowo-żebrowymi, sztukateria z bogatą ornamentyką, ażurowe balustrady na klatkach schodowych – niezmieniony od stu lat wystrój był świadkiem ewolucji funkcji budynku od broadwayowskiego teatru, poprzez studio, w którym Beatlesi po raz pierwszy grali na żywo w amerykańskiej telewizji, aż po siedzibę „The Late Show”.

Po wyjaśnieniu zasad i przebiegu nagrania obsługa zachęca do skorzystania z toalety. To dosłownie sikanie na zawołanie: kto nie skorzysta teraz, będzie musiał się zdać na silną wolę. Wychodzenie w trakcie nagrania to bilet w jedną stronę – gdy opuścisz salę, już na nią nie wrócisz, dlatego siedzisz, klaszczesz i choćby pękał ci pęcherz, trzymasz fason.

Uruchamianie odtwarzacza...

Tuż przed otwarciem drzwi na widownię jeszcze jedno przypomnienie: telefony mają zostać wyłączone, a najlepiej schowane głęboko do torebki lub kieszeni. W erze cyfrowego uzależnienia nagły detoks jest szokiem, ale – obok kilku godzin stania w kolejce – jedyną ceną za wstęp do świata, który zazwyczaj oglądasz na ekranie.

W mieście, w którym wstęp do muzeum to wydatek kilkudziesięciu dolarów, bilet na musical kosztuje grubo ponad stówę, a wejście na mecz Knicksów drenuje konto jak rata kredytu, jedną z najlepszych atrakcji dostajesz za darmo. Walutą jest wyłącznie twoja obecność, cierpliwość i dobry humor.

Tak wygląda nagranie „The tonight show”

Kilka przecznic dalej check‑in wygląda już zupełnie inaczej. Wchodzisz do wystawnego Rockefeller Plaza, potem stoisz maksymalnie godzinę, a następnie zapraszają cię po szerokich schodach do Peacock Lounge, gdzie zaczyna się przygoda z „The Tonight Show”. 

Atmosfera jak w eleganckim klubie: przyjemna muzyka, miękkie sofy, przygaszone światło i toalety bez limitu! NBC dba o to, by oczekiwanie na nagranie ich flagowego programu wieczornego było ekskluzywnym doświadczeniem, nawet jeśli docelowo w kadrze masz być tylko jednym z setek anonimowych uśmiechów. 

W centrum sali wysoki na kilka metrów, podświetlony na niebiesko ekran z sylwetką gospodarza – Jimmiego Fallona. Po bokach miga kilkanaście kolejnych ekranów. Odtwarzana jest na nich historia programu: pojedynek na udawanie śpiewu z Emmą Stone, tiktokowe tańce z Charli D’Amelio, Barack Obama „jammujący” wiadomości – setki fragmentów z udziałem aktorów, sportowców, piosenkarek, polityków i celebrytów, którzy odwiedzili Fallona, odkąd w 2014 r. przejął po Jayu Leno prowadzenie kultowego programu.

W Ed Sullivan Theater montaż w stylu „greatest hits” jest znacznie skromniejszy – urywki ostrych monologów Colberta, skeczy i rozmów emitowane są na pojedynczym ekranie zawieszonym pod sufitem w rogu foyer. Skromniejsze nie oznacza, że mniej efektowne, bo grono gości, które przewinęło się przez „The Late Show”, jest równie doborowe. Stojąc w kolejce uświadamiasz sobie, że nie tyle czekasz na nagranie programu, ile dołączasz do trwającego od dekad serialu o Ameryce.

Kanapa, na której siedział prezydent Nixon 

Serialu, który wystartował w połowie XX w., gdy stacje zaczęły eksperymentować z ramówką po wieczornych wiadomościach – od krótkich wywiadów i prostych scenek w „Broadway Open House”, aż po większe, ustrukturyzowane produkcje. Wzorem stał się „The Tonight Show”, który zadebiutował w 1954 r. i ukształtował kanon: żart otwierający, ironiczny monolog-komentarz do aktualności, gorące nazwiska gości i błyskotliwe rozmowy, a wszystko w rytm energicznej muzyki na żywo.

W 1962 r. stery programu przejął Johnny Carson, który prowadził show przez 30 lat. Przez studio przewinęło się w tym czasie kilkanaście tysięcy gości ze skrajnie różnych środowisk – od prezydenta Nixona, po Myrtle Young, kolekcjonerkę chipsów o kształcie przypominającym zwierzęta. Dla komików sofa w jego studiu stała się czymś w rodzaju przepustki do nieśmiertelności. 

Gdy odwiedzający program usłyszeli od gospodarza magiczne: „Zapraszam na kanapę”, wiedzieli, że następnego dnia będzie o nich mówić cały kraj. Tym jednym zdaniem Carson potrafił zrobić z nikomu nieznanych osób wielkie gwiazdy – tak było m.in. z Jerrym Seinfeldem czy Ellen DeGeneres.

Lata 80. i 90. to złota epoka. Widzowie zasypiali z Car­sonem, później z Jayem Leno i Davidem Lettermanem, którzy wieczór po wieczorze wyznaczali granice tego, z czego wolno się śmiać. Listy „Top Ten” Lettermana (satyryczny ranking komentujący świat polityki, zachowanie celebrytów lub po prostu absurdy codzienności), surrealistyczna rubryka „Stupid Pet Tricks” (m.in. z psem grającym w koszykówkę czy świnią delektującą się miętówkami) – wszystko to trafiało następnego dnia razem z widzami do zatłoczonych wagonów metra i do stolików fast foodów w porze lunchu. Pojedyncze odcinki oglądało kilkanaście milionów ludzi.

To na tę epokę przypadły „Late Night Wars” – legendarna wojna między „The Tonight Show” i „The Late Show”. Gdy w 1992 r. Johnny Carson odchodził na emeryturę, David Letterman wydawał się być jego naturalnym następcą. NBC oddało jednak stery programu Jayowi Leno. Letterman poczuł się zdradzony. CBS zwęszyło okazję i powołało do życia „The Late Show” z Lettermanem, emitowane o tej samej godzinie co program Leno. 

Medialna batalia najpierw o fotel prowadzącego, a następnie o widza, zelektryzowała Amerykę, napędzając oglądalność obu programom. Zakulisowe intrygi były jednym z najbardziej fascynujących rozdziałów w historii amerykańskiej telewizji, powstała inspirowana nimi książka, a potem film „Nocna zmiana” w reżyserii Betty Thomas (dziś do obejrzenia na HBO Max).

Ataki Trumpa jak darmowe kampanie reklamowe 

Gdy wraz z rozwojem internetu telewizja zaczęła tracić na znaczeniu, wydawało się, że także dla wieczornych show nadszedł zmierzch. Odbiorcy rozpierzchli się po platformach streamingowych i YouTubie. Ale wówczas pomocną dłoń podał telewizji Donald Trump. Krucjata prezydenta przeciwko prowadzącym, nasilona w drugiej kadencji, ponownie napędziła stacjom oglądalność.

Każdy atak prezydenta był jak darmowa kampania promocyjna. Najlepszym przykładem stał się niedawny, triumfalny powrót Jimmy’ego Kimmela, który obejrzało w telewizji ok. 6 mln widzów, a fragmenty – monolog o Trumpie i satyryczne „reklamy” jego firm – nabiły setki milionów odsłon w mediach społecznościowych.

The Late Show, gościem Stephena Colberta był Bernie Saunders, 20 stycznia 2026 r. // Fot. Scott Kowalchyk / CBS / Getty Images

Dziś w ogólnokrajowych ramówkach działa kilka klasycznych late night shows z widownią wahającą się między 1 a 3 mln na odcinek. „The Tonight Show”, którego gospodarzem jest Jimmy Fallon, oraz prowadzony przez Stephena Colberta „The Late Show” należą do wielkiej trójki – uzupełnia ją nagrywany w Los Angeles i nadawany przez ABC program „Jimmy Kimmel Live!”. 

Według zapowiedzi stacji CBS dni „The Late Show” są już jednak policzone, program ma zostać wycofany z ramówki w maju. Oficjalnie – z przyczyn finansowych (wysokie koszty produkcji przy malejących wpływach z reklam). Nie brakuje jednak opinii, że decyzja została podyktowana krytyką Colberta pod adresem właściciela stacji za zawarcie wartej 16 mln dolarów ugody z Trumpem. Gdy prezydent USA w swoim stylu ogłosił zwycięstwo nad znienawidzonym „komikiem bez talentu”, wymierzone w niego monologi Colberta znów przyciągnęły rekordową widownię.

Jak wygląda late night show za kulisami 

Zanim na scenę wejdą główni bohaterowie, publiczność musi zostać urobiona. Wszak nie przyszła tu po to, aby się bawić – ma pracować. Nasz śmiech to ścieżka dźwiękowa, a entuzjazm – paliwo dla prowadzących. Wykreowaniu odpowiedniej atmosfery służy tzw. warm‑up. To nie kurs „jak klaskać, kiedy zapali się napis »Aplauz«”, ale doskonale przemyślana operacja psychologiczna przeprowadzana przez weteranów nowojorskiej komedii. U Fallona rządzi Seth Herzog. 

Wpada na scenę jak kula energii, a następnie przechadza się po widowni, zaczepiając widzów. Herzog ma przy tym genialne wyczucie granicy, poza którą ktoś mógłby się poczuć urażony. Występ komika trwa około pół godziny i tyle w zupełności wystarcza, aby zamienić przypadkowy tłum nieznajomych w jeden zgodnie reagujący organizm. 

U Colberta lody kruszy Paul Mecurio, były prawnik z Wall Street, który garnitur zamienił na mikrofon, a kodeksy na scenariusze dla „The Daily Show”. Jest ostrzejszy, bardziej cyniczny, idealnie skrojony pod intelektualne ambicje programu. On także zaczepia widzów, a ci, którym poświęci swoją uwagę, powinni mieć sporo dystansu, co Mecurio bezbłędnie wyczuwa już po pierwszych sekundach rozmowy. Gdy przejdą test, w nagrodę zaprasza ich na scenę, dając im przysłowiowe pięć minut sławy.

Kiedy Ameryce nie jest do śmiechu 

Gdy światła przygasają i rozbrzmiewa muzyka na żywo – u Fallona hiphopowe The Roots, u Colberta jazzujące combo Louisa Cato – wiadomo, że zbliża się moment kulminacyjny: monolog otwierający. Kilka, kilkanaście minut, podczas których gospodarz stoi sam na scenie, streszczając wydarzenia dnia. Monolog od początku był kręgosłupem late night show, a każdy z prowadzących miał na niego swój pomysł. Johnny Carson jednym żartem potrafił podsumować całą kampanię wyborczą. Gdy wybuchł skandal obyczajowy z Billem Clintonem, Jay Leno każdej nocy pytał: „Co prezydent porabiał dziś w pracy?”. 

Tego wieczoru w Ed Sullivan Theater Colbert bierze na celownik wybory na burmistrza Nowego Jorku. Żart goni żart, a obrywa się po równo wszystkim, także kandydatowi demokratów Zohranowi Mamdaniemu. U Fallona monolog z reguły jest lżejszy, zgodny z wizerunkiem wiecznego chłopca telewizji. Tu prędzej usłyszymy żart z nowej aplikacji czy kaprysu celebryty niż analizę wyroku Sądu Najwyższego. Kiedy u Colberta padają długie, gęste od odniesień zdania, u Fallona – krótkie pointy skrojone pod TikToka. Obie strategie mają sens. Jedna przypomina wieczorne kazanie, druga – serię wiralowych żartów.

Są jednak chwile, kiedy Ameryce wcale nie jest do śmiechu. Gospodarze late night show zrzucają wówczas maski komików i stają się jej sumieniem. To David Letterman po 11 września dał wyraz zbiorowej traumie, gdy łamiącym się głosem opowiadał o tym, co widział z okna, a Stephen Colbert w dobie politycznych wstrząsów, m.in. po ataku na Kapitol, stawał się moralnym kompasem. Jimmy Fallon z kolei z empatią komentował społeczne dramaty, od masowych strzelanin po ruch Black Lives Matter. W takich momentach ich głos nazywa najgłębsze emocje narodu, daje ukojenie i próbuje wskazać drogę.

Kto wygrywa w telewizji, a kto na TikToku

Po monologu przychodzi czas na gości. Ich nazwiska są jak sejsmograf pokazujący, czym żyje Ameryka. „The Tonight Show” to popkulturowy kalejdoskop: premiery seriali, musicale, osobowości social mediów. Tego dnia w studiu pojawiają się Sarah Snook (gwiazda „Sukcesji”), komik Mikey Day, mistrz NASCAR Kyle Larson i portorykańska raperka Young Miko. 

Rozmowy są szybkie, naskórkowe, nastawione na anegdotę. Fallon w przerwach żartuje z publicznością, jest „swój”. To format tworzony z myślą o erze social mediów – dynamiczny, błyszczący, łatwy do pocięcia na krótkie klipy.

Colbert jest spadkobiercą dawnej szkoły: inteligencki, zakorzeniony w polityce, szukający kontekstu. Jego program to klasyczne dziennikarstwo, nawet jeśli podane z dużym przymrużeniem oka. Rozmowa z gościem przypomina wywiad z poważnego magazynu. Tego wieczoru jego gośćmi są była pierwsza dama Michelle Obama i legendarny wokalista Robert Plant.

Reakcja na pojawienie się Obamy przypominać musi tę, którą Plant obserwował podczas koncertów w latach świetności Led Zeppelin. Jest ekstatyczna, owacja na stojąco trwa kilka minut. Colbert pozwala jej wybrzmieć, bo wie, że w montażu i tak zostanie skrócona (ostatecznie trwać będzie rekordowo długą, jak na show, minutę). Reakcja to zresztą za mało powiedziane, to raczej polityczna demonstracja, bo widownia Colberta jest starsza, bardziej zaangażowana obywatelsko niż widownia Fallona. 

Dane o oglądalności idealnie oddają zresztą różnice między Fallonem a Colbertem. W tradycyjnej telewizji ten drugi nokautuje konkurenta, przyciągając średnio 2,4 mln widzów każdego wieczoru. Fallon zostaje daleko w tyle z wynikiem około 1,2 mln. Tyle że telewizja to dziś tylko część statystyk. W internecie role się odwracają. Na YouTubie, Instagramie i TikToku to Fallon jest królem. Jego młodsza widownia konsumuje late night show rano, na smartfonie, przewijając gagi przy kawie. Colbert to wieczorny rytuał dla wiernych tradycyjnym mediom, Fallon – niekończąca się impreza w social mediach.

Tutaj widać, co boli i śmieszy Amerykę

No dobrze, ale dlaczego w ogóle warto stać w tych kolejkach, chodzić na komendę do toalety i dać się zamknąć w studiu bez telefonu? Bo late night show to rentgen Ameryki. Tutaj widać, co ją śmieszy, boli i dzieli. Siedząc w studiu, masz wrażenie, że dotykasz tego wszystkiego w sposób niemal intymny. 

Widzisz, jak owacja dla byłej pierwszej damy zmienia się w sygnał wysyłany władzy, a śmiech z prezydenta staje się aktem obywatelskiego sprzeciwu. Żarty nie rozwiązują oczywiście problemów, ale pozwalają znieść ich ciężar. A dopóki Ameryka śmieje się ze swoich przywódców i z samej siebie, dopóty demokracja ma się nieźle.

Drugi powód jest taki, że po kilku godzinach bez telefonu naprawdę zaczynasz dostrzegać, że świat offline wciąż istnieje. Wracasz wieczorem do hotelu, miasto wciąż huczy, neony Times Square wypalają oczy, ale w głowie pobrzmiewa echo muzyki The Roots i Louisa Cato. Włączasz telewizor. Na ekranie widzisz ten sam program, w którym przed chwilą brałeś udział. Kamera przelatuje nad publicznością. Odruchowo szukasz siebie – potwierdzenia, że naprawdę byłeś częścią tego wszystkiego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Co jest grane